Z zapisków dziada.

Od momentu rozpoczęcia świadomego użytkowania komputerów, przez kilkanaście lat zawsze korzystałem z tych czy innych klonów Norton Commandera. A potem przestałem. W korpo liczyło się każdy grosz, na szukanie freewaru nie miałem jakoś nigdy czasu, a implementacje linuksiane w domu miały z kolei zawsze jakieś felery, nie działały bodajże klawisze funkcyjne i ogólnie coś się zawsze działo.

Parę dni temu zakupiłem od herr Ghislera licencję na domowego Windows Commandera [ciekaw jestem, czy ktoś jeszcze przesyła płytę i licencje zwykłą pocztą]. I stwierdzam z ciężkim zdumieniem, że się odzwyczaiłem. Pamięć mięśniowa niby się uchowała, skróty kojarzę, ale do odruchów weszło mi właśnie już odpalanie eksploratora windows, a nie WC właśnie; rzecz drzewiej niepojęta. W kontekście tej dziwności fakt, że ludzie w fabryczce nie wiedzą już nawet, co to windows commander, zdumiewa tylko umiarkowanie.

Pierniczejemy, panie dziejku, pierniczejemy.

Go VIX, young man!

Zdaje się, że powinienem tutaj umieścić disclaimer, więc miejmy to za sobą: Przedstawione informacje są prywatnymi opiniami autora i nie stanowią rekomendacji inwestycyjnych w rozumieniu Rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 19 października 2005 roku w sprawie informacji stanowiących rekomendacje dotyczące instrumentów
finansowych, ich emitentów lub wystawców (Dz. U. z 2005 roku, Nr 206, poz. 1715).
Czytelnik musi być świadomy, że wyłącznie on ponosi odpowiedzialność z tytułu podejmowanych decyzji inwestycyjnych. Każda inwestycja powinna być konsultowana z licencjonowanym doradcą inwestycyjnym.

* * *

Dokoła kryteriów wyboru papierów wartościowych narosło tyleż szkół i interpretacyj, co inwestorów. Niezależnie jednak od tego, czy jesteśmy zwolennikami analizy technicznej, czy fundamentalnej, ryzyko wahnięcia kursu pozostaje, a wraz z nim – ryzyko straty. Uśrednić straty [i zyski] pozwalają w jakimś stopniu ETFy, inwestujące w ten czy inny indeks. Specjalizowane ETFy pozwalają również grać na spadki i takie instrumenty oznaczone są magicznym słowem „Reverse” – z benchmarkiem są one na ogół skorelowane odwrotnie. Rozwiązanie takie bezpieczniejsze jest od krótkiej sprzedaży, ponieważ zabezpiecza nas przed nagłymi wahnięciami waloru w górę, co przy pojedynczym szorcie [nie daj Matko Ziemio z lewarem, ale czytają nas ludzie poważni, nespa?] może okazać się zabójcze.

Ciekawą grupą ETFów są instrumenty, dla których benchmarkiem jest VIX, czyli indeks zmienności rynku. Nie wdając się szczegółowo w jego mechanikę [zainteresowani mogą zerknąć sobie chociażby tu, o] dość powiedzieć, że im wyższa jego wartość, tym większe oczekiwania co do zmienności S&P500 w nadchodzących 30 dniach. Wspomniana en wiki podaje przykład, zgodnie z którym wartość VIX na poziomie 15 oznacza 68% prawdopodobieństwa, że S&P500 nie poruszy się w ciągu nadchodzących 30 dni więcej, niż (15%/sqrt(12))=4,33%. Oczywiście w obu kierunkach – co zazwyczaj oznacza dół; konia z rzędem temu, kto bez udziału czarnych łąbędzi wyprorokuje gwałtowne wzrosty w górę.

VIX fajnie więc nadaje się dla panikarzy, ale nie to stanowi o jego największym uroku; moją uwagę przykuła właściwość znacznie sympatyczniejsza. Aż dziw bierze, że nie trąbią o niej na rogach ulic. A może właśnie dlatego?

Widzicie niskie wartości wykresu? Nie? To popatrzcie jeszcze raz.

Dla tych, którzy wciąż nie widzą: wykres ma dno. Piękne, poszarpane miejscami, ale DNO. Dno denne z samej swej cudownej konstrukcji indeksu, pamiętamy? Tym większa wartość indeksu, im większe oczekiwania zmienności, ergo… im mniejsze oczekiwania zmienności, tym indeks niższy. Oczekiwania zmienności nie mogą być jednak ujemne [w teorii oczekujemy po prostu, że indeks nie poruszy się bezwzględnie w ogóle], więc taka konstrukcja VIX owocuje realnie realnym, twardym dnem; widać to zresztą zdroworozsądkowo z kształtu wykresu, gdzieś w okolicach 10; dokładna wartość nie ma zresztą aż tak dużego znaczenia. Zainteresowani mogą doczytać o detalach i pobawić się rachunkami.

Dla tych, którzy wciąż nie rozumieją: inwestycja w VIX może jawić się [nie „jawi się teraz” – dlaczego, o tym za chwilę] Świętym Graalem inwestowania, oznacza bowiem poszukiwaną chyba przez wszystkich inwestycję o potencjalnie nieograniczonej stopie zwrotu, za to – i to w tym wszystkim najpiękniejsze – znanym z góry, jasno zdefiniowanym ryzyku. Kupując VIX po np. 12 masz niemal pewność, że strata raczej na pewno nie przekroczy circa 17% [i.e. nie spadnie poniżej 10] na podstawie samej matematyki, zaś zyski… cóż, wystarczy jedynie czekać, a triggery typu kolejna grecka tragedia, bankructwo większego banku i wynikające stąd obawy mas same pchną VIX w obszar, w który wystarczy tylko zbyt prędko nie założyć stoplossa… Czyż życie nie jest piękne?

… cóż, nie zawsze. Podczas ostatniego „tąpnięcia w górę” zanadto się pospieszyłem i kupiłem go zbyt drogo w przedwczesnym jak się okazało przekonaniu, że Globalna Amba już się zaczyna – zdolna jednostka jak widać potrafi umoczyć nawet w czymś tak oczywistym. Czekam jednak cierpliwie, bo w przeciwieństwie do konwencjonalnych akcyj nie potrzebuję zawracać sobie głowy sprawozdaniami finansowymi. Trawa z czasem zamieni się w mleko… Bo o ile – powtórzę to jeszcze inaczej – konwencjonalny biznes czy branża potrzebują dla nagłego skoku jakiejś rakiety [utalentowani menadżerowie czy wynalazcy są towarem trudno dostępnym], o tyle wzrost w VIX może zostać spowodowany dowolną wywrotką, a o taką nietrudno, szczególnie ostatnimi czasy.

Jak wejść w ten [niezupełnie jednak]no-brainer? Samym VIXem handlować się po prostu nie da, ja wybrałem ETF na VIX pod nazwą VIXY. Nie odwzoruje on oczywiście stuprocentowo przebiegu swojego benchmarku, jednak korelacja z VIX [75,06%] oraz odwrotna korelacja z SP500 [-69,45%] jak dla mnie są wystarczające i optymalnie dobrane pod obydwa indeksy równocześnie. Istnieją co prawda inne instrumenty [CVOL, VXX, VXZ, VIXM, VIIX, XVIX, VIIZ, wreszcie odwrotny VXUP], jednak VIXY miał dla mnie najodpowiedniejszą kombinację tych korelacji, choć dla porządku dodać muszę również, że dopasowuje się on do obu „benchmarków” dużo lepiej w okresach większych wahnięć [90 dni poprzedzających 18.09.br – VIX 86,15%, SP500 -86,91%].

Dla porządku muszę wspomnieć również o niebezpieczeństwach takiej inwestycji, związanych niekoniecznie z VIX per se, ile z czynnikami towarzyszącymi, których jest sporo:

  • kurs dolara – jeśli ktoś po lekturze tej notki zamierza popędzić do kantoru, niech wstrzyma konia, bo choć osobiście uważam, że USD ma jeszcze dobre przed sobą, to jednak zostaliście ostrzeżeni; furda VIX szybujący w górę, kiedy zamkniemy pozycję, sprzedając dolara za pół ceny,
  • bezpieczeństwo biur maklerskich i depozytów – ta sprawa wykracza znacznie poza temat notki i liczyć należy się z tym, że może przestać być kwestią akademicką; zainteresowanych zachęcam do poczytania o „bezpieczeństwie” depozytów po bankructwie MF Global w październiku 2011,
  • zgodnie z teorią VIX powinien odzwierciedlać obawy inwestorów na giełdzie, którzy podejmują handel opcjami jako zabezpieczenie przed wahaniami rynku, a tymczasem oszołomy z 0H twierdzą jak zwykle, że to ogon macha psem i że to VIX wpływa na giełdę, a nie odwrotnie. Przy takim postawieniu sprawy – jakkolwiek matematyczne założenia koncepcji pozostają niezmienne – może okazać się, że na Wielką Ambę [i idące za tym nasze zanurzenie się w dekadencji] możemy poczekać jeszcze długo, dopóki „powers that be” nie wcisną odpowiedniego guzika. Ale to również zupełnie inny temat.

Trafnych decyzji inwestycyjnych życzy redakcja bloga torero.jogger.pl.

Genealogia dla szewca.

Jak wiadomo, szewc jest bohaterem kilku [ja znam dwa] przysłów i wyrażeń. Dzisiejsza notka genealogiczna NIE BĘDZIE nawiązywała do wyrażenia „kląć jak szewc”, choć tematy wbrew pozorom są bardzo nomen omen spokrewnione. Niezerowy podzbiór populacji od szewców się wywodzącej gotowy jest bowiem nader chętnie na widok samochodu zajeżdżającego mu drogę natychmiast podzielić się wynikiem swoich poszukiwań genealogicznych dotyczących interlokutora, ze szczególnym uwzględnieniem rodowodu jego matki, bogatego w ekscesy z pogranicza zoofilii. O czym więc będzie ta notka o szewcach genealogicznych?

Cóż, o tym drugim powiedzeniu – że szewc bez butów chodzi. Niby epizody programistyczne w CV są, ale kiedy przychodzi do genealogii właśnie, to przez paręnaście lat nie umiałem zdobyć się na centralne zarządzanie danymi, o czym pisałem niedawno – laptop w archiwum vs. komp w domu i synchronizacja pomiędzy obiema instancjami GRAMPSa okazały się kwestią nie do przejścia, owocującą w wielu miejscach rozjazdem danych. No i zainstalowałem sobie do testów TNG. I w dającej się przewidzieć przyszłości mam nadzieję, że tak zostanie.

Import udał się, ale bez zdjęć – co nie jest jednak jakimś relatywnie wielkim problemem [choć niewykluczone, że istnieje i taka możliwość – prawdę mówiąc nie zastanawiałem się nad nią]. Po pierwsze, przy kolejnych migracjach GRAMPSów to właśnie zdjęcia i ich powiązania z bazą cierpiały najbardziej, skutkiem czego o ile drzewo przetrwało w z grubsza nienaruszonym stanie, o tyle foty trzeba było i tak połączyć od nowa. Po drugie, TNG w odróżnieniu od GRAMPS radzi sobie ze zdjęciami całkiem fajnie, również w kwestii prezentacji i rzeczy tak prozaicznej, jak możliwość tworzenia map obrazu. Po trzecie wspomniane mapy obrazu w połączeniu z bardziej intuicyjnym formatowaniem opisu pozwalają mi skończyć z niezbyt fortunną praktyką kadrowania zdjęć zbiorczych na poszczególne osoby, owocującą w GRAMPSie jednym zdjęciem grupowym oraz kadrami z niego jako „profilówkami” poszczególnych osób. Po czwarte TNG oferuje dużo łatwiejszy w stosunku do GRAMPSa system zarządzania nazwami zdjęć. Po piąte, kategoryzacja zdjęć i np. ograniczenie głównej galerii tylko do zdjęć per se [z wydzieleniem np. nagrobków czy dokumentów] uwalnia od dylematów typu „co zrobić, żeby akt urodzenia nie pokazywał się na wygenerowanej stronie”. Po szóste wreszcie, scentralizowanie bazy przypomniało mi o istnieniu sporej ilości fajnych zdjęć, nie wprowadzonych jeszcze do systemu – związanego z tym uczucia miodności w takim stężeniu nie zaznałem do wczorajszego wieczora od naprawdę całkiem dawna.

Program nie jest bez wad, większych i mniejszych – o ile dramatyczne tłumaczenie na polski koryguję na bieżąco, o tyle w kwestii bezpieczeństwa fachowiec mieć pewnie będzie spore zastrzeżenia – pomimo systemu logowania trafia się np. „bezpieczeństwo przez obskurność”, radzące zmieniać nazwy folderów na niestandardowe, czy moje ulubione „nie udało się zapisać zdjęcia do folderu, spróbuj chmod 777” [przy istniejącym 755]. Pokusa zainstalowania gotowej wersji z dala od uczęszczanych szlaków handlowych, z perspektywą włączenia się w pracę bliższej i dalszej rodziny [nawet jeśli praca ta ograniczyłaby się do kilku wrzutek] pozostanie chyba jednak nieodparta. Tym bardziej, że za jednym zamachem załatwiłbym dwie i pół rzeczy, dla sensowności tego zajęcia fundamentalnych – udostępniłbym prace zainteresowanym oraz scentralizowałbym bazę. Pewne obawy rodzić może tylko potencjalny brak internetów w niektórych archiwach, ale w kontekście całości problem ten wydaje się być raczej mikry. Dodatkową połową korzyści wydaje się być wynikająca z centralizacji pracy centralizacja backupu, choć tutaj muszę jeszcze przyjrzeć się dokładniej możliwości dołączenia doń zdjęć.

Wygląda więc na to, że wracam do starych zainteresowań, choć samych prac nad bazą dla doprowadzenia jej do pokazywalności – nie mówiąc o technicznej stronie udostępnienia, jak wybór hostingu choćby – jest jeszcze multum. Tym razem jednak, poza pobudkami standardowymi, napędza mnie świadomość, że końcowy efekt może być dużo spektakularniejszy, niż poprzednio – a nikt, kto nie pracował przez własne niedbalstwo na ochnastu kopiach danych nie ma pojęcia, jak bardzo takie rozproszenie może odebrać chęć do czegokolwiek. W archiwach mailowych znalazłem starożytny apel o pomoc przy pracach, odzew był zerowy; tym razem udostępnienie bazy do bezpośredniej edycji może przynieść efekty dużo większe.

W odwodzie, gdybym naprawdę chwilowo doszedł do ściany, pozostaje AncestryDNA, materiału do badań pewnie więc szybko nie zabraknie. Ciekawe tylko, jak wytrzyma to mój terminarzyk.

Kotwiczenie, ćwiczenia praktyczne.

Niniejszy wpis sponsoruje równanie y = 2x i chwilowy nadmiar taniej weny. Dialogi zawierają nie tak znów śladowe ilości licentia poetica.

Rozmowa #1:
– Z naszej stawki godzinowej wychodzi mniej więcej, że będzie to pana kosztowało mniej więcej X. Proszę mieć świadomość, że YMMV.
– Chybaście się z głupim przez ścianę macali, wy lichwiarze chędożeni, żeby wam pępek wodorostami zarósł, a dzieci się samolotów czepiły!
– Żałuję, że jest mi przykro, ale to jest nasza robocizna, X co najmniej. Gardło sobie podrzynam.
– Żałuję, że jest mi przykro, ale zdania o pańskich metodach biznesowych nie zmieniam, powinien pan pracować w branży wykończeniowej. Żegnam ozięble i zapłacę przez nos.

Rozmowa #2, tydzień później:
– Jak wspominałem, YMMV. Z godzin wyszło nam niestety aż Y [co wbrew pozorom było prawdą… klient wzbogacał w trakcie pracy treść zlecenia], wliczając w to moją ciężką pracę programistyczną, żeby mi ludzie nie robili jak głupki, co jeszcze zwiększyłoby fakturę. W zasadzie więc powinienem pana wyfakturować na Y, ale z racji konstelacji, srututucji i wilkołacji ciesz się pan rabatem 40%, a ponieważ masz pan jakąś nadpłatę, więc po jej rozliczeniu wychodzi mniej więcej X.
– Zbawco ty mój jedyny! Hojność przemawia przez twe usta i inne pory! Na wiek wieków sławił będę warunki naszej współpracy, a ciebie samego na piedestał wyniesę! Obym doczekał się kiedyś takiego zięcia!
– Hodor.

Kurtyna opada z gracją, podczytując panakahnemanowe „Pułapki myślenia”.

„Zieleńsza Trawa Sąsiada” sp. z o.o. – proof of concept.

Nie macie pomysłu na biznes? Oto mój no-brainer do dowolnego wykorzystania. Sam bym się za to wziął, ale primo nie mam czasu, secundo z pewnych względów, wyczytywalnych pomiędzy wierszami poniżej, musiałbym rzeczony startup rozpoczynać od wynajmowania ludzi, a to mi trochę psuje cashflow.

Jak wiadomo z tytułu, u sąsiada trawa jest zawsze zieleńsza. Wiadomo nadto o efekcie halo i kilku innych efektach psychologicznych, znudzeniu życiem małżeńskim, etc. Uzbrojeni w tę wiedzę wchodzimy na rynek z naszą usługą.

Poszukiwany pracownik: wysoki, szczupły, zadbany mężczyzna o nienagannej prezencji, lat dajmy na to 35-40. Poszukiwana pracownica: puszysta feministka, regularnie czytująca „Gazetę Wyborczą” i uznająca ubiór za przejaw patriarchalizmu i męskiej opresywności i dbająca jedynie o wnętrze… no dobra, z tymi wymaganiami dla pracowniczki okrutnie żartowałem, właściwe sobie dośpiewajcie. Niezależnie od płci potencjalni pracownicy muszą charakteryzować się nienaganną postawą moralną, co w długookresowej perspektywie biznesu ma naprawdę poważnie duże znaczenie. Mając personel, przystępujemy do dzieła.

Jak powszechnie wiadomo z lektury opisów efektów psychologicznych, opinie osób atrakcyjnych brzmią dla nas dużo wiarygodniej i bardziej przekonująco, niźli osób przystojnych niekoniecznie, w szczególności długoletnich połówek, obciążonych dodatkowo obowiązkami, tumiwisizmem, etc. No więc trzeba znaleźć te pierwsze.

Pracowników kontaktujemy z mężami [a pracownice – z żonami] i od tej pory zaczyna się właściwa praca z klientem. Pracowników wprowadzamy do domu klienta, gdzie udają przyjaciela męża / przyjaciółkę żony [nie zawadzi, jeśli będą się kreować przy okazji jako „ludzie sukcesu”, co tylko wzmocni oddziaływanie]. Podczas „spontanicznych wizyt domowych” „znajomi”, oczywiście całkowitym przypadkiem, pałają entuzjazmem do opinii klienta, co – z racji ich atrakcyjności – znakomicie wzmacnia siłę przekazu. Mąż nie umie przekonać żony do noszenia szpilek? Jego ultraprzystojny znajomy wspomina mimochodem o swojej wystrzałowej ex [łudząco podobnej do żony klienta, nawiasem mówiąc], która bez szpilek nie wyobrażała sobie wyjścia na miasto. Żona nie może doprosić się męża o pomalowanie mieszkania na łososiowo? Jej znajoma, będąca ucieleśnieniem cnót nowoczesnej Europejki i świadomej obywatelki [znów okrutny żart], ma na punkcie koloru łososiowego prawdziwą obsesję. Łapiecie już ideę? Powtarzamy delikatnie kilka zakontraktowanych wizyt, po osiągnięciu celu nasz człowiek się ulatnia. Bezpowrotnie! Zapis taki może być w kontrakcie dla uspokojenia klienta.

Odpowiedni kręgosłup etyczny przy tak delikatnych sprawach jest oczywiście koniecznością – to ma być poważna firma, a nie burdel. Tym bardziej, że zaufanie klienta w takich sytuacjach jest dla nas „być albo nie być”, nikt z własnej woli nie strzeli sobie w stopę, nie będąc pewnym naszej lojalności.

Wiadomości i wieści o firmie rozchodzą się pocztą pantoflową, a my zaczynamy pławić się w luksusie, dekadencji i szampanie. Na podstawie obserwacji kolegów – sukces biznesu bardziej niż murowany.

* * *

Hardkorowym kuzynem powyższego pomysłu jest idea najęcia kilku zdesperowanych młodych ludzi do, excusez le mot, temzbpravn bab z dziekanatów za środki unijne lub jakąś dotację celową, uzasadnianą wzrostem dobra publicznego. Każdy decydent, który miał do czynienia z babami z dziekanatu – przynajmniej jeszcze kilka lat temu – przyzna wsparcie publiczne na ten cel z zamkniętymi oczami. Copyright projektu przynależny w części koledze, z którym opracowywałem ten projekt po którejś wizycie w dziekanacie.

Naukowe podejście do portretów.

Tu, o. Ciekawy artykuł. Nie pomoże co prawda osobom w sytuacji „jak sprawić, żeby potencjalny pracodawca ze stu kandydatów na stanowisko programisty za minimum socjalne wybrał właśnie mnie” ani misiom twierdzącym, że nie ulegamy stereotypom, ale w innych sytuacjach i owszem. Indżoj.

Przy okazji: zauważyliście, że w infografice „Approachability, … Dominance” jako najbardziej dominująca pokazana jest fizjonomia o najciemniejszym odcieniu skóry? Czekam na Wasze radosne interpretacje 🙂

Tymczasem w Grecji…

Cash ‘under the mattress’ totaling more than 15,000 euro, jewelry and other valuable items such as diamonds and gemstones, should be declared to electronic system of tax authorities, Taxisnet, as of 1. January 2016. Next to properties and vehicles and shares, now the taxpayers will also have to declare their deposits.

Tu, o.