… i odczepcie się od Boruca.

Z dedykacją dla ogólnopolskiej loży szyderców, uczepionych sobotniej wpadki naszego bramkarza. Niedawna – nomen omen – robinsonada golkipera reprezentacji Anglii w meczu z Chorwacją. Bo piłki do bramkarza nie podaje się w światło bramki. Piłki do bramkarza nie podaje się w światło bramki. Piłki do bramkarza nie podaje się w światło bramki. Piłki do bramkarza….

O potędze zapomnianych zasad.

Wiem, powtarzam się. Ale primo, autoplagiat jest stylowy [Hitchcock], a secundo – jak długo można wymyślać wciąż nowe tematy, skoro bumerangiem wracają stare sytuacje? Ktoś niedawno olał starą zasadę, w myśl której VIPów nie należy przewozić razem i rozbiła się CASA, a dzisiaj Żewłak olał zasadę znaną nawet mi od parunastu lat, w której podając do bramkarza NIE podaje się w światło bramki, tylko w kierunku linii bocznej. Byłby przynajmniej remis.

Rzecz o obsysaniu matematyków.

Swego czasu [i jeszcze wcześniej] chwaliłem się, jak to samoistnie wpadłem na algorytm sortowania bąbelkowego i zasadę dźwigni finansowej. Wczora z wieczora, zainspirowany notką u radmena i niezbędną w takich przypadkach dawką entropii myślowej, generującej losowe brauzowanie Wikipedii, przeczytałem o zagadnieniu mostów królewieckich. I uświadomiłem sobie, że niemalże dokładnie ten sam problem grafu eulerowskiego [z jakąś inną ilością węzłów i krawędzi] rozwiązałem pacholęciem będąc [I klasa LO], chcąc zaimponować koleżance. Wniosków z całej tej sytuacji jest kilka:

  1. Obaj z Eulerem doszliśmy do tych samych konkluzji, z czego wnioskuję, że Euler miał rację.
  2. Świat nauki cholernie stracił na moim nierobieniu doktoratu.
  3. … co jednakże nie budzi moich wyrzutów sumienia, gdyż gdybym poświęcił się nauce, cholerną stratę z kolei poniósłby świat biznesu. A wszystkim nie dogodzę, moja doba – tak jak i Wasza – ma naprawdę tylko 24h,
  4. niech mi teraz jakiś Korwin mówi, że kobiety nie miały wpływu na rozwój matematyki,
  5. szacunek in extenso nierozerwalnie wiąże się z tym, że duuużo łatwiej żywić nam go do kogoś, czyich dokonań nie potrafimy powtórzyć [co polecam pod rozwagę zwolennikom równouprawnienia, niechby i w małżeństwie]. Widzę na własnym przykładzie, że mój szacunek dla dokonań Eulera znacznie się zmniejszył.

Do widzenia Państwu, idę postawić sobie pomnik.

Obrońcy zwierząt przeciwko „Call of Duty”

No właśnie. Jak donosi łonet [choć nauczony doświadczeniem nie wykluczam pomyłek translatorskich, innej gry, upadku meteorytu, wrogiego przejęcia ani braku kawy], obrońcy zwierząt protestują przeciw CoD, bo ich zdaniem to granda i padaka, żeby w tej grze można było strzelać do zwierząt!!!!!111oneone Z utęsknieniem czekam na powstanie jakiejś ogólnoświatowej organizacji obrony praw ludzi.

Z pamiętnika inwestora giełdowego.

Mailem przyszło.

Marzec 2003r. – Niedawna hossa zakończyła się blisko 50-proc. spadkami. Spółki giełdowe podają coraz gorsze wyniki. Bezrobocie rośnie, wszędzie słyszy się o recesji… Lokaty i obligacje to w tej sytuacji jedyne racjonalne rozwiązanie.

Wrzesień 2003r. – Na giełdzie pojawiły się 30-proc. wzrosty. Przy tak dużej recesji, tak silne wzrosty to oczywista bańka spekulacyjna.

Kwiecień 2004r. – Niespodziewana, trwająca już rok hossa przyniosła inwestorom ponad 70 procent zysku. Widać już jednak pierwsze gwałtowne spadki. Trzeba inwestować, gdy giełda jest w dołku, a nie kiedy na szczycie.

Grudzień 2005r. – Giełda wciąż rośnie. To nie jest rozsądne inwestować po takich cenach. Trzeba poczekać, aż przyjdą spadki…

Maj 2006r. – Od początku hossy WIG wzrósł już 220 procent! Wszystko rośnie. Wszyscy dorabiają się majątku. W ciągu tygodnia można zarobić 10 procent. To nie może się skończyć szybko. Trzeba podjąć odważną decyzję. Niech tylko trochę spadnie…

Lipiec 2006r. – Krach! Akcje spadły o 20 procent. Wiedziałem, żeby nie inwestować. Trzeba poczekać na kolejne obniżki i wtedy zacząć inwestować.

Marzec 2007r. – Letnie spadki okazały się tylko korektą i szybko zamieniły się w silne wzrosty. Znajomy rzucił pracę i żyje tylko z giełdy. Jeśli tylko znajdę chwilę, pojadę do banku i wpłacę do funduszu akcyjnego.

Czerwiec 2007r. – Dziś postanowiłem wpłacić wszystko do akcyjnego. Do odważnych świat należy. Kto nie ryzykuje ten nie zyskuje.

Sierpień 2007r. – Gwałtowne spadki. Trzeba opanować nerwy, nie można wycofywać się, kiedy giełda jest na dole.

Luty 2008r. – Bessa… Straty sięgają już kilkadziesiąt procent. Nie można się teraz wycofać. To inwestycja długoterminowa. Jak tylko odbije się do poziomu, przy którym zainwestowałem, wycofam się.

Październik 2008r. – Nic mnie nie obchodzi, czy odbije się, czy nie. Wycofuję się. Wszystko, czego pragnę, to święty spokój. Nigdy więcej nie dam się oszukać.

Marzec 2009r. – Niedawna hossa zakończyła się blisko xx-proc. Spadkami. Spółki giełdowe podają coraz gorsze wyniki. Nic dziwnego – bezrobocie rośnie, wszędzie słyszy się o recesji. Lokaty i obligacje to jedyne racjonalne rozwiązanie…

Ścinki.

Przeczytana Struktura Michała Protasiuka. Kupiona w zasadzie w przelocie w empiku, okazała się być nadzwyczaj ciekawym kawałkiem… nie do końca orientuję się w dzisiejszych gatunkach literackich… thrillera korporacyjnego?… cyberpunku?… Nie wiem, czego. Ale książka niezgorsza, momentami łudząco przypomina razowy Pieprzony los kataryniarza, choć momentami spod wartkiej i pełnej zwrotów akcji fabuły wystaje lekka nieporadność narracyjna, owocująca nieszczególnie dramatycznym finałem. Ale nie wystaje aż tak bardzo i książka wydaje mi się generalnie godna polecenia, szczególnie osobom zafascynowanym podjęciem pracy w międzynarodowej korporacji o światowym zasięgu.

* * *

Przeczytany któryś z serii Kotów, który cośtam. Takie wiśniowe paperbacki, dodawane iirc swego czasu do jakiejś gazetki. I od razu: szkoda na to Waszego czasu, Waszych pieniędzy i Waszego zainteresowania. Główny bohater żyje z kotami, chodzi tu i ówdzie, robi to i owo, załatwia pięćset spraw naraz, wypowiada się obowiązkowo politpoprawnie, proekologicznie i jeszcze jakoś pro, w intermediach Deus ex machina pojawiają się zewłoki, bohater dalej chodzi gdziekolwiek, dzielnie zmagając się z dramatyczną narracją, koty odkrywają to i owo, znów pojawia się jakiś zewłok, bohater dalej chodzi gdziekolwiek, głaszcze kota, znów pojawia się zewłok, bohater dalej coś załatwia, na koniec dwoma akapitami streszcza – przepraszam za rozbuchane słownictwo – intrygę, a potem znów gdzieś idzie coś załatwić. Pojawiają się koty.

* * *

W naszym mieszkaniu ni stąd, ni zowąd pojawiły się skrzypce. Z nudów od czasu do czasu zaczynam sobie na nich przygrywać. Nauczyłem się już nieco trafiać w struny i wstręt do tego instrumentu, starannie hołubiony od najmłodszych lat, niezauważalnie się rozpłynął. Wychodzi na to, że poza nauką jazdy na łyżwach [nieprawdopodobną wręcz duma napawa mnie fakt, iż sińce powstają już głównie wskutek prób doskonalenia techniki jazdy, a nie wskutek siłowego odrywania się od bandy] jestem jeszcze w jesieni życia w stanie nauczyć się czegokolwiek. Cholernie fajne uczucie. Zacięcie Progenitury, dla której i wskutek której czteromiesięcznych próśb owe skrzypce zjawiły się w mieszkaniu, jakby zmalało. Nie wykluczam destrukcyjnego wpływu moich prób nauki.

* * *

Płyt Nigela K., którym z racji odpowiedzialnego rodzicielstwa, poszerzania zainteresowań i paru innych racji wypadło mi się zainteresować – nie ma i nie będzie. Bo nakład się wyczerpał i nikomu się nie chce wznawiać; fakt nazwiska, zaprzeszłych nakładów i paru płyt z metali szlachetnych zdaje się na nikim nie robić wrażenia. Szkurde, kogo oni zatrudniają w tych wydawnictwach w działach sprzedaży? Socjologów czy absolwentów wiertnictwa?

* * *

Sprawy się pchają. Jest niezgorzej No tom się pochwalił, fsck. Każdą ilość czasu gwałtownie kupię.

Remis ze wskazaniem na dzyndzlu – appendix.

Przed momentem mignął mi czyjś komentarz z linkiem do wiadomosci24, dotyczącym wspomnianego przedwczoraj zamieszania dokoła określeń płci i zawodów. I wszystko ładnie pięknie. Prawie.

Autor tegoż komentarza znalazł gdzieś treść zarządzenia [Czajna, masz wreszcie – chyba… – swoje wann und wo, o które tak się dopominałeś]. Dalej – generalnie nic nowego w stosunku do tego, co padło w dyskusji w mojej notce. Że Onet się skompromitował tłumaczeniem i że wymowa tego tekstu jest w ogóle zupełnie inna.

Z jednego wypada mi się wycofać. Nikt nikomu niczego nie zakazuje – przynajmniej expressis verbis. Tyle moich przeoczeń. Co do reszty:

  • wyolbrzymianie błędu w tłumaczeniu „Miss/Mrs” – poza ewentualną chęcią dokopania Onetowi [na którego stronach notabene owego arta już nie ma] nie zmienia niczego, bowiem – co powtórzę do znudzenia – w komunikacie występują również listy zawodów. Autor niusa prześlizguje się nad tym lekkim piórem, pisząc, że Owszem, w dalszej części obu artykułów jest mowa o używaniu jednolitych nazw zawodów, nie wskazujących na płeć pracownika (np. oficer policji zamiast policjant i policjantka). Kontekst jednak jest tutaj nieco inny, niż ten narzucony przez tytuł Onetu., jednak żadnych dowodów na poparcie tezy o „innej wymowie” nie podaje [bo ich po prostu nie ma], zaś lambchop twierdzi, że celem tego manewru jest li tylko większa dostępność zawodu do płci obojga, bo przedszkolankiem nikt nie chce być. Dlaczego w takim razie wprowadzono „pisarzę” czy „policjanto”? Czy w ich przypadku chodziło również o negatywne konotacje z płcią? Bzdura.
  • Ostatnie zdanie wyjaśnia właściwie wszystko: „Unless a person’s sex is relevant, do not precede professions, occupations or functions with ‚lady’, ‚woman’ or ‚female’.” Nawet jeśli onet rąbnął się w tłumaczeniu „Miss/Mrs.”, wobec powyższego zdania nie ma to żadnego znaczenia.
  • Tak, ewidentnie zajmuję się pierdołami i niczym w tej chwili nie różnię się od eurourzędników. Obaj w tym momencie tracimy SWÓJ czas i MOJE pieniądze. A ile tego typu spraw nie ujrzało światła dziennego – cholera jedna wie.

Sapienti sat.

Drobne rozrywki biurowe.

Kiedy dedlajny AŻ TAK BARDZO nie cisną, a robić się nie chce, jakoś trzeba spożytkować dany nam pierwszy dzień reszty naszego życia. Można np. pozwolić wprosić się na prezentację wrażemu handlowcowi i z miną wiejskiego głupka [która jakimś cudem przychodzi mi bez najmniejszych problemów…] wysłuchiwać mądrości, jak to linkowanie do strony, którą chcemy wypromować, nazywa się optymalizacją, albo argumentu, że strony robione są zgodnie ze standardami, bo mają zerowy współczynnik walidacji.