Zimny wychów potomstwa, cz. XIII – Będzie wojna.

W związku z forkiem dotychczasowa jedynaczka, chcąc nie chcąc poddawana jest chwilowo bezstresowemu wychowaniu, żeby się nie zniechęciła i takie tam.

Dzisiaj, podczas radosnych pląsów z przedszkola, wyrżnęła się jak długa na trotuarze. Dziki ryk. Podnosząc ją z paryskkrakowskiego bruku zauważyłem na jej lewej nodze zgrubienie o długości 10 cm, wgłębne na jakieś 1.5 cm. Oblał mnie zimny pot. Noga na szczęście nie okazała się złamana, ale pot nie przestawał mnie oblewać. Dzidzia przemyciła mianowicie z przedszkola w rajtuzach nożyczki. Konspiratorka jedna.

Rewizja osobista poza nożyczkami w rajtuzach wykazała jeszcze baterie w jednym rękawie i długopis [bez zatyczki, a jakże, zaraz jadę po Vanish] w drugim. Składanego kija bejzbolowego w kieszeni nie udało mi się znaleźć.

Dzisiejszy powrót, jakkolwiek drastyczny, stanowił i tak miłą odmianę w porównaniu z paroma poprzednimi dniami, w których poranki i popołudnia mijały dla ojca za kierownicą na permanentnej ocenie rozwoju matematycznego [codzienne liczenie w głos, przy wyjątkowych korkach doszła raz do 360] i muzycznego [wbrew tezom Rejsu Rubik znany wcale nie jest przyjemniejszy od nieznanego – i wiem, co piszę, po dwustu pięćdziesięciu wykonaniach mogę już uważać się za znawcę, przynajmniej jednego utworu]. Pochlebstwa nie pomagały.

Zimny wychów potomstwa, cz. XI – retorem tatuś nie będzie.

Poszliśmy do hipermarketu. Rozrabia, jak nie wiem, co. Po kwadransie nie zdzierżyłem, złapałem za wszarz, kucnąłem na wysokości Jej wzroku, przysunąłem swoje oblicze do Jej buzi na jakieś 10 cm i, jak to opisują w książkach, cedzę przez zaciśnięte zęby ojcowską reprymendę. Nagle dziecko w ryk.

– Dziecko – mówię trochę zbity z tropu – nie masz się co mazać, przecież nie krzyczę na ciebie, tylko spokojnie mówię [i faktycznie, mówiłem wbrew pozorom spokojnie], wiem, że się nudzisz, ale musisz jeszcze trochę wytrzymać, więc uspokój się z łaski swojej i wytrzymaj jeszcze parę minut, zaraz wychodzimy.
– Ale ja nie płaczę dlatego, że na mnie krzyczysz.
– A dlaczego?
– Bo mnie oplułeś!

Sitko do cedzenia przez zęby miało najwyraźniej za duże oczka…

Deutsche nasz.

Josef Ackermann, prezes zarządu Deutsche Bank, oświadczył, że wstydziłby się brać pieniądze od państwa. Helmutom puściły nerwy i poczuli się oburzeni tak skutecznie, że Ackermann bąknął jakieś tam wyjaśnienie, ale votum separatum szwajcarskiego szefa DB pozostanie na długo we wdzięcznej pamięci prokapitalistycznych faszystów. Jak widać, stricte kapitalistyczne tradycje bankowe zobowiązują bardziej, niż socjaldemokratyczna mentalność postbismarckowska. Gloria victis!