QOTD.

Trochę przydługi, ale warto.

Przez długi czas panowało wśród ekonomistów przekonanie, że klasyczny standard złota opierał na zgodzie państw oraz banków centralnych i był kierowany przez Anglię i Bank Anglii, które pełniły rolę mądrych przywódców. Przekonanie to obalił jednoznacznie historyk gospodarki Giulio Gallarotti w swojej książce The Anatomy of an International Monetary Regime. Gallarotti wykazał, że standard złota wykształcił się w drugiej połowie XIX wieku nie dlatego, że dogadały się banki centralne i państwa, ale przeciwnie, dlatego, że wszystkie próby porozumienia się w kwestii wspólnego systemu walutowego zakończyły się fiaskiem.

Jest to jeszcze jeden dowód na to, że konstruktywne rozwiązania są rezultatem niekooperatywnego zachowania się uczestników, ponieważ wymusza ono powstanie systemów zdecentralizowanych, z natury rzeczy lepszych z punktu widzenia wolności jednostki.

W dwóch dekadach po połowie XIX stulecia odbyło się szereg konferencji walutowych zainicjowanych przez Francję. Francuzi dążyli do globalnego ładu walutowego, ale ich wysiłki spełzły na niczym, ponieważ Wielka Brytania nie była zainteresowana a i Niemcy wolały iść własną drogą. Francuzi przewodzili podówczas łacińskiej unii monetarnej, zbudowanej na standardzie bimetalicznym to znaczy na złocie i srebrze. USA również posiadały standard bimetaliczny, Niemcy – standard srebra. Wyglądało więc na to, że na konferencjach przeforsowany zostanie standard srebra. Jednakże Niemcy na własną rękę zdemonetaryzowali swoje srebro i pod wpływem liberalnego polityka Ludwika Bambergera postawili na złoto, podczas gdy Anglicy jedynie biernie się przyglądali i pozostali przy standardzie złota, który mieli od czasów Izaaka Newtona. Wywoływało to reakcję łańcuchową: ucieczkę od srebra. I tak świat doszedł do standardu złota niczym dziewica do dziecka. To „chwalebna impotencja” rządów i banków centralnych była tajemnicą stabilnej wartości pieniądza.

W następnych dziesięcioleciach system dlatego okazał się tak stabilny, ponieważ każdy z uczestników wiedział, że w ostatecznym rozrachunku może polegać wyłącznie na sobie, wszak wszystkie próby dojścia do porozumienia w kwestii stworzenia jednolitego systemu zakończyły się niepowodzeniem. Każdy wiedział, że będzie musiał się sam ratować przed plajtą, żadni dobrzy wujkowie z innych krajów nie przybędą z walizkami pełnymi pieniędzy zabranych swoim obywatelom; nikomu nawet we śnie nie przyszłoby do głowy, że mógłby – w imię „solidarności” – liczyć na pieniądze podatników z innego kraju. Klasyczny standard złota był więc nie dlatego tak stabilny, że politycy byli wówczas bardziej odpowiedzialni, bardziej kochali wolność lub byli oszczędniejsi, ale dlatego, że po prostu nie było nikogo, kto by „ratował” jakieś państwo czy „rynki”. Jeśli wówczas ktoś chciałby rzeczywiście zwiększać ilość pieniądza w obiegu, to afrykańscy robotnicy musieliby w pocie czoła wydobyć więcej złota z kopalni w Afryce Południowej. Takiego systemu nie można sztucznie zbudować jako imitację na drodze międzyrządowych układów, dzięki którym powstało euro. „Nie powinieneś” nie zastąpi „nie możesz”.

Ani ponadnarodowa waluta papierowa typu euro, ani międzynarodowy system sztywnych kursów wymiany walut papierowych, który Huerta de Soto stawia wyżej niż system płynnych kursów walutowych, nie mogą funkcjonować, jeśli rządy nie przestrzegają określonych reguł, to znaczy w tym wypadku, jeśli nie uprawiają monetarnej i finansowej wstrzemięźliwości. I w tym leży sedno problemu. Zarówno ponadnarodowa waluta (euro), jak i system stałych kursów wymiennych zakładają – co do zasady – odpowiedzialne i kooperatywne zachowanie wszystkich uczestników. Jeśli w ramach systemu sztywnych kursów walutowych jeden z krajów drukuje więcej pieniędzy, to pompuje inflację do innych gospodarek. Jeśli np. w strefie euro jakieś kraje zadłużają się, wówczas Europejski Bank Centralny zwiększa ilość pieniądza dla wszystkich krajów unii monetarnej i za długi muszą ostatecznie odpowiadać wszyscy.

Źródło: Tomasz Gabiś, „Między złotem a papierem”. Gorąco polecam, doskonały tekst.

Tymczasem w Londynie i Moskwie…

No one knows exactly how much money has left Cyprus’ banks, or where it has gone. The two banks at the center of the crisis – Cyprus Popular Bank, also known as Laiki, and Bank of Cyprus – have units in London which remained open throughout the week and placed no limits on withdrawals. Bank of Cyprus also owns 80 percent of Russia’s Uniastrum Bank, which put no restrictions on withdrawals in Russia. Russians were among Cypriot banks’ largest depositors. [link, credits to pitu pitu]

Pamiętaj, polski podatniku, i wyciągaj depo… eee… wnioski, kiedy przyjdzie do referendum – bo przecież oczywiste jest, że referendum będzie. Zawsze było oczywiste, a kto twierdzi inaczej, ten pisior i wierzy w spiskowe teorie dziejów.

EDIT: zagadka do drugiego akapitu. Kto to powiedział? Guglanie zakazane, nie psuj innym przyjemności.

Przykro mi bardzo, ale tak właśnie było – przyjmując traktat akcesyjny, zobowiązaliśmy się również do przyjęcia euro. Żadne referendum w tej sprawie nie ma sensu, chyba że się najpierw weźmiemy za renegocjację traktatu.

Smutne wiadomości popołudniowe.

Bo przecież nie prasóweczka.

Komunikat, jaki odebrały radioteleskopy obserwatorium La Silla w Chile nie pozostawia żadnych wątpliwości. Jesteśmy w kosmosie sami. Życie pojawiło się wyłącznie na Ziemi, w przeciwieństwie do komunikatów, które mogły powstać na innych planetach. „To bardzo smutna wiadomość dla nas Ziemian”, stwierdził niemiecki astrofizyk Rudolf Kippenhahn. „Tym bardziej, że w przechwyconej przez nas informacji z planety PX 186L znajduje się obszerny fragment mówiący o tym, że nie tylko jesteśmy sami, ale także głupi”.

Wygląda też na to, że świat nauki musi przełknąć jeszcze jedną gorzką pigułkę. Tamże

Przeprowadzone latem w instytucie North of Scotland eksperymenty teleportacji pokrzywy, na razie spowodowały tylko wyczerpanie przeznaczonych na ten cel środków z funduszu „Teleportacja pokrzywy i uszu”. Naukowcy obawiają się, że brak spektakularnych sukcesów może wkrótce zablokować nie tylko badania nad teleportacją, ale także zwykłe badania słuchu pracowników.

Odmiana pokrzywy z gatunku parzącolistnych najbardziej podatna na teleportację.
Teleporter wybudowany przez instytut jest maszyną wykorzystującą zjawisko elektrolizy. Przepływ prądu rozdziela teleportowany obiekt na jony dodatnie i ujemne. Przemieszczają się one potem w roztworze wodnym w kierunku pocieranych palcami elektrod, omijając wybudowaną na środku barokową fontannę.

Z popołudniowej prasóweczki.

– No i na co ty liczysz?
– Nie liczę, jestem humanistą. [cicho tam, Świętomiry i inne takie! 😀]

* * *

– Czym się różni Cypr od Moskwy?
– Na Cyprze jest więcej Ruskich niż Tadżyków.

* * *

Cypr. Miejscowy parlament prawidłowo zinterpretował strzały ostrzegawcze rosyjskiej eskadry śródziemnomorskiej.

Referendum edukacyjne – pierwszy krok zrobiony.

Wniosek o przeprowadzenie referendum edukacyjnego, o którym pisałem niedawno, zaliczył pierwszy „oes”. Do 21. marca pod wnioskiem miało zostać zebrane minimum 100 tys. podpisów – wg sprzedchwilowej informacji, dostępnej na stronie akcji, udało się zebrać 114,953 podpisy. Psy szczekają, karawana jedzie dalej – do 1 czerwca trzeba zebrać minimum 500 tysięcy podpisów. Alleluja i do przodu, jak mawiają klasycy 🙂

Mijanki profesora Orłowskiego.

Jadąc do fabryczki, usłyszałem rano – w sumie przez przypadek – falset prof. Orłowskiego, bodajże dla „Kontrwywiadu” RMF, oczywiście o „wydarzeniach” [zgodnie z panującą aktualnie nowomową należałoby teraz dodać „kontrowersyjnych”…] Zalała mnie krew, i to podwójnie. Poza bowiem „lekko odmienną” interpretacją samego aktu jumania [„cypryjskie jumamji”, hahahahaha!… (c) mój] z ust miodopłynnych profesora padło kilka stwierdzeń, przy maksimum dobrej woli każących zastanowić się nad rzetelnością i prawdomównością tegoż. Tutaj jest wywiad, poniżej przygarść moich mendowatych komentarzy doń.

Konrad Piasecki: Kiedy w Polsce pomysł takiego à la cypryjskiego skoku na oszczędności obywateli?
Witold Orłowski: Nie będzie w Polsce takiego pomysłu.

A wiemy to z pewnością, ponieważ?… Można tylko zacytować tutaj Talleyranda: „Nie wierzę w żadną informację, dopóki nie zostanie ona oficjalnie zdementowana”.

Czyli co, nie jest tak źle w Polsce, żeby trzeba było sięgać po aż tak drastyczne środki?
Jest inaczej.

Zwracam uwagę: NIE mówimy, że nie jest źle. Jest inaczej. Czyli… jest źle w inny sposób. Cóż, dobre i to…

Owszem, ale proszę zastanowić się nad rzeczą następującą – czy państwo powinno zabierać pieniądze obywatelowi, który ma pieniądze?
Nie.
Nie. A jeśli ten obywatel jest na przykład wielkim złodziejem i ma miliard dolarów nie wiadomo skąd i nawet nie ukrywa tego specjalnie, że te pieniądze, nie tylko, że nie zostały opodatkowane, ale jeszcze pochodzą ze źródła co najmniej cuchnącego.
No to powinno móc mu je skonfiskować.

Piękny Piasecki, jeszcze piękniejszy Orłowski. Pamiętaj, polski podatniku – jeśli przyjdą po Twoje pieniądze [co oczywiście się nigdy nie stanie, ponieważ – jak wykazano – w Polsce nie jest tak źle, jak na Cyprze, tylko… inaczej], dokona się to na podstawie wyobrażeń jakiegoś profesora, który za prawny tytuł jumy uzna ex cathedra stwierdzenie, że jakaś część [o tem potem] tych pieniędzy pochodzi ze „źródła co najmniej cuchnącego”. Łącząc się w bulu i nadzieji z profesorem chciałbym jednakowoż przypomnieć o paru zapomnianych najwyraźniej pojęciach, z których domniemanie niewinności nie jest bynajmniej tym najmniej wygodnym dla apologetów omawianej jumy – prócz tego mamy jeszcze kalendarz [XXI wiek], prawo własności [jeśli ktoś wcześniej nie uznawał go za aksjomat i zechce teraz komentować… cóż, straci doskonałą okazję do tego, żeby siedzieć cicho].

Powinno skonfiskować. Takiej możliwości nie ma, natomiast trzeba pamiętać o tym, że większość pieniędzy na Cyprze – powtarzam słowo „większość, bo część polskich komentatorów jest zdezorientowana danymi, z których wynika, że rosyjskie depozyty to jest tylko 40 proc., ale po prostu wystarczy zarejestrować spółkę na Cyprze i wtedy już się nie liczy do rosyjskich – to są pieniądze pochodzące z Rosji i to są pieniądze nie tylko takie, które uniknęły opodatkowania.

Apologeci jumy powinni uzgodnić zeznania. Bo np. wybiórcza pisze, że „W sumie w styczniu tego roku depozyty w cypryjskich bankach sięgały 68,4 mld euro (to niemal cztery razy tyle co PKB Cypru), z czego 37 proc. stanowiły depozyty nierezydentów, w dużej mierze Rosjan”. Ale nie kłóćmy się o pierdoły. Jeśli – mam gest – 40% stanowiły „depozyty nierezydentów”, to ile stanowią „depozyty rezydentów”, czyli po prostu zwykłych Cypryjczyków, których potraktowano jak bandytów [dając na osłodę jakieś akcje bez prawa odsprzedaży i negocjując od wczoraj wysokość jumy]? Odpowiedzi jak zwykle proszę przesyłać na /dev/null do końca dowolnego miesiąca.

(…) dlatego że kiedy rząd cypryjski powiedział: „Musimy ratować te kilkadziesiąt miliardów depozytów” i zwrócił się do zachodniej Europy, do strefy euro: „To dajcie te 10 mld pożyczki nam, bądź dajcie – zobaczymy czy oddamy”, to z tamtej strony była odpowiedź: „Dlaczego nasi podatnicy mają ratować fortuny rosyjskich oligarchów i to jeszcze tych w dodatku, którzy prawdopodobnie fortuny mają z nielegalnych źródeł. To wy też się dołóżcie”.

Yay! Cóż za praworządność, jestem pod wrażeniem legalizmu profesorskiego. A wspomnienie nieustannie wywalanego gwoli radości banksterki kilkakroć większego szmalu na ratowanie banków w połowie Unii siedzi w kącie i chichocze złośliwie. Ale pytanie „Dlaczego nasi podatnicy [Tusk FTW!] mają ratować fortuny zachodnich banksterów?” pozostanie zapewne bez odpowiedzi…

A są tam średnio czyste albo czyste polskie pieniądze?
Pewnie troszeczkę też jest, z tym że u nas to są operacje jednak legalne, przynajmniej w przygniatającej większości. Założenie spółki na Cyprze powodowało płacenie nieco niższych podatków i trochę tych pieniędzy jest, ale gro, przygniatająca większość tych pieniędzy to są pieniądze śmierdzące.

Przestaję ogarniać, ile tych czystych pieniędzy – oczywiście wg profesora, któremu się wydaje – jest; czy gros [brawa dla nieuków z RMF btw.], czy troszeczkę, no ale mniejsza. Otóż, panie profesorze, wg bankier.pl pod koniec 2012 na Cyprze miało siedzibę ok. 5000 polskich spółek z przepływem ok. 400-500 mln euro. Wg profesora [i postgimnazjalnej korekty RMF] „gro” przepływów tych 5000 firm to „pieniądze śmierdzące”.

[chwilamoment… chociaż…

Na Cyprze są zarejestrowane firmy, które są inwestorami polskich spółek giełdowych. Kontrolny pakiet 50,2 proc. akcji Cyfrowego Polsatu należy do cypryjskiej firmy Pola Investments, która jest kontrolowana przez Zygmunta Solorza-Żaka. A kolejnym znaczącym akcjonariuszem Cyfrowego Polsatu (7,3 proc. akcji) jest cypryjska firma Sensor Overseas kontrolowana przez Hieronima Rutę, współpracownika Solorza-Żaka.
Znaczących akcjonariuszy z Cypru mają też spółki kontrolowane przez Ryszarda Krauzego. W produkującej farmaceutyki spółce Bioton 11,8 proc. akcji ma cypryjska firma Troqueera Enterprises, a w paliwowej spółce Petrolinvest największym akcjonariuszem (16,9 proc.) jest cypryjska firma Masashi Holdings, a zarejestrowana na Cyprze firma Tabacchi Enterprises ma 9,2 proc. akcji Petrolinvestu. Nie wiadomo, do kogo należą te cypryjskie firmy.
Na Cyprze zarejestrowana była też firma Luglio Limited, akcjonariusz Kulczyk Investments – funduszu inwestycyjnego Jana Kulczyka. [link]

choć z drugiej strony

Ci, co mieli zdążyć, zdążyli… nie bój żaby]

Jak ktoś będzie – przepraszam, mam nadzieję, że nikt się na to nie obrazi, ale mocnego słowa używam, żeby wstrząsnąć trochę – jak ktoś usłyszawszy o tym, co się dzieje na Cyprze poleci w tej chwili w Polsce do banku i np. wycofa pieniądze tracąc odsetki z lokat, to będzie głupi po prostu.

Jak ktoś jest na tyle głupi, żeby oszczędności lokować w lokaty oprocentowane w okolicach inflacji, to wyjęcie środków w tym momencie jest głupotą relatywnie najmniejszą. Ale to zupełnie inna historia.

A gdyby w Polsce było aż tak źle albo bardzo źle?
To wtedy Narodowy Bank Polski wydrukowałby pieniądze i na pewno bankom by ich nie zabrakło.

Czytamy: „gdyby w Polsce było tak źle [ale inaczej], żeby trzeba było rabować obywateli bez zachowania minimalnych pozorów, to wtedy NBP ma w zanadrzu opcję rabunku ukrytego poprzez dodruk pieniądza”, gdzie fakt, że z kwartału na kwartał zacznie Ci brakować kasy, rząd i profesor Orłowski wytłumaczą „kryzysem” i „śmierdzącymi pieniędzmi”.

A wcześniej rząd zdecydowałby się na krok w stylu raczej przejęcia funduszy OFE.
Na przykład, a nie konfiskowania depozytów.

Yay! Ludzcy panowie! Nie obłupią Cię [być może] z oszczędności, zadowalając się Twoją skromną emeryturą! Gnaj do kościoła i intonuj „Te Deum” w intencji naszych ludzkich panów, człecze!

Nie boi się pan, że takie historie, jak ta cypryjska raczej nie zachęcą Polaków do ciepłego myślenia o Unii i strefie euro, a zwłaszcza o urokach tej strefy?
Pewnie. Oczekuje pan odpowiedzi czy sam pan, panie redaktorze odpowiedział już sobie? No pewnie, że tak. Kłopoty strefy euro, kłopoty poszczególnych krajów – to wszystko jedno skąd one się biorą, bo one są różne naprawdę. W Hiszpanii to wariactwo legalnych operacji, ale na rynku nieruchomości, w Grecji – wariactwo rządu wydającego na kredyt, na Cyprze – wariactwo banków zachęcających te nielegalne pieniądze.

BULLSHIT, BULLSHIT, BULLSHIT. Wszystkie wspomniane turbulencje biorą się z przyjęcia euro jako wspólnej waluty. W normalnych warunkach kurs waluty / polityka monetarna stanowi czynnik kompensujący wydajność gospodarki bądź jej brak. Kłopoty Grecji, Hiszpanii i całej reszy byłyby już dawno rozwiązane, gdyby po drodze nie brakło możliwości kontroli własnej waluty. A nawet gdyby nie zostały rozwiązane, byłyby one problemami tylko tych państw, a nie wszystkich obywateli państw Unii.

I na koniec: Niemcy do spółki z MFW żądali 40% podatku. Na Cyprze – przynajmniej na razie – im się to nie udało. No nic, może uda się kiedyś w Polsce.