Cesarzowi, co cesarskie – Xerox wyjaśniony.

Sprawa, o której mało parlamentarnie wypowiedziałem się byłem w poprzedniej notce, znalazła swój finał jeszcze na drugi dzień.

Urządzenie działa wreszcie, jak powinno. Człowiek z outsourcingu [eo.pl], w przeciwieństwie do poprzedniej iteracji [osoby podpisującej się jako kseroksowej per se] – wykazał się zainteresowaniem i dociekliwością, przesyłając kompleksowe rozwiązanie zarówno każdorazowego dopytywania się o prawa administratora, jak i problemów pomniejszych. Rozwiązanie szczerze mówiąc dziwne – zadziałał MS Application Compatibility Toolkit; sprawa o tyle dziwna, że samodzielne dodawanie w rejestrze RUNASINVOKER pomogło… ale tylko na koncie administratora [a litrówki we wpisie rejestru sprawdzałem kilkakrotnie]. Na pozostałych kontach nie przyniosło to efektu, a uruchomienie wspomnianej aplikacji – i owszem. No ale mniejsza z tym; ważne, że sprzęt finalnie działa, jak się od niego oczekuje.

Uczucia co do całości – mieszane. W końcu prawidłowa i szybka reakcja wspomnianego outsourcingu, no i najważniejsze – problem rozwiązany. Niesmak co do głuchych telefonów i internetowego lekceważenia klienta w mateczniku kseroksowym – pozostał. Ułożenie zdań we właściwy sposób [„prawidłowa reakcja (…) ale niesmak pozostał” vs. „niesmak pozostał, ale (…) reakcja prawidłowa”] pozostawiam ocenie zainteresowanych.

I niechaj szlag najjaśniejszy trafi…

Najsampierw dowcip z wulgaryzmem w tle:

Przychodzi baba do lekarza, z klientem w d*e:
– Co pani jest?
– Xerox.

Wielofunkcyjne coś dawno temu kupiłem, z przodu WorkCenter 3220 ma. Skanowanie sieciowe chciałem odpalić. Aplikacja skanująca wymaga uprawnień administratora u wszystkich chcących, ale ani „Uruchom jako administrator”, ani myk z RUNASINVOKER, ani runas nie pomagają. W czeluści znalazłem przykurzony mail do serwisu z października 2012, oczywiście bez odpowiedzi. Postanowiłem odkurzyć sprawę i poguglać. Powyższe nibysolucje nic nie dają, a serwis Xeroksa oczywiście rżnie głupa. No nic, dzwonimy.

Telefon pierwszy – Zabierzów. Drugi i trzeci podobnie. Nie odpowiada. Pierwszy i drugi telefon do – baczność! – CENTRALI [ul. Domaniewska w Warszawie, żebyście nie myśleli, że tytułowy dowcip dotyczy właśnie ich, z pewnością to jakieś nieporozumienie, które już wyjaśniają nasi prawnicy] – spocznij! – również nie odpowiada. Drugi trzeci telefon – jestem przełączany do jakiegoś outsourcingu, gdzie człowiek przynajmniej szczerze mówi, że nie wie i generalnie chyba się nie da, ale popatrzą do wtorku.

Obstawiam – choć cuda się zdarzają, zostańcie z nami, wracamy po przerwie – że popatrzenie nic nie da. Bo chyba dużo prawdziwszą prawdą jest to, co jak przez mgłę pamiętam mimochodem z poprzednich bojów, co wypsnęło się było serwisantowi: państwo kserostwo zrobili urządzenie o omyłkowo zbyt dobrych parametrach i teraz ordynarnie, na siłę, próbują powstrzymać ludzi przed wykorzystywaniem go w zastosowaniach, gdzie oni mają nadzieję ugrać na bardziej wycenianych urządzeniach większą kasę.

A niech sobie ugrywają. Ale już beze mnie. Ech, dlaczego do takich wynalazków nie ma odpowiednika Tomato czy DD-WRT?…

QOTD.

Remember, there are some very big banks with gearing over 40-50 times. All you need is a fall in prices of 1%, 2%, or 3% for a few companies to go bust, and then those banks are no longer solvent. It is a nightmare scenario.

Ciekawy tekst o kontekście i możliwych impllikacjach niedawnej decyzji EBC o wprowadzeniu negatywnych stóp procentowych.

WoT i nauka gry na pianinie.

Do niedawna zawsze przenosiłem pomyślunek nad zręczne paluszki i cywilizacje nad kłejki. Aż nastał czas na tytułowe WoT [taaaa… wiem… planowanie, zarabianie, optymalizacja celowania… w gruncie rzeczy to strategia ekonomiczna jest :P]. Długo zastanawiałem się, dlaczego. Aż wymyśliłem.

Jedno podejście do Cywilizacji to minimum pół godziny, inaczej nie ma sensu. Wejście w sejwa, rozeznanie się w sytuacji, analiza oponentów, zaplanowanie następnych ruchów. Pozostawienie w tle nic nie da; primo po dłuższym pozostawieniu wstępny koszt pracy kombinacyjnej zapłacić trzeba tak czy siak, secundo na co dzień korzystam na co dzień z linuksa, a moja hipsterskość kończy się na głosowaniu na KNP, nie dochodząc do korzystania z wine.

A to wszystko trwa. A czasu coraz mniej, a telewizor, meble i mały fiat absorbują. W WoT wszystko jest duuużo prostsze. Nie licząc odpalenia samego klienta do bitwy można wejść natychmiast, a z moimi umiejętnościami i Taktyką [TM] spod znaku „W Mordę i W Nogi” [TM] nader rzadko zdarza mi się dotrwać do końca bitwy i albo ja robię komuś jesień średniowiecza… albo nie; tak czy siak, po kilku minutach jestem wolny.

Niedawno odkryłem, że z pianinem jest podobnie. Abstrahując od motywacji, siad przy klawiaturze – pomimo monstrualnych na tym „żłobkowym” etapie problemów z asynchronicznymi ręcyma i wiadrze potu, wylewanego na próby wyodrębnienia autonomicznego mózgu dla kończyny lewej górnej – jest rzeczą lekką, łatwą i przyjemną. Ale pianino pozostaje w stanie pozostawionym. Tymczasem gitara, wymagająca rozpakowania, kolokacji futerału i śpiewników na początku i na końcu, kurzy się z jedną malutką przerwą od jakiegoś pół roku.

Wiem, że nie jestem sam. Wiem, że społecznościówki – będące wszak koszmarnym dystraktorem – „jednostkowo” zabierają paradoksalnie, niczym piasek w starej anegdotce, pojedyncze kwanciki czasu i w tym właśnie upatrywałbym przyczyn ich powodzenia. Ale jakoś wcale mnie to nie cieszy.

A refleksja bonusowa? Cóż, dochodzimy do kresu zapychania swojego rozkładu dnia. Po fejsiku i innych twitterach kolejnym wizjonerom będzie już coraz gorzej, będą musieli walczyć o minuty już zagospodarowane. Chyba, że Słońce się zdenerwuje się i zrobi nam wreszcie porządne EMP! Ale wtedy będziemy mieli zdecydowanie inne problemy…