Ścinki przy poniedziałku.

Tort cynamonowy nie wyszedł. Winni: zakalec, dogmatyczne trzymanie się instrukcji, która zalecała pieczenie przez 40 minut, i kolega, który zagadał mnie przy robieniu kremu, skutkiem czego ten ostatni się rozczłonkował był na białko i resztę. Plusy: przypomniałem sobie patent na krojenie ciasta nitką. Minusy: na krem do wyrzucenia poszło za dużo koniaku. Wnioski końcowe: I’ll be back!

* * *

Przeczytane Na ostrzu noża Zambocha. To fantasy jakieś takie… czeskie. Czy słowackie, jeden pies. Niby się mordują, ale jakoś tak lelawo, niby się chędożą, ale tak bez przekonania. Akcja się broni, narracja zasadniczo wciąga, ale cała książka sprawia mniej więcej takie wrażenie, jakby muzykowi na koncercie rockowym dziewczęta w strojach ludowych dały buzi i kwiaty owinięte w celofan [copyright by śp. Non Stop]. A w tle – lekko zniesmaczające babole, kto w równoległym średniowieczu używał pojęcia biologia? A Ostatnie promienie słońca ceteris paribus.

* * *

Pewne sprawy się ruszają, pewne nie. Jak zwykle.

Pierwsze śliwki robaczywki, aka RTFM!

Jak już pisałem, kończę z zestawami do samodzielnego montażu i biorę się za przepisy from scratch. Do rzeczy, która łaziła za mną już od dwóch tygodni, dodałem wg przepisu 2 łyżki powidła śliwkowego [czy też powideł śliwkowych, jak by chcieli PT Panowie Puryści*]. Zamieszałem, zrobiłem, co trza, włożyłem do piekarnika. Mocniej odgiąłem zgięcie książki, gdzie był przepis, i przed 2 łyżki powidła śliwkowego zobaczyłem szklanka i . By to szlag, ciekawe, czy i ewentualnie co z tego wyjdzie.

* Update: „Dwie chwile szczęścia”, czy „dwie chwile szczęść”, cwaniaczki? 😉

Festiwal miernot, czyli chrzest Chylińskiego.

Niegdysiejsza wokalistka O.N.A. pisze o dylematach związanych z chrztem swojego dziecka. Dużo i po chamsku, czyli – jak na nią – typowo. Wyszło jej, żeby chrzcić, bo tak będzie dziecku łatwiej.

* * *

Zakładając, że tych bzdur nie pisze dla poklasku, a jej felieton odzwierciedla z grubsza jej przekonania, chciałoby się rzec, że jakie czasy, tacy męczennicy. Dziś ani przytłaczającej większości chrześcijan nie chciałoby się pewnie umrzeć za wiarę [być może włączając w tę większość również niestety moją skromną osobę], o cotygodniowym pójściu do kościoła nie wspominając – ani większości wolnomyślicieli nie chce się znosić niedogodności, wynikających z prostej konsekwencji swojego wyboru, a nie sprowadzających się wbrew pozorom do cholera wie czego. Czasy karzełków, ot co.

Ech, szlag by to trafił.

Słitaśny model Bismarcka z kolekcji Hachette. 140 odcinków co tydzień, czyli ponad dwa lata klejenia. Piękny! Skala 1:200. I 24,90 za zeszyt co tydzień, żadnych zniżek dla prenumeratorów, czyli stówka miesięcznie. Bez aparatury RC, dostępnej jako opcja. Panowie product managerowie z Hachette, hyr na was i żeby wam dzieci makaronem porosły, właśnie straciliście potencjalnego klienta.

Ręce opadają, czyli o pożytkach z marketingu płynących.

Jeśli nius o możliwości darmowego rozwoju driverów pod Linuksem zyskał aż taki oddźwięk, jak opisują to w Linuxnews… to można tylko rozpłakać się nad dziecinnymi błędami w przepływie informacji. Cóż, dla mnie gadanie do ściany to nie nowina, dziwię się tylko, że nikt z bossów marketingu i och-ach inżynierów, opłacanych stokroć lepiej ode mnie nie wpadł na to wcześniej. W zasadzie można to nazwać nawet kompromitacją.