„Dajcie spokój ze Smoleńskiem”.

Pomijając zupełnie polityczne podteksty [a może robię błąd, nie czyniąc założenia, że to są właśnie NADteksty – ale mniejsza] chęci wyciszenia „sprawy”…

W Empiku pierwsze miejsce listy bestsellerów [przynajmniej na Rynku Głównym w Krk] zajmuje 12 rozmów o miłości – AFAIR wywiady z żonami ofiar katastrofy smoleńskiej. I choć sprzedaż książki nakręca zapewne tylko i wyłącznie interwencyjny jej skup, przygotowany oczywiście przez PiS, dowcipnych stron fejsbukowych, zgryźliwych wpisów tu i tam ani cierpliwie perswadujących jajogłowych nie stwierdzono. Zapewne wskutek niedopatrzenia.

W pierwszej iirc piętnastce jest jakaś druga książka o Smoleńsku.

.

Na łonecie, w rubryczce zatytułowanej „VOD” [Video On Demand, ofc] – miniaturka materiału o dziewczynie w usiech, która każdego dnia zjada / zjadała papier toaletowy. Materiał jakoś mnie nie interesuje, bardziej ciekawym, „on whose demand” zrealizowano to wideo…

Myśli nieuczesane.

Jakieś osiem [?] lat temu myślałem o założeniu serwisu dla znajomych, na którym można byłoby wymieniać się zdjęciami i kontaktami. Pomysł utonął w powodzi spraw bieżących.

Jakieś trzy lata temu mignął mi przedrukowany z jakiegoś pisma dla podkuchennych nius o tym, że legginsy wracają u celebrytów do łask. Chcąc kupić jedną parę dla TŻ, musiałem zejść chyba z dziesięć sklepów. Nie było, w ostatnim odwiedzonym sprzedano mi jakiś odpad sprzed paru lat. Głośne myślenie o założeniu malutkiej firmy eksport – import zostało starannie obśmiane, a moje argumenty, że zaraz przylezie to do RPRL – starannie zlekceważone. A poza tym miałem ważniejsze rzeczy do roboty.

Pół roku temu cesarskie wróble zaczęły trajkotać jak oszalałe o liberalizacji zakładania żłobków. Z koleżanką umną ze wszech miar wypiliśmy parę herbat, przegadaliśmy co nieco przez komórkę i temat umarł, bo w zasadzie nikomu się nie chciało, Ona wszędzie miała za daleko, a mi się nie chciało.

* * *

Od paru dni łazi mi po głowie pomysł napisania i prób sprzedaży softu, cywilizującego wprowadzanie diakrytyków w BB. Indagowany na okoliczność Kolega wykonał – po objaśnieniu tego cudu techniki – przepisowego rotfla, a na moje głośne przebąkiwanie o zrobieniu czegośtam stwierdził, że nie może mi pomóc. W zasadzie powinienem się oburzyć na takie dictum – gdyby nie fakt, że mi się nie chce. I Jemu ten wpis z dobrodziejstwem inwentarza dedykuję 🙂

* * *

Ile razy Tobie się nie chciało, PT Lurkerko, PT Lurkerze?…

Inkąpetąs, cz. V.

Sytuacja się stabilizuje się. Dialogi niedobre, bardzo niedobre. Nauczony doświadczeniem, zwalczyłem tylko jeden temat – w kwestii angielskiego pomaga stwierdzenie, że if your declared English knowledge does not fit your real language skills please go sodomize yourself with the retractable baton model ASP 21″, wszystko ubrane oczywista w biznesową mowętrawę. Pytanie o 36*37 w dalszym ciągu pozostawia za sobą zgliszcza, więc nic nowego, z rzeczy wartych odnotowania godzi się tylko wspomnieć o Józefie Komornickim, absolwencie studiów przygotowujących do pracy w zawodzie jakimśtam, który przedmiotu naprawdę ściśle przygotowującego do pracy w zawodzie jakimśtam miał raptem jeden semestr. Tak właśnie, jeden semestr. Jednego przedmiotu. Mniemam, iż poza nim pan Józef pochłaniał zawzięcie wiedzę z podstaw informatyki, turystyki międzynarodowej [brrr, o matko!!!… gdybym sam ongi nie wyślizgał był się z tego po dwóch zajęciach na rzecz programowania w VB, trauma prześladowałaby mnie do końca moich dni!] oraz instytucji Unii Europejskiej. Płeć oraz dane osobowe Katarzyny Michałowskiej zostały oczywiście zmienione.

Dwa Wielkie Argumenty.

W dzisiejszym JM znaleźć można artykuł [NSFW!] „Dwa wielkie argumenty Sole Sanchez”. Krótko mówiąc, jakaś polityczka w Hiszpanii zdecydowała się reklamować dwoma plakatami: jednym, na którym widać jej [?] przednie argumenty, uciskane męskimi dłońmi, i drugim, na którym widać ją w samej li tylko bieliźnie, związaną i klęczącą, z perspektywy ptasiej, zdającą się na coś czekać. No ale mniejsza.

Partia „Esquerra de Menorca” zgłosiła pomysł Soledo do „Institut de la Dona” („Instytut Kobiet”), która oznajmiła, iż plakat jest seksistowski i nakazała jej usunąć plakaty.

I właśnie tego ni chu chu nie rozumiem. Dyskryminacji mężczyzn nijak dopatrzeć się w tym nie mogę, choć tacy zapewne się znajdą, wystarczy wziąć tylko odpowiednio dużą populację… 🙂 A jeśli idzie o dyskryminację kobiet, wyjścia widzę dwa: albo eskłera cośtam zakazuje pani zrobienia z siebie kogośtam w imię jakichś abstrakcyjnych poglądów, co ma się do wolności osobistych jak pięść do oka [koniec końców pani sama robi z siebie kogośtam na własne życzenie] i śmierdzi socjalizmem na kilometr [co zresztą w zapaterolandzie tym teraz nie śmierdzi?…], albo eskłera cośtam uważa, że to właśnie rzeczona pani padła ofiarą seksizmu, dając się zmanipulować, który to pogląd uprzedmiotawia panią polityczkę i sprowadza ją do ślepego narzędzia w rękach MCPów, domyślnie odbierając jej zdolność do decydowania o samej sobie. Eskłera cośtam poza słowem – kluczem nie umotywowała tego pewnie głębiej. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież wymóg logiki klasycznej u socjalistów to mission impossible, ale mimo wszystko szkoda. Notka byłaby dłuższa…

Inkąpetąs, wersja fit.

Wasz ulubiony Szalejący Rekruter [TM] znowu nadaje!

Ale nie, dzisiaj jest naprawdę lajtowo i będzie prawie asatyrycznie. A nawet instruktażowo. Prawie asatyrycznie, bo przeglądanie currliculum vitae, z którego przebija absolutny profesjonalizm w tworzeniu kaw warstwowych czy [to już LM] chęć „poznania zjawisk zachodzących w obszarze firmy będącej liderem rynku” [sic! ja naprawdę tego nie wymyśliłem] śmieszy mnie już raczej małośrednio. I tylko z jednej przebiegłej angielskiej zeszło powietrze przy standardowych strongendłikpointsach. Nudy, panie. Nudy. Dialogi niedobre, bardzo niedobre. Dowiedziałem się tylko, że gdzieśtam w jakimś LO istnieje profil matematyczno – lingwistyczno – historyczny… Dzisiaj generalnie, nie wiedzieć czemu, dominowała panika. Ale przynajmniej – i to mi się podoba – była to panika w otwarte karty. I uczciwa. Lubimy uczciwych. Mój msg: „Przyuczymy, więc się nie zgrywajcie, poszukujemy bystrych”. Ich msg: „Panikujemy, nie mamy doświadczenia, nie zgrywamy za bystrych, damy się przyuczyć, over & out”. I to rozumiem. Żadnego zgrywania pro, żadnych wycieczek na cienki lód, a jedna – nie pisząc o tym niczego – dopiero w rozmowie wspomniała zupełnie na marginesie o doświadczeniu z firmy rodzinnej, które wypytane dało jej +90% na starcie. I żadnego żądania akcji pracowniczych na dzień dobry. I to rozumiem, będzie chyba z kim konie kraść. Choć brak angielskiego boli. EDIT: i powszechna ignorancja – nawet wśród absolwentów matfizu i stypendystów [!!!], xhejn… – w kwestii znajomości odpowiedzi na pytanie „36*37?” również. Może nawet bardziej.

Jednego nie ogarniam. Przysyłają aplikacje. Dzień, dwa dni temu, tydzień temu, dwa tygodnie temu. Gdzie stoi jak wół, że my szukamy do przyuczenia, a oni / one chcą się przyuczać. Więc generalnie sytuacja minirynku pracodawcy. Ja nie mam czasu. Dzwonię. I od początku tygodnia na ogólną liczbę 15 telefonów jakieś 10-12 w dewnul. Co oczywiście rozumiem. Żaden z nich nie oddzwonił. A tego już zupełnie nie rozumiem. Czy mamy taką biedę w RP, że absolwentów naprawdę nie stać chociażby na smsa? Czy naprawdę świat roi się od przedstawicieli handlowych, którzy próbują Cię wiecznie pozbawić kasy, więc nie wolno doń oddzwaniać? Czy też może jednak nie ogarniamy rozumkiem, że email jednak jest wolniejszy, a rekruterowi może się spieszyć – niekoniecznie z racji pożaru czy szemranej firmy, może z racji presji czasowej i zakręcenia?

10-12 głuchych telefonów. Wszyscy w ciągu 2 tygodni szukają pracy. Nie oddzwonił NIKT. Nikt nawet się nie zaniepokoił.

Jedna z Młodych dorabia w hiper na hostessowaniu ANIMATORSTWIE! Dwa albo trzy razy nie mogła odebrać, oferty były nieaktualne już po kwadransie. My nie szukamy animatorek. Ale i tak wszystkie neurony były odwrócone. Choć to może te inne przypadki. Ale i tak nie ogarniam. A może nikt nie napisał o tym żadnego poradnika, więc skąd niby mają o tym wiedzieć?…

Ale i tak jest lepiej. Dużo lepiej. Ale może to ja się wyrabiam towarzysko. Albo rogowacieje mi naskórek.