60% znajomości.

Właśnie taki odsetek lepszych prac, jak twierdzą szpiedzy cesarza, dostawanych jest, wedle stwierdzenia pani z UP – po znajomości.

Się zastanawiam się, dlaczego. Ciepła posadka dla znajomego ma, owszem, pewne zalety. Do pewnego stopnia gwarantuje uczciwość, protegujący może zyskać „oczy i uszy” w ekipie… I na tym zalety zatrudniania znajomego w zasadzie się kończą.

Zatrudniony znajomy to źródło potencjalnych konfliktów w zespole, brak lub utrudniona możliwość opieprzenia tegoż, o zwolnieniu nie wspominając, na ogół kwalifikacje tegoż też wyglądają różnie w porównaniu ze specjalistą, ściągniętym z rynku… W sumie dla firmy, mającej zamiar rozwijać się, to korzyść bardzo problematyczna.

Tak duży odsetek zatrudniania po znajomości może mieć kilka przyczyn, z których żadna mi się nie podoba. Albo prymitywne chciejstwo, nietamowane żadną kontrolą antynepotyczną, albo brak świadomości ograniczenia perspektyw wzrostu w ten sposób. Albo świadczy to o tak dobrej wycenie rynkowej zwykłej, ludzkiej uczciwości, co z kolei nieszczególnie świadczy o społeczeństwie jako całości. I tak, jak wspomniałem, nie podoba mi się żadne z tych wytłumaczeń.

Dowody wg kapitana Łyko.

– Wiek kadłuba nie jest najważniejszy, liczy się przede wszystkim wyposażenie okrętów, a nasze jednostki są dobrze wyposażone – przekonuje kpt. Łyko. A ile z nich jest sprawnych? – Rzeczywiście, czytałem artykuły, z których wynikałoby, że mamy tylko 3 sprawne okręty. To nieprawda – zapewnia, odnosząc się do niektórych publikacji. – Najlepszym dowodem na to jest fakt, że obecnie 3 nasze okręty biorą udział w ćwiczeniach Danex 2010 na południowo-zachodnim Bałtyku z 8. Flotylli Obrony Wybrzeża – dowodzi.

Źródło. Tamże – o zapaści polskiej marynarki wojennej.

.

Autoplagiat jest stylowy – A. Hitchcock [podobno].

Jeśli kobieta będzie musiała wybierać między obroną strzału z rzutu wolnego a obroną bezbronnego dziecka to bez wahania wybierze obronę dziecka, nawet przez chwilę nie zastanawiając się, że przez to możemy nie wyjść z grupy eliminacyjnej.

Tak, kiedyś to już wklejałem. I wciąż mnie to bawi.

MWzDM atakują.

Powyższy skrót do oczywiście Młodzi, Wykształceni, z Dużych Miast. A jak atakują, można poczytać sobie np. tu, o. Granat [kaman, bądźmy obiektywni – bez zawleczki!] i słoik z nieczystościami to atrybuty młodości, wykształcenia, wielkomiejskości czy – rozszerzając nieco definicję typowego wyborcy PO – kulturalnego i rzeczowego dyskursu politycznego?

Ścinki.

Pożegnamy przedszkole, pokłonimy się szkole,
nową drogą pójdziemy odważniej,
rozkołyszą się drzewa, ptak radośnie zaśpiewa
i będziemy wyglądać poważniej…

Wamać. Znoszenie przełomów i zakrętów we własnym życiu wychodzi mi znacznie, znacznie lepiej. I nawet nie ma kiedy iść na wódkę. Wamać. Wamać. Wamać.

* * *

Wczora z wieczora [pisane parę m-cy temu…] zaliczyłem szkolenie z rynków terminowych. Pod moimi stopami otwarła się otchłań ignorancji, wiem, że nic nie wiem. Cóż za parszywe uczucie.

* * *

Przeczytane… przeczytane duużo.

* * *

Wallandery panamankellowe, kończąc serię nie pamiętam nawet już tytułów. Wszystkie na równym, porządnym poziomie. Oldschoolowy kryminał, choć niekoniecznie w typie zagadki Agatki – tutaj mordercy nie zgadniesz, możesz jedynie obserwować wysiłki Kurta W. w rozwiązwaniu spraw. W tle – Szwecja, ze wspomnianymi na obwolutach „diagnozami społecznymi”. Które niekoniecznie mogą się podobać, z którymi niekoniecznie musimy się zgadzać, ale które paradoksalnie dodają książkom smaku. Gorąco polecam, zresztą o którejś części pisałem już wcześniej.

* * *

„Fiolet” Magdaleny Kozak, pani od „Nocarzy”. Czyli norma – antyterrorka, komandosi i dużo skoków spadochronowych. Zaczyna się genialnie, potem tempo mocno siada, a potem znów jest miło. Tym jednak, co w tej książce wbija mnie w fotel, jest opis świata spadochroniarzy. Cóż, wyskok z działającego samolotu [jak przypomniał mi to pewien Kolega z pewnego młyna] dopisałem pod wpływem do rzeczy, które wypadałoby zrobić w życiu. Tylko się odrobię. Książka bardzo zacna, choć nie ustrzegła się dłużyzn.

* * *

Przeczytany „Sokół maltański”. Milusi czarny kryminał. Taki, jak lubię.

* * *

Przeczytany „Ostatni don” Mario Puzo. Przesympatyczna książka o zabawnych perypetiach grupy przestępczej w Hollywood, którą poznajemy podczas rutynowych zabaw takich, jak wymuszenia czy zabójstwa…

Żartowałem. Do „Ojca chrzestnego” tegoż autora [którą w tzw. międzyczasie również pochłonąłem któryś raz z kolei – „Donem” byłem tak zdegustowany, że musiałem koniecznie sprawdzić, czy zidealizowany odbiór „Ojca chrzestnego” nie wynikał aby z moich fascynacji licealnych] nie ma się toto nijak. Odradzam.

* * *

Czytam [to już dopisek aktualny, hop dziś dziś] „Białą gorączkę” Jacka Hugo-Badera. W skrócie – podróż po współczesnej Rosji w wersji Z, czy co tam jest na końcu grażdanki. Kopie, miażdży i powala, rewelacyjna rzecz. Nie mam naprawdę bladego pojęcia, który z cytatów wybrać do publikacji. Czy rozmowę z Rosjanką, która uparła się, żeby ukochany hifamający kończył w niej bez fiuterału [(C) Moja TŻ], bo jak Rosjanka kocha, to aż po grób? Czy któryś z cytatów o pojawiających się na co drugiej stronie astrologach, wróżbitach i prekognitach? Opowieść o brygadzie sowchozowej, gdzie z piętnastu pracowników – niczym u Agathy Christie w „Dziesięciu Murzynkach” [Murzynkach, do kroćset, nie żadnych Indianach czy żołnierzykach!] – wóda i tytułowa „biała gorączka” [czyli ichniejsze delirium tremens] wykańcza jednego po drugim, by w wersji reżyserskiej stwierdzić na koniec, jak w oryginale, „ot i koniec Murzyniątek”? Spotkanie z szamanką, gdzie gazetowybiórczy racjonalista stwierdza bez ogródek, że dźwięk darowanego bębenka jest jedynym działającym lekarstwem na ból głowy jego Pani?

Hugo-Bader nie dostałby pracy w szmatławcu, gdyby nie zapłacił frycowego w postaci homeopatycznej dawki idiotyzmu – ale udało mu się wykpić tanim kosztem, bo przez pół cegły wyłapałem tylko jedno stwierdzenie o jakichśtam „prawicowych faszystach”. Poza tym książka ze wszech miar genialna.

Hugobaderowska Rassija na początku XXI wieku to kraj z całkiem innej epoki. Zupełnie tak, jak na początku XX wieku.

* * *

Przeczytane kilka książek o rynkach finansowych i strategiach giełdowych. Nauczyłem się… chyba dużo; gdy tylko znajdę dwie chwile czasu i odetchnę od bieżącego overkillu, postaram się zrobić z tego miniprzegląd, może komuś się przyda.

* * *

A teraz – może właśnie pod wpływem Hugo-Badera – będzie coś absolutnie irracjonalnego. Racjonaliści, do dzieła.

Przyszło zapytanie ofertowe. Standard – tyle, że nieco większe od normalnego. Oddzwoniłem, umówiłem się na spotkanie, spotkanie nie wypaliło, więc odbyliśmy je telefonicznie. Uzgodniłem bardzo orientacyjne widełki cenowe i siadłem do pisania potwierdzającego maila.

I wtedy zrobiłem coś, czego nie robiłem jeszcze nigdy. Sprawdziłem gościa w necie. Krótko mówiąc – z tego, co widzę, jeden z lepszych CK oszustów. I – jak to mawiał król Dezmod, gdy przyłapano go na oszukiwaniu w karty – naprawdę nie wiem, co o tym myśleć.

Może właśnie jakiś racjonał wyjaśni mi, czemu zabrałem się za sprawdzanie gościa pierwszy raz od początku toczenia własnej wojenki, czyli od jakichś czterech lat i parudziesięciu przeprowadzonych rozmów ofertowych? Życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka. Gadki o podejrzanym tonie możecie sobie darować, analiza ex post niczego takiego nie wykazała, przynajmniej w warstwie zauważalnej. Ja wyjaśnienia się nie podejmę, za głupi jestem.

* * *

Wohoo! Udało mi się namierzyć i zamówić „Farinelli – ostatni kastrat”. Się nie mogę się doczekać.

* * *

Fork na kanikule skrzypi, jak nie wiem co. Bez nadzoru i ze słuchu. A w domu – różnie bywa. Gdzieś popełniam błąd i znowu nie wiem, gdzie. Choć może to efekt wyjścia poza wstępny etap niekumania i napawanie się własnymi kompetencjami, który to etap może się utrzyma? Czego sobie, Państwu i światowej muzyce gorąco życzę.

Hilfe!

I standardowe zaklęcie: do kogóż w potrzebie, jak nie do braci joggerowej?…

Potrzebne Cudo. Cudo ma służyć generalnie do masowej komunikacji mailowej, niegłupie byłoby też wsparcie dla SMSów [proszę się nie śmiać, znam się inaczej]. Absolutnie żaden spam.

Cudo pobierałoby dla każdego maila określoną daną z innej krotki [tyle maili, ile wartości klucza obcego… o ile czegoś nie popierdzieliłem] z bazy MS SQL. Przydałoby się także móc personalizować maila zwrotem „Pan/Pani” na podstawie zewnętrznej tabeli, np. ID / Zwrot.

Jako dodatek do Cuda przydałaby się [choć tego nie sprawdzałem i może już się to da zrobić] taka kastomizacja pdfcreatora, żeby nazwy masowych PDFów konstruowały się na podstawie jakiejś danej z wydruku [postsrcipta?…], który z kolei wydruk tworzony jest na podstawie raportu z bazy.

Cudo zapisywałoby oczywiście maile w postaci szkiców z możliwością edycji.

Wreszcie Cudo puszczałoby co jakiś czas SMSy / wysyłało maile, chyba że adresat miałby gdzieś coś odznaczone.

Any ideaz, price suggestionz, lolz?… Cudo nie musi być – i pewnie raczej nie będzie – jedną aplikacją, tylko pewnie zgranym zespołem. Korzystał ktoś może z Gossamer List?

QOTD.

Przykład 1: pracownik zatrudniony jest w wymiarze czasu pracy wynoszącym 1/8 etatu. Podstawowy wymiar urlopu wynosi 26 dni.

Obliczenia:

26 x 1/8 = 3,25 (dla niewtajemniczonych w arkana matematyki należy 26 podzielić przez 8)

Źródło. Nie wątpię, że ów dopisek, demolujący moją kolejkę wpisów domagających się publikacji, powstał – znając życie – na wyraźne życzenie kadrowych, wychowanych na kolejnych reformach polskiej edukacji. I jeszcze dopisek: „Jeżeli wynikiem powyższego mnożenia będzie liczba będąca ułamkiem, należy zaokrąglić ją do pełnego dnia”. Ale nie napisali, że w górę, trzeba sobie to dopiero zobaczyć w przykładach.

Medice, cura te ipsum.

Optymalizacja gęstości ruchu na pasach drogowych nie należy do moich ulubionych zajęć, ale cóż… niekiedy wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych środków. Tym razem padło na optymalizację pasa przed jakąś renówką na lubelskich numerach. Echo klaksonu poniosło się po mieście, a pan doszedł mnie, zmienił pas i uchylił okno, tak uczyniłem również i ja.

– Nauczysz się jeździć? – spytał.
– A piliśmy razem wódkę? – odrzekłem zdumiony. Kiedy wiemy, o co chodzi, ty i ja będziemy wiecznie młodzi, jak nuci Farben Lehre, no ale bez przesady, facet nie wyglądał na wiedzącego, o co chodzi.
– Słucham?… – odrzekł on, nieco zbity z tropu.*
– Piliśmy razem wódkę? – powtórzyłem grzecznie i z uśmiechem. Facet chyba się zapowietrzył, ale nie zdążył odpowiedzieć, bo w tym momencie zmieniły się światła. Grzecznie ruszyłem z miejsca.

A człowiek na sąsiednim pasie o inklinacjach pedagogicznych stanął wstrzymując ruch jeszcze jakieś pół minuty. Chyba z wrażenia zapomniał skorzystać ze sprzęgła i zdechł mu motór.

Ze śmiechu omal nie wjechałem do rowu, ale ambitny PhD wyprzedził mnie na palonych gumach przy najbliższej sposobności i do końca naszej wspólnej jazdy na wszelki wypadek jechał pomiędzy dwoma pasami, bezsprzecznie rozsądzając niewypowiedziany spór na temat długości i szerokości.

* – dobrym patentem na wymianę poglądów dot. kodeksu drogowego wydaje się być mały offtopic, dający nam piorunujący efekt zaskoczenia i przewagę w dyskusji. Na przykład: – Jak jedziesz, uju? – A w którym roku była bitwa pod Płowcami? Albo: – Kto ci dał prawo jazdy, złamasie? – A ile to jest 13×76? Następnym razem trzeba będzie spróbować. Pozdrawiamy pana LRA.