Duży Zdzisław

Przed oczami mignął mi ostatni Ozon, a w nim – felieton Wojciecha Wencla. Rzeczony pisywał [i chyba nadal pisuje] oraz aktywnie udzielał się w środowisku związanym z Frondą, zbierając laurki i laury za poezję bodaj najbardziej tradycjonalistyczną z tradycjonalistycznych [od kanonów odbiegał chyba tylko niechęcią do rymowania]. A teraz – felietonista w czasopismie ogólnopolskim. Hm.
Konstatacje dwie. Po pierwsze, dziwnie to wygląda. Ale skoro jakoś przełknąłem Klatta z Róż Europy, doradzającego jakiejś szyszce w telewizorni, przełknę i Wencla. A po drugie, Ozon wydaje się być godnym kontynuatorem śp. Spotkań, które zmarły śmiercią naturalną w połowie lat dziewięćdziesiątych. Kupował dalej ich nie będę [bo nie kupuję regularnie prasy, poza fachową], ale będę chyba mocniej im kibicował.

Administrativia, part II

Pewne osoby niedawno usłyszały ode mnie historię człowieka, który parę lat temu wszedł do Sejmu z listy ZChN, a aktualnie kandyduje z ramienia APP ‚Racja’. Obiecałem to sprawdzić i potwierdzić…
…więc niniejszym sprawdziłem i potwierdzam. Jutro przed wyjściem do pracy nie mogę zapomnieć tylko zabrać szczęki z piwnicy.

Doktorat z SMTP…

…idzie pełną parą. Nagłówki, multiparty, tu tcpdump, tam MIME… A jeszcze gdzieniegdzie poprawić trza kod źródłowy wypuszczony – jakżeby inaczej – na GPLu… W sumie jeszcze tylko obczaić załączniki i boundaries i można iść do domu. Pakiety już jedzą mi z ręki.
Odczuwam mrowienie w lewym palcu fakalcu. Jakby niedokrwienie. Nie opuszcza mnie od wczoraj. Dziwne, bardzo dziwne.
Do Kielc nie da się już normalnie jechać, o czym informuję z niekłamanym żalem. 120 kilometrów, 5 patroli i idiota, który przez pół godziny jechał przepisowo, tworząc za sobą kilkudziesięciosamochodowy zator. I żeby to jeszcze poboczem – ale zaraz przy podwójnej ciągłej. I żeby to jeszcze malaczem – ale to było bodajże Vento. Jeśli tezę o tym, że samochód dla części mężczyzn jest li tylko przedłużeniem męskości, da się jakoś empirycznie podeprzeć, to ten człowiek jest właśnie jej potwierdzeniem.

Administrativia

Zainteresowanych zdjęciami z weekendowego HM-zlotu informuję z przykrością, że na zdjęcia trzeba będzie jednak jeszcze poczekać. Trochę weekendowej swobody zaowocowało nieoczekiwanymi procesami myślowymi, w wyniku których urodziła się idea zakupu jakiegoś starego twardziela, żeby zdjęcia mogły zostać u mnie, a całość mogła być opublikowana as-is. Oj, będzie się działo!…

Linuksowanie, cz. III – ostatnia [?]

Pingwin oddany w dobre ręce z odczuciami ambiwalentnymi – OOo działa, blackbox zamiast standardowego kdm poraża szybkością [dosłownie], drukarka teoretycznie zainstalowana, praktycznie nie jestem tego w stanie stwierdzić, bo nie wiem, czy mruganie kontrolki jest skutkiem niefungowania czegoś w Linuksie, czy tylko jest efektem prozaicznego braku tonera. Spójność logiczna zależności w Mandrejku/Mandrivie pozostawia wg mnie dalej wiele do życzenia [OOo zagadywał do mnie przez dłuższy czas po katalońsku, locales ustawiły się częsciowo na pl_PL, częściowo na en_US – pomogły wulgarne EXPORTy w rc.local], ale całość jest o wiele sensowniej zrobiona w stosunku do tego, co wydawało mi się do tej pory.
Nie działa dźwięk [brakło czasu na zabawy isapnp], całość dalej chodzi na generycznym jaju [jw.] i zapomniałem dograć kde-games i gnome-games. O ile całość przetrwa do mojej następnej wizyty, czyli jakiś miesiąc – półtora, będzie tam dalej stała. Jeśli nie… mówi się trudno.

.

Dzisiaj wieczorem w Dwójce pokażą mecz Liverpool – CSKA Moskwa. Na wczorajsze mecze polskich drużyn brakło kasy, chociaż ponoć SportFive oferował prawa do transmisji za czapkę gruszek. I płać tu człowieku abonament.

Kącik czytelniczy

Przeczytane: Diamentowa karoca Akunina, Pachnidło Suskinda.
Diamentowa karoca to chyba najlepsza część serii o Eraście Piotrowiczu, szczególnie retrospektywny tom drugi. Jedna rzecz denerwująca to znów poszarpana chronologia – druga część traktuje o pobycie Fandorina w Japonii, skutkiem czego akcja cofa się w czasie o dobre dwadzieścia lat. Poza tym manewrem książka jest rewelacyjna, szkoda tylko, że w temacie Fandorina niniejszym nie mam już nic do poczytania.
Pachnidło idzie w zawody o lepsze z Karocą. Książka malutka, łyknąłem ją w parę godzin, ale potrafi wciągnąć bez pamięci. Momentami obrzydliwa dla niektórych ze względu na dość naturalistyczne opisy, ale mimo to – jedna z lepszych, jakie zdarzyło mi się ostatnio przeczytać. Jeśli kogoś niespecjalnie bulwersują naturalistyczne opisy zapachów – polecam gorąco.
W buforze spoczywa pierwszy tom Norweskiego dziennika Pilipiuka. Po dwóch tygodniach mania książki spostrzegłem, że dostał mi się egzemplarz z autografem autora – bez komentarza. Dzisiaj może zabiorę się do czytania, i tylko przerażenie budzi zamieszczona na okładce adnotacja: Po lekturze tej książki lektury szkolne staną się jeszcze nudniejsze. Ale trzeba być dobrej myśli.

Linuksowanie, cz. II

W zasadzie – poza dwiema-trzema grami, które pewnie uda się zmusić do współpracy pod wine i jednym RADem, którego pewnie będzie można odżałować – nie ma już przesłanek, każących pozostawać nam przy windzie. A właściwie przesłanka jest jedna, ale poważna: przyzwyczajenie. Suseł w końcu raczył się upgradnąć, mieszając nieco w setupie przy okazji, ale niewiele. Z pomocą checkinstalla udało mi się zrobić mojego pierwszego RPMa z Fluxboksem – brakuje .speca i dependencies, ale na moje potrzeby wystarczy, nigdzie dalej rozdawać tego nie zamierzam.
Na blaszaku do zlinuksowania powierzonym sprawa wygląda znacznie gorzej – płyta nie dość, że prehistoryczna, to jeszcze walnięta i co jakiś czas zawiesza się w najmniej oczekiwanych momentach. Do tego jeszcze OOo uruchamiający się całą epokę [a być musi!] i wychodzi obraz systemu, który postronnym osobom linuksa może tylko zbrzydzić. Nietopsz, oj nietopsz.