Ścinki.

W zasadzie oglądanie prognoz pogody kwalifikuje się jako grzech ciężki. Skoro jest to swoista forma wiary w odgadnięcie przyszłości [bo biorąc pod uwagę złożoność obliczeniową zagadnienia i efekt motyla jest to nic innego, jak wiara właśnie], a np. wiara we wróżby czy przepowiednie jest grzechem, to oglądanie durniów w szklanym okienku powinno być sankcjonowane tak samo. A meteorolodzy powinni być ekskomunikowani bez możliwości odwoławczych.

* * *

Gdyby przyjrzeć się dobrze, to moje przyszłe cotygodniowe wyjazdy w pielesze do wakacjonującego się dziecka mają swoje dobre strony [bo jakkolwiek lubię jeździć i spotykać się z rodziną, to jednak 400 km co weekend to mimo wszystko wysoka cena]. Genealogia – i wszystko jasne.

* * *

Na wiodącym blogu opinii nie może oczywiście braknąć odniesień do bieżących wydarzeń. Wydarzenia bieżące, ale odniesienie sprzed paru lat, lecz absolutny w takich sytuacjach evegreen. Ladies & gentlemen,

Piosenka ambitna – Wały Jagiellońskie

A jeden urzędnik z Urzędu
nie przyszedł dzisiaj do pracy,
chciał w ten sposób zaprotestować
przeciwko niskiej płacy.

A jeden piłkarz ligowy
nakopał kiedyś sędziemu,
chciał w ten sposób zaprotestować
przeciwko Chomeiniemu.

A jeden złodziej-włamywacz
nic nie ukradł w pedecie,
chciał w ten sposób zaprotestować
przeciw powszechnej tandecie.

A jeden kelner z Cristalu
nie wydał reszty ze stówki,
chciał w ten sposób zaprotestować
przeciw spadkowi złotówki.

A jeden piekarz w Białym
gwoździe zapiekał w kajzerkach,
chciał w ten sposób zaprotestować
przeciwko rządom Gierka.

A jeden cinkciarz z Sopotu
dolary wymieniał na funty,
chciał w ten sposób zaprotestować
przeciwko rządom junty.

A jedna pani spod baru
przestała się lekko prowadzić,
i to nie w ramach Solidarności,
ino z powodu starości.

O Pierwszej Torebce IVRP i nie tylko.

Jeśli klepie się mantrę o tym, że lecznictwo powinno być bezpłatne, należy liczyć się z tym, że bezpłatni lekarze wyjdą kiedyś z nerw. Jeśli sądzi się, że dzieciom potrzebny jest urzędowy orędownik, należy liczyć się z tym, że wskutek upału ów orędownik zacznie spoglądać na torebki tych idiotycznych teletubisiów. Proste.

Niedziela.

Ten weekend mija mi wyjątkowo lelawo. Z badań archiwalnych – porażka; na szczęście, żeby nie zmitrężyć czasu do końca obfotografowałem zaległe dokumenty, bo ostatnim razem cyfrówce skończył się prąd. I prawie nic więcej, poza udowodnionym przypadkiem ubytku przodków i kolejnej (pra)babce z kosmosu nie figurującej w aktach urodzenia mimo, że w akcie ślubu wpisana jest jako XXXXXXXX nata. Im bardziej rozrasta mi się baza, tym bardziej w GRAMPSie brakuje mi narzędzia do zorganizowanego zarządzania notatkami – kierunki poszukiwań, numery domów, itepe. Sama możliwość ustawienia flagi ToDo jakoś mnie nie przekonuje.

* * *

Zamiast Moonrakera – nocne konsultacje. Nie mam już nawet sił kląć, o wyrzutach sumienia za nieświętowanie niedzieli nie wspominając. Ostrość na urlop.

Ścinki deczko polityczne.

Do wszystkich, załamujących ręce nad BIEŻĄCYM pogarszaniem się kondycji polskiego prawa i wogle: czy ktoś może mi przypomnieć, skąd wzięło się pojęcie „falandyzacji prawa”?

* * *

Wizyta na ścianie wschodniej. I – w zasadzie oczekiwane – przewrócenie koszernego obrazu świata do góry nogami. Jak wspomniałem, można było się tego spodziewać.

Koszerny obraz naszego wycinka świata wygląda tak: Polska walczy o wyzwolenie biednej Białorusi ze szponów wrednego Łukaszenki.

Obraz niekoszerny, widziany oczyma mieszkańca ściany wschodniej, wygląda tak: do momentu zaangażowania się Polski w proces wyzwoleńczy, na ścianie wschodniej – a przynajmniej na tranzycie do Terespola – było więcej samochodów na numerach białoruskich, niż polskich. Teraz umiera polski handel, umierają polskie miasta. Przez brak Białorusinów. I nie dlatego, że Łukaszenka despotą jest – dlatego, że przez durną politykę wspierania tendencji demokratycznych na Białorusi wyszedł był z nerw i stosuje zwyczajne retorsje. Owszem, opozycja ma przegwizdane – ale handlować się da. A raczej: dało. Na Białorusi – przynajmniej w dużych miastach – biedy nie widać, Warszawa do Mińska już ponoć się nie umywa.

Na wschód jadą z mięsem już niemalże tylko zachodnie tiry. Ot, polskie machanie szabelką za wolność nie waszą i nie naszą.

Wieczorem przed komputorem.

Ostatni weekend minął mi nader kulturalnie. Aż się dziwię.

* * *

Doczytany Pilipiuk, Czerwona gorączka. Cholernie nierówne – obok opowiadań wgniatających w fotel niestety wengi wengi wierszówki. Generalnie nie polecam – acz niewykluczone, że moje nim znużenie bierze się w dużej mierze z ogólnego zmęczenia materiału.

* * *

Przeczytane w jeden dzień Anioły chaosu z osobistą dedykacją Mastertona. Bez wątpienia największą zaletą tej książki jest osobista dedykacja Mastertona. Zdecydowanie lepiej wychodzą mu horrory.

* * *

Co ja jestem dzisiaj taki zgryźliwy?…

* * *

Obejrzane Requiem dla snu. Po gwiazdkach będę spoilerował. Zostaliście ostrzeżeni.

* * *

Ciekawe, czy ktokolwiek z apologetów tego filmu zauważył, że można go odbierać jako pochwałę liberalizacji narkotyków? Popatrzmy – cztery postaci. Kobieta, która ląduje na ichniejszym OIOMie przez nadużycie tabletek. Chłopak, któremu amputowali rękę przez wkłucia. Jego dziewczyna, która k***i się na głodzie. Jego przyjaciel, który kończy w pudle. Poza matką – której liberalizacja narkotyków ani by nie zaszkodziła, ani nie pomogła – pozostała trójka wyszłaby na liberalizacji jak najlepiej. Dziewczę nie musiałoby strugać strusia jakiemuś białemu inaczej, bo po prostu odwiedziłoby dragstora i po sprawie, dealer nie trafiłby do pudła, bo i za co? [o ile w ogóle wziąłby się za dealerkę, na której wówczas byłaby dużo mniejsza przebitka], a chłopię z amputowaną ręką brałoby dragi w jakiś bardziej cywilizowany sposób. Swoją drogą, tytuł wyjątkowo pretensjonalny.

* * *

Żeby tak mi się chciało, jak mi się nie chce.

Administrativia.

Mieląc w zębach przekleństwa co do sposobu zamknięcia chrome.pl i sposobu poinformowania użytkowników informuję, że jestem na etapie testowania konta torero na serwerze jabber.autocom.pl – proszę zgłaszać się z requestami o autoryzację, będzie mi szybciej, przepraszam za lenistwo. Gdyby i to konto spadło ze schodów lub przez przypadek strzeliło sobie z łuku w plecy – i tak dwanaście razy z rzędu – zawsze pozostaje emil: torero na serwerze poczta.onet.pl. A najzagorzalsi i tak mają komórczana.