Timego Gatesos et upgrada ferentes.

Po skorzystaniu z darmowej oferty podniesienia się do Win10 wszystko poszło całkiem fajnie. Jedyne, co mnie dziwiło, to wydłużający się czas renderu w Movie Studio; półgodzinna pierdółka zajęła komputerowi niedawno parę godzin, ale nie miałem czasu, żeby się nad tym doktoryzować.

Do soboty. Przedwczoraj pierwsza od dawna konkretniejsza, półtoragodzinna sklejka oznajmiła mi radośnie na wstępie dwunastogodzinne wycięcie z życiorysu z tendencją rosnącą. „Co do kroćset?” – pomyślałem i rzuciłem okiem nieco głębiej.

Dwadzieście procent. Tyle obciążenia notował średnio rdzeń podczas normalnego renderingu; mój stary aemdek był dużo pracowitszy, popylając na pełnej mocy. A może, w związku z zakupami, to nie procesor jest teraz wąskim gardłem? – pomyślałem tępo, i lekkomyślnie uczepiwszy się tego toku myślowego, straciłem następne pół dnia na telefon i guglanie.

windows10plaen-640x353Jałowe rozmyślania przerwałem w zasadzie bez morału. Po prostu trafił mnie szlag, wziąłem, sformatowałem i wróciłem do 8.1. I nagle moc i4790 wybrzmiała trąbą jerychońską, i sto procent rdzeni ryknęło, i pięciościeżkowy projekt robi się znów ledwo jakieś dwa razy dłużej, niż jego nominalna długość.

I gdyby nie objawiona z nagła konieczność wojny partyzanckiej i czekania z palcem na F11 przy restarcie, bo grub trafił do grobu – w zasadzie nie ma tego złego, co by na dobre nie weszło; do tej pory nie miałbym pojęcia o UEFI [wcześniej działało, sam nie wiem, jak] – wszystko byłoby dobrze. Podnoszenie linuksa nie przybliża mnie jednak tak szybko do wieczności…

Ale jak to?

Czysto subiektywnie to ja mam wrażenie, że pobrexitowa narracja opierała się na prawie wszystkim. Że populizm, że zagłosowali w stanie pomroczności jasnej, że to stracą, że to, że tamto, że siamto, że owamto. Czy będzie drugie referendum, czy pierwsze jest w ogóle ważne, co z emigrantami, hu let de dogs ałt, skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy, gdzie jest najbliższa Pizza Hut, do wyboru, do koloru.

Ale subiektywnie – w swoim bąbelku informacyjnym, YMMV – w całym tym słowotoku NIE zauważyłem jednego tonu: czy się da, czy się nie da. Ale że jak miałoby się NIE DAĆ? Postanowili, zagłosowali i wyjście jest – przynajmniej wg stanu na dzisiaj – przesądzone. A u nas na wszelkiej maści euro”sceptyków” na początek wszelkiej dyskusji idzie [a raczej: szło] straszenie, że się nie da. Chromolić art 50, na który właśnie powołują się Brytole. Wicie rozumicie, my byśmy Wam teoretycznego nieba teoretycznie uchylili, ale po prostu nie da się wyjść i już.

I teraz pytanie: co jest / było przyczyną takiego stanu rzeczy? Różnica klasy klas politycznych, o której pisał niedawno Cynik [którą to różnicę klas zwolennicy jedynej opcji wbrew deklaracjom pogłębiają] – czy mały areał pod jabłonką, skazujący upadłe jabłko na sąsiedztwo dorosłych, wypijających z ziemi dawne soki o nieustającej przyjaźni, wiecznym sojuszu i braku dlań alternatywy?

Bo od dawna wiadomo, że nie ma takiej sytuacji, dla której alternatywą nie byłyby kaczki…

QOTD.

Przy X. można było śmiało otwierać okna. Nie był orłem, więc perspektywa wyfrunięcia z pokoju mu nie groziła. W żadnym momencie naszej współpracy nie miałem nawet najlżejszego poczucia, że obcuję z wybitnym umysłem.

Nic, tylko walić w mordę.

Bo prośby nic nie dadzą.

Niby rozumiem, że z propagandą jest jak z reklamą – jeśli w grę wchodzi Big Data, to subtelności odkładamy na bok i cepem bez łeb. Ale chyba nie mam wyjścia i autopromocyjnie muszę stwierdzić, że należę widać do typu, dla którego zejście poniżej pewnej granicy estetyki nie może być motywowane niczym. Nawet skutecznością.

„Smoleńsk”. Na film się nie wybieram i – baczność! – dopuszczam nawet możliwość*, że jest to propagitka. Ale mnie to zwyczajnie nie interesuje. Spocznij.

Mam jednak dość słuchania kanalii, wywracających na nice poglądy polityczne aktorów. Nie zrozumcie mnie źle – nadreprezentacja „pro-PiSu” na liście płac jest faktem – ale śmiem twierdzić, że to skutek, a nie [jakakolwiek] przyczyna. Skutek wylanej i wciąż wylewanej fali pomyj, przez którą prawdopodobnie headhunterom pozostało faktycznie jedynie szukanie wśród tych, a nie innych.

Wiązanie czyichkolwiek poglądów z odtwarzaną rolą możliwe jest chyba zresztą tylko w mediach salonowych. A autorom tego jakże wymyślnego toku myślowego polecam popełnienie paru artykułów o odtwórcach roli seryjnych morderców, psychopatów i hitlerów. Taki np. Anthony Hopkins mógłby się o sobie sporo dowiedzieć…

A może to jakaś rodzina Anny Wendzikowskiej, a ja zwyczajnie dorabiam znowu jakieś teorie spiskowe?

* na film do kina zdecydowanie się nie wybieram, być może – choć raczej też nie – obejrzę go w TV może kiedyś. A tak na marginesie: zauważyliście, że złotym środkiem pomiędzy chęcią bycia w [jakimkolwiek] temacie filmowym a niechęcią do finansowania twórców nam obmierzłych jest… piracenie filmów?

Co ja robię tu?

Piszę moduł do importu plików z Krakowskiego Banku Spółdzielczego.

Zaczytuję CSV z danymi przelewów. Rozdzielenie pól tabulatorem najwyraźniej przerosło ichniejszych Panów Informatyków, bo wpadli na pomysł, żeby pola przelewu rozdzielać zwykłym przecinkiem. Nie no, serio! A ty, misiu kanterpartyjny, weź pisz ify albo obsługuj wyjątki i sprawdzaj każdorazowo, czy to coś, co odseparowałeś przecinkami, jest kwotą przelewu, politykiem ONR, nóżką dziecka, czy fragmentem adresu [bo przecież adresy formatowane przez obsługę na dziko albo kwiatki typu „Fundacja Rozwoju, Rozboju i Rozstroju” albo ‚ul. Tadeusza „Grota” Roweckiego’ zdarzają się tylko teoretycznie i na pewno nie w Naszym Wiodącym Banku, Będącym Liderem Rynku w Obszarze, prawda?].

[Z tą kwotą przelewu co prawda przesadziłem, bo w podwójnych cudzychlapkach jest, ale za to nazwa beneficjenta jest w poczwórnych. A ja dziwię się, że przy parsowaniu tego czegoś algorytm zaczyna uprawiać mi dziki seks.]

[Zresztą… „cieszmy się z małych rzeczy”. Taki np. HSBC nie udostępniał dla planktonu żadnych plików pośrednich, przynajmniej jeszcze do niedawna.]

Panowie programiści stłukli za to coś ciężką kasę. Aż strach pomyśleć, na ile opiewałaby faktura, gdyby przyszło im do głowy porozdzielanie pól zwyczajnym tabulatorem. Przygodne wróbelki donoszą o fakturach na przygotowanie tu i ówdzie JPK na pięciocyfrowe kwoty.

W euro.

Co ja tutaj robię, na styku ochnastu dyscyplin, ze swoją interdyscyplinarną wiedzą może i połebkową, ale za to sięgającą DOSa? Albo też: może i sięgającą DOSa, ale połebkową?

Co ja robię ze swoim życiem?