Zrób sobie klocka.

Drukarka 3D może nieodwracalnie zmienić to, co do tej pory znaliśmy jako masową produkcję. Mając ją w domu albo korzystając z niej, tak jak dziś korzystamy z kopiarki w punkcie ksero, sami staniemy się projektantami. (…) Nawet nie trzeba dużo wymyślać, wystarczy mieć skaner 3D, który znajduje się w każdej konsoli do gier Microsoftu. Drukować trójwymiarowe obiekty można właściwie w każdym materiale, który daje się łączyć: żywicy, nylonie, gipsie, metalu czy plastiku. W najprostszym scenariuszu dla gospodarki to oznacza uwolnienie innowacji i obniżenie kosztów tworzenia nowych produktów. Na dalszym etapie możemy się pożegnać z przewagami, jakie dawała ekonomia skali, i rozpoczęciem procesu deindustrializacji gospodarki. [Forbes 02/2012]

I jeszcze piszą, że cena drukarek 3D zbliża się do ceny drukarek laserowych z lat osiemdziesiątych… na allegro jakiś chyba lepszy model kosztuje 8050k, a gorszy [„obszar kreacji” to sześcian o boku ok. 30cm] już za 8k. Słownie: osiem tysięcy złotych. Massakra. Jakoś nigdy nie interesowałem się tą technologią, a teraz szczęka mi opadła i wybiła skrót do piwnicy.

Cóż… całkiem możliwe, że za parę lat czeka nas rewolucja o konsekwencjach porównywalnych z konsekwencjami wynalazku imć Watta, czy jesteś na to gotowy? W tym kontekście ostatnie działania lobby patentowego zaczynają wyglądać jeszcze bardziej niepokojąco, acz całkowicie zrozumiale i racjonalnie… Chociaż próbom powstrzymywania rewolucji za pomocą aktów prawnych nie wróżę większego powodzenia. Na szczęście.

QOTD.

Na ogół nie wklejam tu tego typu cytatów, ale akurat ten jest warty uwiecznienia. I zapamiętania.

Nie wahaj się prosić. Pamiętaj, że dopóki nie poprosisz, odpowiedź zawsze brzmi „nie”.

Brian Tracy, „Plan lotu”. Może napiszę o niej kiedyś coś więcej [joncl].

Ufff.

Łonet opisuje kolejną odsłonę rankingu zaufania do polityków. Pierwsze miejsce zajmuje Prezydent, pierwsze miejsce w rankingu nieufności… zgadnij, koteczku. Ale ja nie o tym.

Dawno, daaawno temu pisałem, że nie ogarniam przedmiotu tego sondażu. Bo co właściwie to pytanie mierzy? Zaufanie do czego? Do tego, że dany polityk nie zrobi błędów ortograficznych na poziomie podstawówki? Że okaże się politykiem prawdziwie demokratycznym i nie podpisze ACTA? Zaufanie, wyrażające się gotowością do pożyczenia takiemu np. 10,000 zł bez zastawu? A może zaufanie w wersji OEM – że po prostu po zjedzeniu z nim obiadu w naszym domu nie będziemy chcieć starannie zrewidować takiego przed wyjściem…

I jeszcze ta reprezentatywna próba 1058 osób przy najmniejszej cytowanej frakcji na poziomie 12%. Jak już uzbieram na sprzedawcę i będę miał trochę czasu dla siebie, w końcu to przeliczę.

To nie jest wpis sponsorowany.

Wnerwiają mnie tablety. Łomatko, jakże mnie wnerwiają. Jak mam coś uznać za praktyczne i godne mojej uwagi, skoro nie mogę tego schować do kieszeni, tylko muszę taszczyć aktówkę bądź w ostateczności plecak. Gadżet dla gadżetomaniaków, bez żadnego zastosowania praktycznego dla człowieka w ruchu, korzystającego z samochodu, pracującego zawodowo, więc bez przerw pomiędzy wykładami i bez możliwości korzystania zeń w MPK, zresztą dodatkowy kilogram [no dobra, nawet niechby .6] sami sobie dźwigajcie. A do wanny książkę biorę.

No chyba, że chodzi o Sony Tablet P, widziany w weekend. Jak dla mnie po prostu bomba. USB 3.0 tylko by mi przeszkadzało, a 2.0 znakomicie spełni swoją rolę, Angry Birds pozwolą mi się oderwać od codzienności [bo z tym zalataniem okłamuję przecież samego siebie], a jakieś praktyczne zastosowanie w domu się wymyśli się. Bo przecież laptop nie da wszędzie rady, prawda?

Prawda?…

* * *

Do licha, doświadczam właśnie klinicznego przypadku irracjonalnej [bo żadne state-of-the-art technology to przecież nie jest] gorączki konsumpcyjnej, co zdarza mi się naprawdę rzadko. W pełni mojej przytomności logika bierze urlop na żądanie, ośrodek prakseologii w zamyśleniu ogląda sobie paznokcie, a Pan Debet wypożyczył rzutnik i wyświetla mi ekspotencjalne wykresy produktywności w funkcji czasu. Wamać, no. Od wszystkich panien Klein i Oburzonych razem wziętych stokroć bardziej w roli antykonsumpcyjnego bannera przemawia do mnie wysprejowany niegdyś napis na jakimś billboardzie, który ujrzałem w drodze do pracy: „PO CO CI TO?” Jak każdy przebłysk geniuszu, powalający swoją prostotą formy i zwięzłością treści. Całe szczęście, że mam go przed oczami, bo już dawno wpadłbym z obłędem w oczach do salonu i poprosił o ten składany tablet. Czasem jednak filozofia weekendowa okazuje się jak widać pożyteczna.

* * *

Aha, korzystając z okazji: znacie jakieś fajne gry poza Angry Birds, które mógłbym zainstalować, kiedy już ostatecznie nie kupię tego dziadostwa?

Z pamiętnika samca alfa.

Życie jak życie. Ciągłe uśmiechy, owacje na stojąco, kwiaty od małych dziewczynek i wizyty w zakładach pracy mogą zmęczyć, ale z drugiej strony zakulisowe intrygi, otaczająca mnie zawiść i rozgrywające się za moimi plecami sceny zazdrości sprawiają, że w gruncie rzeczy lubię tę robotę. Ale wczoraj to już przegiąłem, naprawdę.

W tesku zlikwidowali kasy ekspresowe. Na całe szczęście umiem wykorzystać swój Zniewalający Uśmiech [TM] i kiedy mam tylko jedną rzecz – z dwiema już grzecznie stoję w kolejce – po prostu uśmiecham się i pytam grzecznie, czy mógłbym wepchnąć się przed panią / pana / cipaństwo. Na ogół mogę i się wpycham się. Wczoraj, dzierżąc jakieś dvd z przeceny za 19.99 i banknot dwudziestozłotowy, zrobiłem to samo. Dwie panie ze swoimi górkami zakupów wycedziły „proszę, oczywiście”, ale ich wzrok zabijał. Grzecznie odśmiechnąłem się, zająłem miejsce do kasjerki i już miałem w ramach podziękowania poprosić je, żeby wyjęły zdjęcie z portfela i popatrzyły na swojego partnera, potem na mnie, potem znowu na niego, a potem znowu na mnie, ale w tej chwili popatrzyłem na panią stojącą bezpośrednio za mną. I napiszę tyle, kochany pamiętniczku: różne niekonwencjonalne rzeczy robiłem w życiu, ale wmusić się poza kolejnością do kolejki przed kobietę w zaawansowanej ciąży zdarzyło mi się pierwszy raz.

Zamurowało mnie, co niestety zresztą jest normą w takich sytuacjach [mózgowy ośrodek szybszej reakcji tanio kupię lub zamienię na przechodzony ośrodek starych kawałów], z tego wszystkiego nie zdołałem nawet wyjąkać przeprosin. Szejm on mi wery macz. W poszukiwaniu ukojenia trzeba będzie poprzeprowadzać staruszki przez jezdnię, ale z braku czasu przeprowadzę po prostu jakąś jedną kilkanaście razy pod rząd. A potem znów męcząca, codzienna orka: ciągłe uśmiechy, owacje na stojąco, kwiaty od małych dziewczynek i wizyty w zakładach pracy.

QOTD.

Drax, nie krzycz!…

Polityka finansowa państwa opiekuńczego wymaga aby właściciele mienia nie mieli żadnej możliwości obrony. To jest brudny sekret tyrad polityków państwa opiekuńczego przeciwko złotu. “Deficit spending” jest po prostu metodą konfiskaty mienia. Złoto stoi na drodze tego podstępnego procesu. Stoi na straży prawa własności. Gdy ktoś to pojmie, z łatwością zrozumie antagonizm polityków do standardu złota.

Źródło: Alan Greenspan, Gold and Economic Freedom, 1967, cyt. za 2GR.