Powiedz, że mnie nie kochasz.

Powiedz, że jestem wstrętny, brzydko się wyrażam, że czuć mi z ust, że nie podoba ci się kolor moich ścian, że inni są tańsi, że jestem dyletantem i w ogóle wybierasz innego.

Powiedz mi to w oczy albo przez komórkę. Czysty biznes, karma, zniesę to. Ale nie zniesę ustawicznego wydzwaniania do ciebie, wysłuchiwania w odpowiedzi „Ależ oczywiście, jesteśmy zdecydowani, odezwiemy się w przyszłym tygodniu”, pierdyliona telefonów bez odebrania i dwóch pierdylionów nieustających deklaracji o chęci współpracy bez pokrycia*. Jeśli naprawdę szanujesz drugiego człowieka, po prostu powiedz, że wybraliście inną ofertę i nie każ mi do bólu w uszach powtarzać schematów piarowych, każących mi co jakiś czas „podtrzymywać kontakt”. Umiem żyć z twoim „nie”, naprawdę. A tak – tracisz swój czas i moje nerwy. Choć prawdę mówiąc czniam Twój czas.

* * *

Pieprzony CK Grajdoł. Tutejsze stężenie obezjajców naprawdę przekracza moje limity percepcji i odporności. Fpisujcie miasta kture popierajom.

– – –

* Jak powiedziała pewna prostytutka, „nic ode mnie nie chciał i pewnie dlatego dał mi czek bez pokrycia”.

Zimny wychów potomstwa, cz. LXIX – Andrzejkowe wróżby.

Telefonicznie.

– …
[…]
– No poważnie, Jolka, mówię ci [ROTFL]. Poważnie!
– …
– No pewnie, że Misiek ma zawsze pecha. Dlatego mu wyszło we wróżbach, że będzie instruktorem tańca.
– …
– Noooo, z tym bankierem też ci wyszło nieźle. Jak to się w ogóle mówi, będziesz bankierką?… A jak sobie przypomnę, że mi wyszła mężatka, to aż mi się coś robi…

Kwestia drobiazgów.

Swego czasu gdzieś zaćwierkały wróbelki, że wiele matek zdecydowanie zdecydowanych na zabicie dziecka nagle zmieniało w ostatniej chwili zdanie, gdy przed samą operacją pokazywano im ruchy dziecka na USG.

* * *

I myślę sobie, że gdyby zamiast „UE” zacząć mówić „Unia Niemiecka”, ewentualnie po prostu „IV Rzesza” [są oczywiście twierdzący, że inne prowincje również mają coś do powiedzenia… oczywiście szanujemy ich]… ze stabilności oceny i postrzegania rzeczywistości zostałoby u wielu pewnie tyle, co w pierwszym przypadku.

* * *

PS. Pomysł na notkę powstał paręnaście dni temu, częściowa zbieżność jej treści z najnowszymi ekscesami Sikorskiego jest czysto przypadkowa.

Link wieczorny.

Tu, o.

Zaraza z tym angielskim na ZeroHedge, pokręcone słownictwo goni ciężką tematykę. Zrozumiałem z tego niusa tylko tyle, że społeczeństwa zachodnie cierpliwie wyczekują rychłego rozwiązania przejściowych problemów płynnościowych i z radością czekają na nowych członków strefy euro. Ale mój angielski nie jest rewelacyjny, sami doczytacie pewnie więcej.

Z popołudniowej prasóweczki.

– Synu, chyba wpadłeś w złe towarzystwo…
– Nie, tato, ja je założyłem.

* * *

Z podanego ciągu wyrazów usuńcie zbędny:
Putin, Miedwiediew, Wysocki

I co, uznaliście Wysockiego za zbędnego a Putina i Miedwiediewa za niezbędnych, tak?!

* * *

Głęboko wierzę, że szereg reform zainicjowanych przez Platformę Obywatelską odniesie skutek. I dlatego będę się tym reformom zdecydowanie sprzeciwiał.

* * *

Roman Giertych został twarzą firmy Ferrari.

KISS.

Dałem do naprawy Renię. Pomiędzy innymi felerami losowo przestawała trąbić. Panowie z warsztatu wzięli ją do środka i stwierdzili, że pipczy, więc odstawili ją na pole [sic!], a ona… przestała pipczeć. Panowie sprawdzili zwijacz [czy jak się to nazywa], elektrykę, kable, styki i wszystko inne, co przyszło im do głowy, klakson dalej nie działał. W ciężkiej desperacji wymienili sam klakson… i Renia odzyskała swój sygnał dźwiękowy. Unfuckingbelievable, rzekłbym.

* * *

Narzekacie, że na blogach brakuje gotowych pomysłów na biznes? Voila. Zróbcie dokumentację, zlećcie w Chinach i sprowadzajcie kompletny wlot powietrza do meganki. Plastikowy wytłok na skrzynkę, ze 30cm rury dostarczającej powietrze [filc? na drucianym szkielecie] i jeszcze prostszy chwytak rury z drugiej strony instalacji, materiał nie powinien kosztować imrho ponad 10-20pln. W detalu – sądząc po cenach zbliżonych skomplikowaniem i materiałem wynalazków w Castoramie. Oryginał Renault > 500 zł, jakiś nieuchwytny zamiennik – 120 pln, a mimo bandyckich cen – idą jak woda, bo psują się często. Na szczęście z pomocą mechanika z ludzkimi odruchami odkryłem jakiś czas temu taśmę izolacyjną…

UPDATE: oho, zdrożało. Standardowa praktyka #1: zmienili numery części, a za tym poszła podwyżka, że niby nikt się nie zorientuje. 580. Teraz nie macie już wymówki, żeby nie otwierać własnego biznesu.

ASON.

Pod tym mało [na razie] znaczącym skrótem kryje się potężna w przyszłości polska siła polityczna. Aryjsko – Słowiańska Obrona Narodu.

Dwóch panów w ortalionach rozłożyło stolik na Szewskiej, z wymaganego dla ubiegania się o rejestrację? o przydział lokalu? dla tej nowopowstającej partii tysiąca podpisów udało im się zebrać już ok. 150. Plus mój – ale o tem potem. Partia, co trzeba przyznać, rozwija się w tempie błyskawicznym; jeszcze w zeszłym tygodniu program mieli wypisany pismem ręcznym [wcale zgrabnym, trzeba przyznać], dzisiaj program dorobił się już zafoliowania i wydruku komputerowego.

Gdybym miał najkrócej określić ich program, jest to postulat jak najszybszego wyjścia z UE [co ogarniam i czemu przyklaskuję], bezwarunkowy mariaż i odwołania do Piłsudskiego i Dmowskiego jednocześnie [co ogarniam już nieco gorzej], a to wszystko mocno podlane sosem niuejdżowym [czego nie ogarniam już zupełnie] i doprawione wisienką na torcie w postaci przymiotnika „aryjski” w nazwie. Na moje zwerbalizowane zdziwienie Ojcowie Założyciele uprzejmie wyjaśnili mi, że „aryjski” wbrew pozorom nie oznaczało pierwotnie „niemiecki”, tylko sumeryjsko – jakiśtam, w każdym razie starożytny. Dalsze indagowanie Ojców Założycieli, co Sumerowie mieli wspólnego z Piłsudskim czy Dmowskim, pozostało bez wyjaśnienia [bo za takowe trudno uznać opowieści o „Myślach nowoczesnego Polaka” czy o wojnie prewencyjnej z Sowietami], a nawet mogło się przyczynić do znaczącego, wzajemnego podszczypywania się Ojców na widok Waszego uniżonego narratora, powracającego z Rynku. I nie wiem tylko, czy owe podszczypywanie spowodowane zostało moją uprzednią dociekliwością, czy moim nowym emploi – długi, czarny płaszcz i takiż kapelusz czynią mnie ostatnio archetypem żydowskiego prowokatora, co bywa nawet zabawne tym bardziej, że niektórzy znajomi swoje joncle nieudolnie maskują uśmiechami pełnymi życzliwości dla mojej rzekomej elegancji. Mściwy nie jestem, poparcie podpisałem, trzeba popierać aktywizację zawodową i oddolne ruchy obywatelskie.

Choć wcale nie jestem pewien, czy w tym kapeluszu nie jestem jednak bardziej podobny do amisza.