Ścinki.

Zatrważająco szybko wydłuża się kolejka rzeczy do przeczytania. Postanowiłem sobie [choć nie wiem, jak długo wytrwam] nie kupować rzeczy powszechnie dostępnych, zanim nie skończę zaległości… no, może za wyjątkiem zerkającego na mnie zachęcająco Hyperiona. Chcąc zrekompensować sobie radochę z przywłaszczania nowych rzeczy, w międzyczasie złapałem Szpotańskiego [o dziwo, wyszedł niedawno], a także, zachęcony przychylnymi opiniami znajomych, rozpuściłem wici za nieosiągalnymi już praktycznie w normalnym obiegu Przeklętymi dniami Bunina [no chyba, że ktoś zna perfekt rosyjski, ja nie]. VIII tom MBC chwilowo wykreśliłem z wishlisty, po co się stresować.

* * *

A właśnie, a propos Bunina. Kolejną pękającą nicią w konstrukcji zdarzeń [Coma] w lewackim świecie jest dysproporcja pamiętnikarstwa. Cóż mamy po lewej stronie, kładąc na wagę wspomnienia z czasów rewolucji kolorów obojga? Wynurzenia Rigoberty Menchu [które okazały się w sporej części blagą], zapiski żony Allende i… szczerze powiedziawszy, nie śledzę tematu, ale na tym zasób mojej wiedzy dot. pamiętnikarstwa uciśnionego lewactwa w oszalałych prawicowych dyktaturach się kończy. A zapiski z wdrożeń rewolucji bolszewickiej? Ilościowo przypomina to trochę kopanie leżącego, ale się poznęcam. Ot, szybciutko: Bunin, Sołżenicyn, Piasecki, Bułhakow, Mackiewicz, Szpotański, Havel… wszyscy oni przyszli mi do głowy odruchowo, bez guglania.

W samej ilości w moim grajdołku jest 7:2 na wstępie. Dysproporcja wynikająca z faktu lepszego wykształcenia panów przed czerwoną rewoltą – czy może jednak różnica w odczuciach pamiętnikarzy?… No i zastanawia mnie dysproporcja płci, ale może to przypadek.

* * *

Kawałeczek po kawałeczku staram się wdrażać w GTD – i o zgrozo, nawet mi to wychodzi. I gdyby nie to, że softu do tego nie ma za cholerę, byłbym już dużo dalej. iKog to fajny bajer pythonowy z niegłupią klawiszologią, niestety brak mu właściwie całego modułu do referencji, zadań terminowych i paru podstawowych – z punktu widzenia GTD – funkcji. Za rzeczy oparte jakkolwiek na browserze i wiki dziękuję, nie jestem masochistą. Póki co, całość list utrzymuję w ThinkingRock, ale to narzędzie wiesza się tak często i tak często gubi klawiszologię, że całość przypomina kodowanie jakiegoś systemu w ERP przy pomocy Notatnika. To znaczy – w zasadzie się da. Że nie wspomnę już o kompletnym nieintegrowaniu się tego czegoś wizualnie z moim gnomem. Na peryferiach wyszukiwania notatnika dla spraw bieżących zezuję na zaszyty w oggdtwarzaczu dyktafon. I pomysleć, że parę lat temu patrzyłem na znajomego, gadającego do dyktafonu, jak na czubka.

* * *

Genealogia leży, ale parę pomysłów na rozbudowę drzewka mam i niekoniecznie wiąże się to z czasochłonnym wysiadywaniem w archiwach. I chyba nie będę zbytnio odkrywczy, jeśli napiszę, że niezerową rolę w moich poszukiwaniach odegrał pewien serwis internetowy – nasza-klasa.pl, może znacie.

* * *

Znów szykuje się masa biegania, załatwiania, gadania i podobnych. A dla odmiany przydałoby się wreszcie móc usiąść i coś zrobić. Amen.

CASA

Nie zajmuję się bezpieczeństwem. Ale za cholerę nie jestem w stanie zrozumieć, jakim cudem – skoro zewsząd słychać głosy, że niemalże wszystkie ofiary były elitą polskiego lotnictwa – dopuszczono w ogóle do sytuacji, żeby taka grupa ważnych dla państwa osób zgromadziła się w jednym samolocie. Jak dla mnie to coś podobnego do nierobienia kopii bezpieczeństwa w dwustuosobowej firmie informatycznej.

– Większość to piloci z eskadr mojej brygady. Elita polskiego lotnictwa, piloci samolotów bojowych Su-22 i MiG-29. To oni odpowiadają za bezpieczeństwo nieba nad Polską. Ludzi czynnie latających na tych maszynach jest w Polsce mniej niż dwustu.[płk pilot Eugeniusz Grobas, link]

W takim razie – nie licytując się liczbami – w katastrofie lotniczej zginęło 10% najlepszych polskich pilotów. To nie jest sport, stowarzyszenie, cholera wie, co jeszcze. To jest organizacja, gdzie elementarne imho procedury bezpieczeństwa jest łatwiej zaprowadzić, niż gdziekolwiek indziej. Ale może mi się wydaje.

Niewidoczne menu w ies4linux

Jeśli po instalacji ies4linux nie widać głównego menu IE ani paska adresu, a tylko nic nie mówiące ikonki, należy zlokalizować plik user.reg i wyciąć sekcję, zaczynającą się od [Control Panel\\Colors]. Po restarcie IE powinien nam się objawić w całej swojej chędożonej okazałości. A teraz wystarczy tylko pomyśleć, dlaczego ten pomiot niedorozwiniętego tyranozaura i zdesperowanej salmonelli nie renderuje stron zgodnie z naszym wspaniałym projektem, dodłubać, co trzeba, i plan na dziś będzie wykonany.

Studniówka.

Nie… nie idę 🙂 Generalnie – nie mój cyrk, nie moje małpy, piszę sobie a muzom. Ale wg mnie afera dokoła wystawności studniówek to kolejne pomieszanie z poplątaniem. Do kroćset, to właśnie studniówka ma być balem; w tym celu została wymyślona! Studniówka, od biedy osiemnastki – a nie komunie czy inne tego typu uroczystości. Studniówka nawet bardziej od osiemnastek, bo tam powinna wystarczyć normalna impreza, cokolwiek dzisiaj rozumie się pod tym określeniem. Ale, jak wspomniałem, gadam sobie a muzom, za doświadczenie osobiste mając jedynie wspomnienie czasów, kiedy bieda była taka, że do zabawy mieliśmy jedno ziarenko piasku, a tęcza nad wioską była czarno – biała. I już nie smędzę.

W co się bawić? – wtręt poza numeracją.

Można na przykład w jaszczurkę:
Koleżanka jest Panią, Córka znajomą Pani, kolega – jaszczurką. Znajoma przychodzi do Pani i razem idą z jaszczurką na spacer.

Albo w potrawkę:

Córka i koleżanki są paniami, koledzy – mężami pań. Jeden kolega jest potrawką. Panie i panowie zbierają się w jednym miejscu i jedzą potrawkę [„Oczywiście na niby!” – zastrzega się dziecko ze śmiechem.].

Dzisiaj dowiedziałem się, że można się bawić również w drzwi. Kolega jest drzwiami. Drzwi idą na budowę albo do sklepu.

Wykształciuchy kontratakują.

Jak donosi Dandys, wnikliwych i wykształconych dziennikarzy Gazety Wyborczej po zawartości tłuszczu w tłuszczu zainteresowały tym razem m.in. antysemickie podteksty kodeksu Dagome iudex. Pani dziennikarz krater w edukacji wczesnopolskiej nadrobiła jednak natychmiast znajomością mitologii nordyckiej, ochoczo tłumacząc, co to Walhalla. W zasadzie nic dodać, nic ująć… poza narzucającym się pytaniem, czy glosa do rzeczonej Walhalli to próba autolansu, czy może jednak – w kontekście wspomnianych artykułów – takie objaśnienia niewtajemniczonym [rozbawiło mnie to setnie, wychodzi na to, że poprzednia pani dziennikarz nie była wtajemniczona w matematykę] nie są zamieszczane niepotrzebnie. Drugi wariant rodzi szereg niepokojących implikacji, ale zmilczę w obawie przed przyklejeniem mi – jak zwykle – etykietki antysemity.

Zapomniane, odkurzone.

– Słyszałem, ze chcesz wyjechać z Polski na stale?
– Tak, z dwóch powodów, pierwszy jest taki, ze w wyborach wygrywa
prawica.
– Ej, no nie martw sie. Teraz prawica porządzi, ale za cztery lata znów
do władzy dojdzie lewica.
– I to jest właśnie ten drugi powód.

– Dlaczego zawodnicy sumo golą nogi?
– Żeby łatwiej można ich było odróżnić od feministek.

Szef ruga pracownika:
– Dlaczego się pan spóźnił do pracy?
– Zaspałem. Żona cztery razy w nocy budziła mnie do dzieci.
– Przecież państwo nie macie dzieci!
– No właśnie.

Perfekcja rodzi się w bólach, czyli GTD ciasne, ale własne.

Kroczek po kroczku realizuję własne GTD. Drugi raz nieoceniony okazał się LinuxMagazine – dawno temu przez tę gazetę złapałem GRAMPSa i całą manię genealogiczną [mocno notabene ostatnio kulejącą, ale to szczegół], a parę dni temu – Thinking Rock. Porównania nie mam, program jest pierwszym, którym się bawię, i kilka wad, o których poniżej mało merytorycznie, ma. Po pierwsze, jest w Javie. Po drugie, autorom nie udało się ustrzec spaczonego dispatchera, w wyniku którego interfejsowi zdarza się gubić focus i cała klawiszologia idzie współżyć [dlatego też pozostaję nieustającym zwolennikiem programów z tekstowym UI]. Ze znalezionych wad to w zasadzie wszystko, przynajmniej na razie.

Do zupełnego a przynajmniej zupełnego w mojej ocenie, wdrożenia GTD u siebie potrzebuję chyba jednak przeczytania ponownie Allena. Na razie, robiąc bieżączkę i biegając za ASAPami, doczytuję w ramach odtrutki drugi tom Pana Lodowego Ogrodu. Idzie mi to topornie, ale nie wynika to z Grzędowicza, tylko raczej z moich klimatów różnych. Potrzebne do GTD listy sporządzam kawałeczkami, perspektywa rzucenia wszystkiego w diabły, by poświęcić parę dni po to, żeby inicjalnie dowiedzieć się, co mam zrobić za dziesięć minut, lekko stresuje. Ale metoda małych kroczków plus bieżące trzymanie ręki na pulsie w opcji Collect Thoughts jakoś wewnętrznie napawa mnie optymizmem. Poza wszystkim bowiem, Myśląca Skała jest bowiem niegłupim notatnikiem, a czegoś takiego w komputerze też potrzebowałem. Demoniczna produktywności, nadchodzę!