Popierdółki kulturalne.

Dziecko skacze po wyrku i [po przesłuchaniu „Konstytucji”] do zdarcia gardła wyśpiewuje „Dokładnie tam… dokładnie tam…”. Widok wgniata młodych ojców w fotel.

Poza mocnymi epizodami padaki naprawdę totalnej, życie kulturalne kwitnie. Znajomi zza Buga indoktrynują nas kulturą rosyjską, oczywiście w rosyjskim kontekście, więc szkolę język i głowę, jakkolwiek widoch dwóch statecznych facetów, mających ewidentnie problemy z równowagą i wpatrujących się po pijaku jak cielęta w laptok, na którym odpalony YouTube odgrywa rosyjską muzykę cerkiewną, a zaraz potem grupę Via Gra, mógłby co wrażliwszych estetów przyprawić o dysonans, przy którym diabolus in musica wydaje się arcyzgodnym akordem. Niechaj żyje nam synkrazja.

Byłem w Ryjo, byłem w Bajo…

…ale do dzisiaj jeszcze nigdzie nikt nie próbował mi wmówić tego, że niedziałająca drukarka domyślna powodąca niemożność uruchomienia [bez żadnych komunikatów o błędach, nie uruchamia się i już] programu finansowo – księgowego to feature, a nie bug. Do dzisiaj, powiadam. W robieniu klientowi wody z mózgu trafiłem na lepszych ode mnie 😀

Rada Mędrców

Gdyby coś o zbliżonej nazwie zaproponował ktokolwiek z Polski, w Polsce, dla Polski, whatever – działoby się to, co zwykle. Ogólnonetowy brecht, komentarz Ogórka, skecz u Majewskiego i wengi wengi dowcipów na necie na temat naszej ciemnoty. No bo fakt faktem, durniejszej i pompatyczniejszej nazwy w realu wymyśleć by się nie dało; coś takiego mogłoby przejść tylko u Tolkiena [bo już u Sapkowskiego nie]. Ale ponieważ tej durnoty żadną modłą nie da się powiązać z naszym krajem, a dodatkowo ulęgło się to w obrębie Unii, żadnych dowcipów nie ma. Nie licząc żartownisiów niekoncesjonowanych, cisza. Przynajmniej w moim bardzo ograniczonym brauzowaniu żartów mainstreamowych nic się nie zaświeciło.

* * *

Pakiet microsoftopoprawek schędożył mi system, fk odmawia posłuszeństwa. Pierwszy raz w życiu i akurat teraz. Grr. Przewracanie systemu oczywiście nie działa.

* * *

Płow wyszedł świetnie. Następnym razem trzeba się będzie przyjrzeć, jak to się robi.

Traumatyczne ścinki miedzypokoleniowe.

Ja nie wiem. W czasach, kiedy byłem mały [i kiedy w domu była taka bieda, że do zabawy mieliśmy jedno ziarenko piasku, a tęcza nad wioską była czarno – biała], nasze zabawy były chyba normalne. Czterech pancernych, piłka nożna, w chowanego [w chowanego bawiliśmy się do czasu, kiedy kolega biegnąc do kryjówki nie złapał wirażu i lecąc ślizgiem na krowim łajnie przyozdobił sobie całą nogawkę – do tej pory nie wiem, jak on to zrobił; zresztą wtedy nikt na to nie patrzył uważnie, bo wszyscy byli zajęci kontrolą własnych pęcherzy, żeby w gacie nie popuścić za dużo ze śmiechu]… Generalnie było normalnie.

* * *

Ale jakoś nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby bawić się w panią, koleżankę pani i wyprowadzaną na spacer jaszczurkę.

* * *

Ani w panią, męża pani, koleżankę pani, męża koleżanki pani i potrawkę. Ostatnia osoba jest w trakcie zabawy jedzona. Na niby… przynajmniej na razie.

* * *

Ani w kogoś, komu nagle zmarła matka. W to akurat, dzięki Bogu nie bawi się córa.

* * *

Ta ostatnia zabawa chyba jest popularna od dość dawna, bowiem dzisiaj usłyszałem historię z życia wziętą, jak to psycholog szkolny w odpowiedzi na pytanie, jak czuje się chłopak, któremu nagle zmarł ojciec, odpowiedziała z uśmiechem, że według niej chłopak okres żałoby znosi bez żadnych odchyleń. Wychodzi na to, że łebscy psycholodzy albo siedzą w pierdlu za pedofilię, albo wyjechali do Irlandii. Podobnie, jak stolarze. Ciołek, dorabiający nam meble na podstawie dostarczonych drzwi, spieprzył wszystko, co było do spieprzenia: kolor [co jeszcze rozumiem, bejcę podobno b. ciężko jest dobrać], ale również frez, styl, ułożenie rattanu. Mając dostarczony wzór, nie spieprzył tylko wymiaru. Stolarz, u którego robiliśmy poprzednie meble i z których jesteśmy naprawdę zadowoleni, z braku kasy przebranżowił się na hotelarza.

* * *

Życie znowu mnie przerasta. A ja nie mogę z tym nic zrobić.

Nagły atak weny.

Nie patrzcie tak na mnie. Naprawdę nie tracę czasu na wymyślanie takich głupot. Po prostu przyszło to znienacka i żal było nie zanotować. Początek oczywiście nie mój, Wasze dzieci uczą się go w przedszkolach.

W pokoiku
na stoliku
stało mleczko
i jajeczko.

Przyszedł kotek
wypił mleczko
a ogonkiem
stłukł jajeczko.

Przyszła mama
kotka zbiła
i karteczkę
zostawiła.

Przyszedł tatuś
kartkę złożył
a mamusię
wychędożył.

Prawda i lewda.

Podczytuję sobie właśnie notkę nt. laureatki pokojowego Nobla, Rigoberty Menchu. W porównaniu z angielską Wikipedią polska wiki obeszła się z jej szachrajstwami wyjątkowo łagodnie, nawet jak na wikipedię. Kiedyś trzeba będzie zrobić tłumaczenie, o ile nikt nie zrobi tego przede mną.

* * *

Po lekturze tych dwóch wersji biografii zacząłem się zastanawiać, z czego wynika ogólna mitomania lewicowców – od początku, gloryfikacji tzw. Wielkiej Rewolucji Francuskiej, przez krętaczy typu Kwaśniewski, Menchu czy Gore, na permanentnym zakłamywaniu ekonomii kończąc. I dochodzę do wniosku, że nie jest to ani rzeczywista potrzeba zmiany świata czy wiara w lewicowe dogmaty [sam wielki Lewak Miller kształci wnuczkę prywatnie, a ze świecą szukać lewicowego naprawiacza świata, który oszczędności swojego życia nie trzyma w obmierzłych bankach kapitalistycznych], tylko prozaiczne zarozumialstwo. Chyba po prostu kwestia konstrukcji psychicznej, stawiająca tamę uznaniu własnych możliwości typu Panie Boże* [*czy inna siło wyższa, bądź nie podzielający tej wiary], daj mi siłę do zmiany tego, co zmienić mogę, i akceptację tego, czego zmienić nie zdołam, a oferująca uznanie opinii międzynarodowej i innych poważnych ośrodków uznania w zamian za duszoszczypatielne wspominki o głodujących ojcach – kułakach, dyplomie studiów wyższych i innych takich. Tak samo, jak pewnego przygotowania wymaga np. lektura o. de Mello, tak samo trzeba pewnego samozaparcia, żeby powiedzieć sobie: chędożyć tambylców kraju X czy Y, mogę zrobić dla nich tyle, co nic, lepiej odrzucić idee i wziąć się do roboty. Ale nie.

Pewien brak logiki widzę tutaj co prawda w polityce niektórych lewicowców, z jednej strony na gwałt domagających się uznania swojej wielkości, a z drugiej sprytnie pozbawiających swoich współziomków możliwości śledzenia tejże wielkości poprzez sprytne manewry, ograniczające rynek wolnych mediów w państwie socjalistycznym do aż dwóch kanałów. No ale gdyby lewica była logiczna, nie byłaby lewicą, a i naigrywanie się z tryumfu serca nad logiką jest niskie, płaskie i przesądza o zaklasyfikowaniu autora niniejszego wpisu do paskudnej grupy MCP. W Polsce dzisiaj [a właściwie już wczoraj] Ai urządziła sobie maraton pisania listów do kogoś tam. I głowę daję, że żadna z wypowiadających się talking heads nie pomyślała, że może przyłączyć się do akcji zwiększania dobrobytu w Polsce, głosując za partią, mającą w programie np. likwidację obligatoryjnych danin na rzecz ZUSu. Ale to byłoby takie niemedialne, a do tego jeszcze mogliby się w telewizji ze mnie ponabijać. Pisanie listów nie grozi naszej karierze i w telewizji można się pokazać. No a poza tym, jak pisała niegdyś jedna z talking heads – póki to nie zabronione, przewróć się na lewą stronę. No to się przewracajcie.

Ech, cieniasy.

Potraficie pójść do banku, wygenerować sobie nowy klucz z nowym hasłem, po czym w ciągu trzech godzin wrócić do domu i… zapomnieć hasła do klucza? Nie? No właśnie mówię, żeście cieniasy 😀 Facet w banku jutro mnie zabije. Śmiechem.

Krew z krwi, kość z kości.

Będąc w zerówce, kiedy na któryś dzień miałem zapowiedziane klejenie [bądź malowanie, anyway coś, co brudzi ręce], w domu powiedziałem, że odwołano zajęcia, bo pani zachorowała. Przed momentem Córka powiedziała, żebym skleił wyciętego przez Nią kota, bo ona przed momentem umyła ręce i nie będzie pięćdziesiąt razy latać do łazienki.