Inteligencja, psiakrew.

Mignęło mi gdzieś zestawienie dotyczące rodzajów inteligencji. Otóż niedawno, poza inteligencją w znaczeniu inteligencji doszła jeszcze inteligencja ruchowa, przesądzająca o zborności wymachiwania kończynami, inteligencja emocjonalna, decydująca o predyspozycjach na psychologów i innych takich, oraz cała masa inteligencji pomniejszych.
Nowomowa tryumfuje. Najwyraźniej jełopom nie wystarczała już myśl, że nie zostaną np. programistami czy księgowymi, natomiast fantastycznie nadają się do obsługi koparki. Ubodło sportowców, mających money for nothing and chicks for free, że do swoich kolekcji medali nie mogą dopisać IQ 170. Teraz każdy operator szpadla może z dumą oświadczyć, że ma trzycyfrowy iloraz [fizyczny]. A może powstanie Mensa skupiająca osoby inteligentne fizycznie? Awans społeczny jak nic, Lenin wiecznie żywy.
Dla jasności: w zakresie kultury fizycznej jestem raczej mało inteligentny, inteligencja emocjonalna porównywalna jest u mnie z inteligencją emocjonalną płyty gipsowo – kartonowej, w paru innych dziedzinach jestem równie mądry. Ale nie dopominam się o igrzyska w rzucie oszczepem dla pracowników biurowych. Chociaż, jak znam życie… tego nie wymyślili pewnie inteligentni fizycznie, tylko raczej znudzeni pracownicy akademiccy, którzy znowu chcieli zrobić komuś dobrze.
I znów wyszło, jak zwykle. Jak zwykle w przypadku znudzonych pracowników akademickich.

The poor stay poor, the rich get rich

Onet podaje info GUSowskie o tym, że 5 milionów Polaków żyje w skrajnej nędzy. Znowu bez wniosków.
A wnioski są następujące: po pierwsze, bieda jest pojęciem względnym. Ziemkiewicz daaaaawno temu pisał, że A jest biedny zawsze w odniesieniu do B, nigdy obiektywnie. Pisał, że nawet posiadanie poloneza może być uznane za biedę, jeśli wszyscy dokoła rozjeżdżają się mercedesami i żadna matka nie będzie chciała wydać córki za poloneziarza w sytuacji, kiedy inny konkurent będzie miał auto dużo lepsze [mam nadzieję, że zbytnio nie upraszczam]. Inną odmianą tego tematu jest fakt, że biedę najzwyczajniej w świecie zadekretowano. Od dochodu takiego i takiego – jesteś biedny i łapiesz się do statystyk. Panowie z Wiejskiej, jakimż dla was problemem jest zmiana kryteriów biedy? I statystyka wyjdzie korzystniej, i politycznie będzie to wyglądać… Bieda od złotówki miesięcznie na przeżycie, Polska krajem krezusów!
Druga rzecz to podatki. Ten sam raport mówi o rozwarstwieniu społecznym. Ja bardzo przepraszam, ale jeśli przez podatki, koncesje i opłaty tworzy się sytuację, gdzie do otwarcia przeciętnego biznesu nie jest potrzebne np. 1000 zł, tylko kwota kilkukrotnie wyższa, to rozwarstwianie się społeczeństwa jest rzeczą jak najbardziej logiczną. Nigdy za wiele mówienia o tym, ale niższe podatki wpływają również na zmniejszanie się kwoty potrzebnej do rozpoczęcia działalności. Wysokie podatki to zielone światło dla wielkich, którzy poradzą sobie i tak. Ale czy do kogokolwiek na górze to dociera?… Wątpię, nasi luminarze myśli ekonomicznej leczą się aktualnie z zadziwienia spowodowanego nieoczekiwanym wzrostem wpływów do budżetu po obniżce CITu z 30% na 19%. Istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że za następnych 10 lat intensywnej nauki dotrze do nich istnienie krzywej Laffera i podobnych pierdół neoliberalnych. Zatem – nie traćmy nadziei!

Ścinki w większości kurtularne

Będzie pozytywnie, optymistycznie i sympatycznie, żeby mi nie zarzucano, że wiecznie tylko marudzę, a potem się odgrywam na najbliższych.
Byliśmy na Klątwie. Kto lubi horrory, ten się nie zawiedzie, aczkolwiek całość klimatycznie i technicznie podobna do Ringu. Prawdę powiedziawszy, nie jestem do końca pewien, czy oglądanie Klątwy w ostatnim rzędzie i przy nie do końca wygaszonych światłach było dobrym pomysłem. Ring oglądałem o północku na kompie w absolutnych ciemnościach i może dlatego tak wgniótł mnie w fotel. Zaczynam doceniać precyzyjny wybór miejsca w konkretnym kinie – to już drugi film [po Dwóch Wieżach], gdzie nieodpowiednie miejsce na sali zepsuło mi odbiór. Do tej pory wydawało mi się, że miejsce w ostatnim rzędzie z niezasłoniętym ekranem wystarczy. O ja głupia wagina.
Po przeczytanej Mozaice sarentyńskiej czytam Władcę cesarzy [btw. – Rodrigo, mocno spóźnione dzięki za ofertę użyczenia, ale w tzw. międzyczasie udało mi się ją dorwać, a nie lubię mieć niekompletnych części]. Fąfastyczna. Cudowny, nastrojowy, żywy, oddychający, kompletny, namiętny, zagadkowy, magiczny świat. Szkoda, że nie będę miał w życiu już ferii, żeby przeczytać to jednym cięgiem, miast zerkać w przerwach od życia.
Kolejka rzeczy do przeczytania wzbogaciła się niedawno o upolowane w końcu Preludium Fundacji. Ciekawe, czy cykl mnie wciągnie – ale nawet gdyby nie wciągnął, pierwszy tom wypada przeczytać.
Szlag trafił bombki, choinki nie będzie. Innymi słowy, Armies of Exigo na mojej karcie graficznej mogą zagrać co najwyżej w bierki elektryczne. Szkoda. Bo jakoś nie swędzi mnie portfel, żeby wydawać pięć stówek na kartę graficzną…
Nieprzeczytany numer SF leży i prosi o przejęcie inicjatywy. A mi się jakoś nie spieszy, chociaż kąciki stałe [Cebula, Kres i Pacyński] już zaliczone – constans prima sort. Zastanawiam się nad pierwszą w życiu prenumeratą.
Pojutrze znów wyjazd. Stolico, here I am!…

Zazdrość – rzecz brzydka i potępienia zaiste godna

Znajomy sprzedał kupionego niedawno przed moim Canona G5 i kupił sobie inny badziew. Musiałem sobie to jakoś zracjonalizować, więc szybciutko wymyśliłem sobie usprawiedliwienie, że taki aparat to wcale mi nie potrzebny, bo i tak w swojej G5 nie wykorzystuję ani połowy jej możliwości. Dzięki temu prostemu manewrowi obyło się bez zerwania znajomości po tym, jak zobaczyłem parametry tego jego Nikona.
Znajomość własnej psychiki to jednak dobra rzecz.
Żona twierdzi, że z przemęczenia dzieje się ze mną coś dziwnego, ale Jej nie wierzcie. Nie wierzcie, powiadam.