O formowaniu ćwierćinteligenta.

Dzisiaj, umiłowani bracia i siostry, bierzemy pod but „Daleko od Wersalu” Andrzeja Brzezieckiego z „Tygodnika Powszechnego” [a raczej, jak zaraz wykażę, „POwszechnego” – wiadomo, „mecenas daje złoto, mecenas wymaga”], rzecz o wzroście agresji i zabójstwie w biurze PiS. Robota lekka, łatwa i przyjemna, w sam raz na fajrant, albowiem dawno nie zdarzyło mi się przeczytać tak podłej i jednoznacznej agitki, nie próbującej nawet kryć swojej agitkowości za fasadą choćby pobieżnej analizy. Jedziemy!

Z początku miałem polemizować z tezami artykułu, ale po króciutkim namyśle doszedłem do wniosku, że z obwinianiem PiSu za wszystko zło tego świata kłócił się nie będę, niech robią to inni. Zamiast tego będą cytaty. I ich brak – ale o tym później.

Nie było nawet chwili wytchnienia. Zwolennicy PiS już mieli gotową odpowiedź, już znali winnych, przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego w sekundzie przeszli do kontrataku.

Pan Brzezicki w tym zdaniu zużył widać półroczny zapas subtelności. „Zwolennicy PiS” [żeby wydrukować „PiS”], ale „przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego”. Jacyś „przeciwnicy” podanego z imienia i nazwiska Jarosława Kaczyńskiego. Bo, jak wiadomo, Jarosław Kaczyński nienawistny jest, ale walczy z kosmitami. Kosmici uniwersalni są. Kosmici budowali PRL [bo nikt nie chwali się przynależnością do PZPR], kosmici donosili na kolegów [bo lustracja to zło, a akta były przecież fabrykowane], a teraz kosmici stają w szeregach „przeciwników Kaczyńskiego przechodzących do kontrataku”.

Oczywiście to nie jest tak, że w III RP nie ginęli politycy czy wysocy urzędnicy państwowi – były premier PRL Piotr Jaroszewicz wraz z małżonką zostali zamordowani w niewyjaśnionych okolicznościach w 1992 r., w 1999 r. zastrzelono komendanta Marka Papałę, a w 2001 r. zamordowany został b. minister sportu Jacek Dębski.

Śp. Papała i Dębski owszem, zginęli. Ale na honor bycia wymienionymi zasłużyli sobie chyba li tylko niewykryciem sprawców czy choćby brakiem podejrzeń dotyczących mocodawców. Brakło choćby wzmianki dot. śp. Falzmanna i Pańki, choć oczywiście tutaj nikt nie złapał nikogo za rączkę. Czy zaszczucia Andrzeja Kerna, domagającego się przejęcia majątku PZPR przez państwo [„W trakcie tej debaty Adam Michnik zarzucił zwolennikom ustawy – „antykomunizm jaskiniowy”, a posłowie PZPR (Jacek Piechota i Józef Oleksy) „ekstremistyczną nienawiść”, „odwet i rewanżyzm”, hołdowanie zasadzie odpowiedzialności zbiorowej” – swoją drogą ładny przyczynek do badań nad nienawiścią, źródło]. Ale jeśli fakty nie pasują do tez, tym gorzej dla faktów.

W przypadku Łodzi zabójca nie targnął się na życie znanego polityka – deklarując, że ludzi w łódzkim biurze PiS chciał zabić niejako w zastępstwie. Jakiekolwiek by były motywy napastnika, wiele zależy od tego, czy uznamy, że to zabójstwo było nieszczęśliwym zdarzeniem – w co chciałoby się wierzyć – czy nowym elementem, ale zarazem logiczną konsekwencją walki politycznej. Do tej drugiej interpretacji przekonuje nas Prawo i Sprawiedliwość głosami Jarosława Kaczyńskiego czy Witolda Waszczykowskiego, kandydata na prezydenta Łodzi, który z pełną powagą zauważył, że „zaczęło się zabijanie opozycji”.
Głosy polityków PiS, czy choćby sympatyzującego z nimi Tomasza Sakiewicza z „Gazety Polskiej”, który natychmiast zrzucił odpowiedzialność na „reżimowe” media i dodał, że on swoim dziennikarzom już dawno kazał się ubezpieczyć na życie, brzmią tak, jakby w tym wszystkim w najmniejszym stopniu chodziło o nieszczęście ofiar i ich rodzin, a w większym o oskarżenie politycznych przeciwników i ustawienie się samemu w roli ofiary.

A tu już wracamy do normy. Prawo i Sprawiedliwość, Jarosław Kaczyński, Witold Waszczykowski. W przeciwieństwie do tajemniczych „przeciwników politycznych” wymienieni z nazwiska. Żeby się przylepiło. Oczywiście nikt więcej.

Czy rację mają ci, którzy przekonują, że dopiero od 2005 r. mamy do czynienia z niesłychanie brutalną odsłoną wojny polsko-polskiej? Prawdą jest, że w Polsce Michnika, Mazowieckiego, Geremka i Kwaśniewskiego za poglądy polityczne nikogo nie zabito. Z drugiej strony – czy był to szczęśliwy traf, czy wielkość tamtej epoki – nie sposób ocenić.

A tu nazwiska zupełnie inne, oczywiście w innym kontekście. Bo Jarosław, jak wiadomo, judzi, a Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek i Aleksander Kwaśniewski cierpią. Za miliony.

Profesor Leon Kieres pokazywał kiedyś korespondencję, którą otrzymał po zajęciu się przez IPN sprawą mordu w Jedwabnem – były to listy pełne nienawiści i złorzeczeń (…)

Tutaj zbaczamy z tematu i zupełnie z czapy wplatamy wątki pozapolityczne, ale tylko od strony polskiego ciemnogrodu. Dalej artykuł ni stąd ni zowąd zjeżdża na pogróżki antysemickie pod adresem wymienionych tu z nazwiska, a jakże, Buzka i Balcerowicza, w międzyczasie wtrącając:

A czy palenie w 1993 r. kukły Lecha Wałęsy (w obecności m.in. braci Kaczyńskich) nie było symbolicznym aktem zabójstwa?

, bo można znów napisać z nazwiska o Kaczyńskim, i dalej:

Przemoc i groźby stosowano także jako narzędzie w polityce. W książce Piotra Zaremby „O jednym takim…” znajdziemy fragment nt. życia codziennego Porozumienia Centrum w latach 90.: „Kaczyński jest zmuszony coraz głośniej krzyczeć na swoich kolegów, podczas jednej z kłótni pan Tadek wyciąga pistolet i grozi nim Anuszowi”. „Pan Tadek” to były zapaśnik i zaufany kierowca Kaczyńskiego, Andrzej Anusz – jeden z polityków PC.

I blah, blah, blah, blah, znów Kaczyński, dużo mędzenia o niezwiązanym tematycznie antysemityzmie, w przerwie Lepper. Zonk: Deus ex machina pojawia się także UPR! Przecieram słowiańskie oczęta, UPR w mediach to rzecz niepojęta, ale zaraz wszystko wraca do normalności, doczytując kontekst:

Takie zjawiska przez lata dawało się spychać na margines, gdzieś w rejony subkultury. Choć jednocześnie Unii Polityki Realnej, która potrafiła mieć swoich ludzi w Sejmie i samorządach, zdarzało się korzystać z pomocy ludzi Narodowego Odrodzenia Polski jako ochroniarzy partyjnych kongresów.

Bo, jak wiadomo, wobec podludzi z NOPu należy stosować zasadę, którą wyraża niegdysiejszy wierszyk „ludowy” o Bolesławie Śmiałym: „Wzbroń mu soli, wzbroń mu chleba, wzbroń mu domu, wzbroń mu nieba”. Nawet wzbroń mu ochraniania [przed kim, do kroćset, skoro dokoła demokracja i mejk laf not łor?] Ale mniejsza. Dochodzimy do współczesności:

Żeby było jasne – brali w tym udział wszyscy. Także ci, którzy mówili o dorżnięciu watahy, odstrzeleniu Kaczyńskiego czy poszukiwaniu gałęzi do powieszenia Palikota.

Przypominam Państwu, artykuł traktuje o współczesnej agresji w polityce. Powyższy cytat jest jedynym miejscem, w którym pojawia się w nim nazwisko Palikota. Jedynym. Jeden z największych – uwaga, Wersal – oponentów Kaczyńskich, niewinny jako lelija biała i ptak niebieski, zagrożony powieszeniem. Łzy bólu i żalu pociekły mi po plecach. Orkiestra, tusz!

Łatwo wyliczać przykłady agresji słownej ostatnich lat i dowodzić, że np. wypowiedź Lecha Wałęsy o puszczaniu aferzystów w skarpetkach czy jeżdżeniu po kraju z siekierą, albo odmawianie człowieczeństwa przestępcom przez obecnego premiera – były wezwaniem do radykalnych zachowań, bo ktoś mógłby je zinterpretować jako zachętę do samosądów. Byłoby to jednak nadużycie. Polityka jest zajęciem brutalnym, wywołuje emocje, a tam, gdzie są emocje – są polemiki i czasem obelgi. Nie ma więc sensu wskazywanie kto jest bardziej winny tej śmierci.

Zaprawdę powiadam Wam, puenta godna Oscara. Punktowanie braku nazwiska „obecnego premiera” byłoby doprawdy chamskim rozkładaniem warsztatu dziennikarskiego na czynniki pierwsze…

W całym tekście nie ma ani jednej wzmianki o Niesiołowskim. Żadnej „kontekstowej” wzmianki o Palikocie. Ani słowa o Bartoszewskim. Ani słowa o Kutzu. Ani słowa o Tusku. Żadnej, żadniusieńskiej wzmianki o PO. „Ciemny lud” wzmiankowany jest od czapy tylko z racji „antysemityzmu” – czapa jednakowoż nie jest tak wielka, żeby starczyło miejsca na wspomnienie Irasiada, nagonki na Radio Maryja, „jaszczombia”, zabierania babci dowodu, moherów, małpy w czerwonym, akcji dokoła obrońców krzyża czy pierdyliarda takich drobiażdżków.

Ale nic się nie dzieje. Ciemny lud to kupi. A łonet podlinkuje na pierwszej stronie, żeby ciemny lud kupił to w jeszcze większych ilościach.

* * *

A żeby się co poniektórym w d* nie poprzewracało – malutka synteza wszystkich ludzi obecnego premiera [„obecny premier”, rewelacyjna fraza!]. I bonus od Terlikowskiego.

Idźcie i wykopujcie.

.

Upadku moralności nie powoduje liberalizm – jak chciałby tego Kościół – tylko nieuctwo. Naczelna zasada liberałów „żyj i dać żyć innym” sama z siebie jest dobra i pożyteczna. Problem polega na tym, że za pisanie o filozofii wzięli się ludzie niemający pojęcia o ortografii. I się przekręciło się.

I nikomu nie chce się ściemniać.

Od lat już skrajnie prawicowe partie w Niemczech nie osiągały poparcie więcej niż 2 proc. elektoratu. Partie lewego skrzydła mają w Niemczech poparcie prawie 60 procent wyborców, a tu nagle w ankiecie przeprowadzonej na zlecenie zbliżonej do SPD Fundacji Friedricha Eberta stwierdza się, że w Niemczech prawie 10 procent ludzi to skrajni prawicowcy.

10 procent respondentów stwierdziło w niej, że narodowy socjalizm miał także swoje dobre strony (…) [Źródło]

I już nie ma pisania o dobrych stronach hitleryzmu, czy nawet jak to się mówi ostatnio zamiast, nazizmu. Jest pisanie „10 procent ludzi to skrajni prawicowcy” i zaraz potem „10 procent respondentów stwierdza, że narodowy SOCJALIZM miał dobre strony”. Bez specjalnych ściem narodowy socjalizm expressis verbis okazuje się prawicą. W zasadzie z tego internacjonalnego wymiaru zidiocenia powinienem się nawet cieszyć, ale jakoś mi się nie chce, wolałbym żyć wśród jednostek kapkę umniejszych od płyty gipsowo – kartonowej, nawet gdyby za Odrą miała czaić się na mnie płyta gipsowo – kartonowa o wrogim nastawieniu.

QOTD.

„Bardzo długo wstydziłam się przyznać do tego, że mój syn nie żyje”, zwierzyła się reporterowi tygodnika „Moda, sport, wojna”, Jadwiga Pielińska.

Ta dwukrotnie niegdyś zgwałcona kobieta, przełamując wstyd oraz burząc mury milczenia, decyduje się w końcu mówić: „Nie wiem, kto mu to zrobił. Nie widziałam. Ale jedno jest pewne, ludzi tego typu powinno się zamykać w więzieniach, a nie dawać broń do ręki! Być może mój syn nie był bez winy, być może prowokował”, przyznała po chwili, wspominając, jak Paweł Pieliński wałęsał się często w nocy po ulicach Kandaharu w zawadiackim kasku, ubrany jedynie w mundur o wyzywających wzorkach. [źródło].

Tu miała być inna notka.

Jeszcze 10 minut temu miałem tu napisać, czemu wróciłem do Nokii po przejściowym [wymuszonym wskutek awarii mojej e71 podczas aktualizacji softu] romansie z BB. Miałem napisać, że awaria telefonu podczas czegoś tak elementarnego, jak upgrade, nadszarpuje moje zaufanie, ale jeśli chodzi o funkcjonowanie w roli terminala GTD, alternatywa w postaci 8520 Curve – doposażona nawet dedykowanym softem [Viira] – sprawuje się tak se. Że stary, zużyty jak portowa dziwka Symbian dysponuje podstawową ergonomią rozwiniętą o niebo bardziej. I zacząć wymieniać przewagi tegoż nad dużo bardziej zaawansowanym BB, koncząc w tonie ogólnie dla Nokii panegirycznym.

A przed chwilką spróbowałem odtworzyć backup. Backup się odtworzył, ucieszył mię optymistyczną zielenią komunikatu OK, a po restarcie telefon przywitał mnie komunikatem „Phone start-up failed. Contact the retailer”.

Xhejn, xhejn, xhejn. Chędożone sługusy faszystowskie, obyście na łożu śmierci dowiedzieli się, kim tak naprawdę były wasze matki i żony.

QOTD.

Rząd i prokuratura pół roku ukrywają przed społeczeństwem informacje o pasażerach Tu-154, którzy przeżyli katastrofę – wynika z wywiadu Edmunda Klicha dla rosyjskiej gazety „Młody komsomolec”. Klich powiedział, że „niektórzy pasażerowie prawdopodobnie skonali jakiś czas po katastrofie”. Przed społeczeństwem i rodzinami ofiar ukryto, kim byli ci ranni i jakie były ostatnie chwile ich życia. (…)
Z zaświadczeń o śmierci członków polskiej delegacji wynika, że zgony niektórych pasażerów nastąpiły 10–15 minut po katastrofie. Ktoś musiał stwierdzić, że zgony następowały dokładnie w tym czasie, bo trudno wyobrazić sobie, że konkretne minuty dotyczące chwili śmierci wpisywano „z sufitu”. [Źródło].