Niedziela.

Mam na jutro wydrukować dla Marty 3 zdjęcia rodzinne. Pfrr. Drukarka HP, papiery HP, tusze fotograficzne HP, IrfanView pod Windą, CUPS i standardowe przeglądarki gnoma pod linuksem. Pfrr, po co o tym pisać? Drukarka ani pod Windowsem, ani spod Linuksa nie przyjmuje do wiadomości druku mimo, że BW wychodzi jej i tu i tu bez problemu. Kiedy po dwóch [sic!] godzinach zaczyna cokolwiek drukować, drukuje to wbrew ustawieniom w kolorach bazarowych [i _kompletnie_ innych, ale się nie czepiajmy] i jakości przaśnej. Cytując Comę, jakaś misterna nić w konstrukcji zdarzeń pękła. Choć ja w tej sytuacji i na ich miejscu nie bawiłbym się w poezję, tylko stwierdził, że jakiś powróz szlag mi trafił. 2 godziny w plecy bez efektu. Przy próbie wydruku paru zdjęć 10×15 cm. A do tego na firewallu non stop odzywa się drugi komp z prośbą o dostęp do drukarki mimo, że nic nie chce drukować.

Kijkiem między szprychy.

A zostawić państwową służbę zdrowia. Niech sobie wegetuje. Ale zrobić opcję tworzenia prywatnych kas chorych. Zresztą… z projektu ustawy wprowadzającej kasy chorych w obecnym kształcie ktoś taki zapis wyprowadził iirc w ostatniej chwili.

Inna rzecz, że to rozwiązałoby tylko połowę problemów. Bo poza marnotrawstwem kasy w KCh problemem jest burdel organizacyjny w szpitalach, a na to chyba nie ma faktycznie jednak innego rozwiązania, niż prywatyzacja. Bo bez tego widmo utraty pracy za kiepską pracę nie zadziała.

The best things are hard to come. Hard for losers.

Nie, bynajmniej nie piszę tego, żeby się chwalić. W zasadzie nawet mi wstyd, że dopiero teraz. W zasadzie nawet koszmarny wstyd.

Ale jakoś nie mogłem się powstrzymać, żeby ku pamięci zapisać, że wreszcie udało mi się ubić Diablo. Na normalu – dlatego napisałem, że to żaden powód do dumy. Ale albo mój nekromanta był siakiś lelawy, albo mi jako starszemu panu ciężko było obczaić taktykę na tę walkę. W zasadzie zadziałała stara w gruncie rzeczy taktyka, zasadzająca się na stwierdzeniu „w mordę i w nogi”. Plus doszprycowanie nekra żywotnością na ostatnim levelu, bo po drodze zdążyłem zaliczyć nowy lvl. No i mimo wszystko wyszłaby z tego amba, gdybym gdzieś daleko nie otwarł sobie portalu, z którego w odpowiedniej chwili skorzystałem. Ale taktyka opracowana, przyda się na przyszłość.

Demokratyczny brak dylematów.

Nie lubię demokracji i już. Każda forma umiarkowanego autorytaryzmu – od oświeconej monarchii począwszy, poprzez demokrację cenzusową, na ekonomicznym dyktacie „Chicago boys” skończywszy – budzi mój znacznie większy entuzjazm niźli bardak, którego uczestnikiem mam problematyczną przyjemność być. Biorąc udział w wyborach, gram po prostu na zasadach przeciwnika, podobnie zresztą jak cała lewica, która niby nawołuje do udziału w głosowaniach i społeczeństwa kochającego się [inaczej], a gdyby nie uwarunkowania międzynarodowe, szczątkową pamięć społeczną i osłabienie białej rasy [w aspekcie decyzyjności] i tak skończyłoby się znów na gułagach i occie na półkach. W wariancie optymistycznym.

Ale ja nie o tym. Wśród zażartych [i umiarkowanych zresztą też] demokratów dostrzegam wyrwę myślową. No bo niby jakim cudem ktoś, chcący uchodzić za przedstawiciela nurtu, gdzie nie ma prawdy obiektywnej, a jedynym kryterium słuszności decyzji jest poszanowanie procedur i mandat demokratyczny blahblahblahblah właśnie, ma moralne prawo wypisywać „Powstrzymać PiS” czy obśmiewać „mohery”? Jakim cudem w demokracji ortodoksyjny liberał ma prawo wyzywać oponenta od durniów, skoro prawa ekonomii ustalane są w demokracji na zasadzie tylko głosowania?

A jeśli nie są ustalane w drodze głosowania… to może w takim razie demokracja jest ustrojem bałwanów, które pod wpływem vox populi na ogół podejmują decyzje całkowicie sprzeczne z obecnym stanem wiedzy? Tertium non datur.

Szanowni demokraci, jeśli uważacie, że mohery gwałcą np. jakieś obiektywne prawa ekonomii czy obiektywnie cofają Polskę w XIX wiek [cokolwiek to znaczy], w demokracji dla Was nie ma miejsca, ponieważ wszystkie paradygmaty nowoczesnej demokracji oparte są wszak na consensusie, nie na arbitralnych sądach [poza holokaustem może…]. Weryfikować rządy indolentów potrafi teoretycznie czas i urna wyborcza, ale od czego PR, dobra kampania reklamowa i ogólnoludzka skleroza? Aha, nie piszę tego z pozycji zwolennika PiS, nie zagłosuję na nich w życiu – tylko jak widać skoro „mediom demokratycznym” i rządzącym [a może właśnie przede wszystkim im] niespieszno do kwestionowania tego rozdźwięku między „prawdą obiektywną” a fundamentami demokracji, to i tego dylematu ludziom przez telewizorki nie podaje się do roztrząsania i wierzenia.

Świątynia czterdziestu architektów.

się chce powiedzieć Znaj proporcją, mocium panie. Tyle było fermentu o Świątynię Opatrzności Bożej i te słynne już na cały net 40 milionów zł…

A bodajże wczoraj przekaziory poinformowały o zatrzymaniu w Krakowie architekta, który za samo zatwierdzenie projektu Opery krakowskiej miał wziąć do kieszeni milion właśnie.

A dzisiaj w szpitalu Dietla zauważyłem, że jest tam realizowany [o ile dobrze pamiętam z tablicy informacyjnej] remont podjazdu dla karetek i dostosowanie go.. czy jakoś tak. Koszt rzeczonego czegoś na tablicy informacyjnej to też milion złotych. Zakręcona adaptacja podjazdu kosztuje dwa razy więcej, niż budowany od podstaw niezgorszy dom jednorodzinny wraz z działką.

Powyższe w kontekście pierwszego akapitu umacnia mnie w mojej decyzjii unikania jak jasna cholera śledzenia bieżących doniesień politycznych, bo zarówno próby upieprzenia wydania tych 40 milionów, jak i podanie tego elektoratowi w celu wzbudzenia kontrolowanej furii niedzielnych ateistów budzi już tylko mój niesmak. Inna rzecz, że zakaz wydawania publicznych pieniędzy na obiekt kultu sakralnego jest jak najsłuszniejszy. Ale niegdysiejsze przedstawienie sprawy i polityka, każąca motłochowi oburzać się na to, co do oburzenia się podaje – żenujące.

Niedziela.

Na mój gust, między zachowaniem Fotygi, o które tak rozdziera szaty dajmy na to Czajna i spółka, a zachowaniem Kwaśniewskiego w Kijowie istnieje przepaść – i piszę to z pozycji imho bezstronnej, jako że Fotygi też nie cierpię. W zasadzie irracjonalnie [bo nie śledzę meandrów polskiej polityki zagranicznej], ale jednak.

Posłużę się tutaj analogią biznesową. Zachowanie Fotygi porównałbym do zachowania prezesów firmy, którzy zaproszeni na jakieś spotkanie – bo ja wiem? – nie potrafią poprowadzić negocjacji czy robią wielkie oczy na widok arkusza z danymi, które wcześniej przygotowali im analitycy. Czy np. w trakcie spotkania finalizującego wielomiliardowy kontrakt pytają jowialnie: „He, no to o czym pogadamy?” A na chwilę porzucając analogię: czy Fotyga MUSIAŁA odpowiadać na te bzdury?

Zachowanie Kwaśniewskiego zaś [o ile – jak imho całkiem prawdopodobnie w przypadku Janowskiego – nie maczają w tym brudnych paluchów siakieś tajne służby] to zupełnie inna liga. Kontynuując analogię, jest to zachowanie kogoś, kto nie myli się na spotkaniu biznesowym i nie kompromituje się brakiem wiedzy. Nie myli się, gdyż nie dociera na spotkanie biznesowe, zostawiając spodnie w jakiejś spelunie, dając się okraść dziwkom w pokoju hotelowym, ale za to rekompensując sobie te straty kradzieżą ręczników z pokojowej łazienki.

Wiem, że współczesny biznes preferuje drugie zachowanie względem pierwszego, tłumacząc sobie to drugie zachowanie potencjalnym profesjonalizmem kogoś, kto swój profesjonalizm pokazywał w tak egoztycznych dziedzinach, jak aklimatyzacja w bagażniku czy posługiwanie się drabiną na czas, a profesjonalizmu w meritum pokazać zwyczajnie nie zdążył, stłumiony kacem i inną prozą życia. Tyle, że postronnemu obserwatorowi taki pragmatyzm zbyt często kojarzy się ze środowiskiem szemranego biznesu, dresiarstwa i klimatów pokrewnych. Cóż, gdy nie po raz pierwszy absolutnie nie grzeszę nadmiarem kultury, w kontekście polityki bieżącej i galopującej sam kontekst zdaje się pozycjonować mnie jako orędownika Wersalu.

* * * *

Z ostatniej chwili: panie siatkarki, za Wasze wyczyny w tie-breaku [bo wcześniejsze rzeczy oglądałem jednym okiem] ukłon do samiutkiej ziemi. Zamiótłbym ziemię przed Waszymi stopami, ale ostatnio porzuciłem kapelusze z piórami i miotełki na rzeczy odkurzaczy. A to jednak nie to samo.

Letkie życie żniwiarki.

Guglając dziś czyjegoś maila, zauważyłem, że Google w wynikach szukania nie maskuje adresów, domyślnie iksowanych w uwuwuwionej treści korespondencji z list dyskusyjnych. Niezależnie od tego, jak jest to zrobione na samych stronach [nie wiem, nie chce mi się sprawdzać] mam nadzieję, że spamerzy nie wpadają na to, żeby swoimi harvesterami traktować wyniki wyszukiwania… Notka bez morału, dla utechnicznienia bloga i po to, żebyście nawet pisząc na listy dyskusyjne używali roboczych kont, a nie kont do istotnej korespondencji. Update: ciekawe, jak to gugiel robi, skoro w oryginalnym źródle strony domena nadawcy jest wyiksowana bez żadnych cssów ani podobnych wynalazków, a wyniki wyszukiwania i tak pokazują oryginalną domenę? Czyżby dopiero po jakimś czasie założono patcha maskującego or sth, a gugiel zaindeksował wcześniejszą wersję? Nie, to chyba nie tak…