Meandry genealogiczne.

Do momentu powrotu do jako takiego zdrowia i wzięcia się za parę projektów, za które wziąć się zamierzam, biorę się za bary z zaległym a nieobrobionym jeszcze materiałem genealogicznym. Na przystawkę – godzinę rzucania kobietami negocjowalnego afektu, nim zorientowałem się, że akta mojej prateściowej, pisane – jakżeby inaczej? – po rusku, zawierają daty z kalendarza juliańskiego i gregoriańskiego OBOK SIEBIE i że są one oddzielone jedynie przecinkiem. A Nowaczykowa w swoim almanachu miała oczywiście daty gregoriańskie pisane w nawiasach. No by to szlag.

* * *

W październiku ma wyjść GRAMPS z trójką z przodu. Moim zdaniem, to trochę na wyrost – na ile doczytałem się z changeloga, zmiany dużego nru wersji nie usprawiedliwia porządek w bebechach, wengi zmian technicznych czy zmiana ikon. A wystarczyłoby zwrócić uwagę na niechby i opcjonalny poziomy widok rodziny, z uwzględnieniem rodzeństwa. Jak dla mnie, to brak czegoś takiego [w widokach, bo w raportach oczywiście jest] to jeden z fundamentalnych braków GRAMPSa, choć raczej tylko z punktu estetyki, bo nawigacja nie cierpi na tym za grosz.

* * *

Znów pojawia się topos wzięcia się za pisanie historii rodzinnej… i znów nie mam ani krzyny koncepcji, jak się do tego wziąć. Ech.

Wtorek.

Chodzę sam
Po zaułkach pełnych dawnych spraw
Po alejkach parków które znam
Z wyrzuconych kalendarzy

Pada deszcz
Płaczą przemoknięte chełmy wież
Stanął zegar no i rób co chcesz
Nic nowego się nie zdarzy
Minął czas
Gdzieś
W zabłoconych butach pójdę stąd
Zetrę kurze z książek białych stron
Wizytówkę zamaluję
Zamknę drzwi
Gdzieś
Na skrzyżowaniu wszystkich czterech dróg
Wybuduję dom z prawdziwych słów
Odnajdę ciebie w takim domu

Idzie noc
Zadźwięczało już ostatnie szkło
Tak by się z nim aż do rana szło
Tak do świtu by pomarzyć

[„Powrót”, Sł/muz. J. Reiser]

* * *

A jednak świętujemy. Co prawda nie dzisiaj i co prawda nie ja, ale świętujemy. ATSD Pierwszego Maja – do kasacji. Nie żebym był jakimś specjalnym pracoholikiem, ale promowanie kapitalizmu przy utrzymywaniu realsocjalistycznych świąt jest żenujące.

* * *

W tiwi strach otworzyć konserwę, wszędzie Mroczek Bros. A może to jeden i ten sam? Próbując uratować resztki zdrowego rozsądku, obejrzałem nieodmiennie wielkiego Wielkiego Szu. Nie udaje się, wyrwa w psyche po obejrzeniu Armageddonu jest zbyt wielka.

* * *

Zamknęli mi Internet w domu. Normalnie zabiję. Wdrożyłem plan awaryjny, pobawiłem się troszeczkę Blenderem, usiłując zrobić Gusa. Wszystko mi się rozjeżdża, kamera patrzy zezem zupełnie nie tam, gdzie powinna, Gus leży, zamiast stać, rendering wychodzi mi kompletnie nie halo… ale powolutku ze wszystkim jakoś tam daję sobie radę i ciastkowy człeczyna się pojawił. Dzisiaj teksturujemy i animujemy, o ile nie wezmę rzyci w troki i po pracy nie pojadę bezpośrednio do domu. W domu G.G.Kay z racji jakiegoś [miejmy nadzieję, że chwilowego] wstrętu do książek leży, a ja nie wytrwałem w swoim postanowieniu niekupowania książek nawet tygodnia i kupiłem sobie Ciszę w sieci lcamtufa.

* * *

Genealogicznie małe żniwa. Po kądzieli [czyli od moich Teściów] informacje podstawowe zaczynają się wyczerpywać. Jeszcze trochę i zacznie się chyba sezon wyjazdowy.

* * *

Do wierzenia podano, że 80% Polaków jest zadowolonych z członkostwa w Unii. Ten sam sondaż podaje, że 70% nie widzi żadnej różnicy przed i po. Schizofrenia?

Sto gram, sto gram, niech żyje, żyje nam – wpis patetyczny w formie i treści.

GRAMPS obchodzi piąte urodziny. Czytając przygarść wspominków okolicznościowych stwierdziłem, że rządzi nami przypadek. Don opisuje, że GRAMPS narodził się w gruncie rzeczy przypadkiem – ojciec miał dość Windowsa, on sam dostał do obróbki lelawy plik GEDCOM… dopisał mały parser/viewer… potem go namówili, żeby posłał to na SF… a potem to się rozrosło, ludzie zaczęli podsyłać patche, tłumaczenia, poszło… i jakoś idzie dalej. Studium przypadku – ale nie takiego case study, ile raczej random factor study 😉

Podobnie rzecz ma się ze mną. Mimo, że Linuksem zajmowałem się w jakimś tam zakresie od dłuższego czasu, nigdy nie miałem tyle samozaparcia, żeby na niego się zmigrować w stopniu wykraczającym poza odpalanie na zasadzie bo ja jestem linuksiarz. Dopóki pewnego dnia nie kupiłem LinuxMagazine z artykułem o GRAMPSie. Artykuł był niespecjalny [bo i program do skomplikowanych w obsłudze nie należy], ale dowiedziałem się z niego tyle, że jest program do tworzenia genealogii na GPLu. Wystarczyło, wsiąkłem.

Od dłuższego czasu miałem problemy z koligacjami. Karygodnie wręcz nie kumałem własnej średniodalszej rodziny [co nie byłoby jednakowoż takie tragiczne, jako że nie spotykamy się zbyt często], ale co gorsza, nie kumałem również rodziny mojej Żony [co było już dużo gorsze z racji przeróżnych kuzynek, kuzynów, szwagierek et consortes w wieku ślubno – reprodukcyjnym, co implikowało obecność na weselach i nieodmiennie towarzyszącą temu rozpacz genealogiczną, kto od wujka Bronka, a kto od cioci Heni]. Zacząłem więc robić drzewko, wspomagany odwiecznym umiłowaniem tworzenia tabelek, diagramów, zestawień i takich tam. Drzewko rosło… Niepostrzeżenie zaczęło mnie to wciągać do tego stopnia, że zacząłem się dopytywać i węszyć w górę, na boki…

Teraz prace straciły na intensywności. Ale po jakimś czasie… odechciało mi się przełączać na windę tylko po to, żeby coś tam sprawdzić, coś odczytać. Zacząłem szukać programów mi faktycznie potrzebnych. SUSE nadawał się do tego chyba najlepiej z dystrybucji, z którymi miałem do czynienia [Slackware, Mandrake, RH, Knoppix]. Potem przyszła frustracja, że wiecznie na Windę przełącza mnie Ula. Więc zrobiłem oddzielne konto, poinstalowałem potrzebne programy… I tak dalej.

Aktualnie na małomiękkiego Żona przełącza się tylko półzawodowo [programy do PITów, których jeszcze nie ściągnąłem pod Linuksa i BPH, z którym mam jeszcze małe problemy], ja niemalże w ogóle.

A wszystko przez to, że pewnego dnia nie chciało mi się przełączać na windowsa z SUSE, na którym zainstalowałem sobie GRAMPSa. Bez niego nie chciałoby mi się prawdopodobnie wyrzucić billware’u do tej pory. Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam. Z nadzieją, że uda mi się kiedyś odrobić w polu kredyty zaciągnięte od community.

Orgazm genealogiczny.

Jeśli chcecie już teraz doprowadzić Wasze przyszłe praprawnuki do czarnej rozpaczy, zostawcie w spadku po sobie kilkadziesiąt zdjęć grupowych, najlepiej z Waszą Rodziną. I pod żadnym pozorem ich nie podpisujcie.

* * *

O ile Święta od strony metafizyczno – religijnej spędziłem w granicach odchylenia standardowego, o tyle od strony mojego najnowszego hobby – tytułowo. Wyjąwszy overkill ze wspomnianą kolekcją z lat pięćdziesiątych i wcześniejszych, trafiło się nawet kilka rarytasów z 1903 roku, co z tego, skoro poza jednym z nich [WHOAH!] – wszystkie incognito. Na jednym z późniejszych (1953) – śp. Dziadkowie z sąsiadami na fotografii, jak mniemam, dowodowej, podczas masowej akcji wyłapywania stonki. Dziadek opowiadał, że imperialistom trzeba było dać stanowczy odpór [bo inaczej odpór kułakom dawał ustrój] i wyłapywanie stonek odbywało się na zasadzie podobnej dobrowolności, co dostawy obowiązkowe. Towarzystwo przeszło w poszukiwaniu, zadeptując przy okazji znienawidzonym sąsiadom – kułakom uprawy [ot, praktyczne efekty wdrażania solidaryzmu społecznego, które do dzisiaj nikogo niczego nie nauczyły], nie znalazłszy oczywiście ani jednej stonki. Parę lat później, kiedy rzeczona stonka była się faktycznie zdesantowała, nie obchodziło to już nikogo.

* * *

Doszedłem do pewnego niezręcznego – mówiąc najłagodniej – etapu tworzenia drzewa, natknąwszy się na zadawnioną wróżdę rodową. Zastanawiam się, co robić dalej. Prawda was wyzwoli, ale niespecjalnie uśmiecha mi [i nie tylko mi] się podpinanie do nas co poniektórych… hm… zostanę przy „co poniektórych”. Cóż, meandry genealogii. Wyjście jest salomonowe – podpiąć tylko metryki i nie zajmować się tym więcej – i tak chyba zrobię, sztuki nie ukrzywdziwszy. Wilk będzie syty i z owcy jeszcze dużo zostanie.

* * *

Robienie interesów z Mr. G. to ostatnimi czasy czysta przyjemność. Właśnie wyszedł projekt zamiany mojego parszywego windzianego Microteka na deczko leciwego Musteka. Mr. G. dostanie rzecz w miarę nowoczesną, działającą na USB i oko cieszącą, niżej niepodpisany – kartę skaziczną, a przede wszystkim skaner działający pod susłem, ha!

Nie ma czegoś takiego, jak międzyczas.

W zasadzie dopada mnie apatia. Śmiertelnie wyprowadzająca z równowagi [czy to już oksymoron?], zamulająca wszystko, odbierająca chęć do robienia czegokolwiek – apatia. Wszystko – albo prawie wszystko – leży, zszyte dratwą prowizorki, słońce zaszło i nawet motywacja do wyplucia z siebie zaległych żali czy zdjęć rzeczywistości jakaś taka jakby asymptotycznie zmierzająca do zera. A zamiast nihilistycznego walnięcia się do wyra – multum spraw, załatwianych w tempie stokroć wolniejszym, niż normalnie. Vanitas vanitatum et omnia vanitas.

* * *

Kupiłem nowy numer FotoVideoDigital. Jak wielokrotnie pisałem, grafik ze mnie żaden, fotografik tylko ciut lepszy, niż żaden, ale poczytać lubię. Tyle, że mam wrażenie, że ta cała brać dziennikarska siedzi w kieszeni Adobe’a. Pomijam specjalistyczne magazyny typu PSD czy ComputerArts, które w swoim poczuciu elitarności pomysł pisania o GIMPie uznałyby za księżycowy, ale gazetka dla newbies z ambicjami mogłaby od czasu do czasu zamieścić jakiś minitutorial z FLOSSem w roli głównej. Póki co, wszelakie kąciki warsztatowe traktuję tamże sikiem prostym koherentnym. Bardzo ciekawy artykuł o katalogowaniu zdjęć – ku mojej radości digikam dysponuje większością opisanych tam funkcji, poza zaawansowanymi opcjami wyszukiwania w archiwach, czy logicznej koniunkcji warunków.

* * *

Nieco do przodu popchnąłem tłumaczenie GRAMPSa, wpadając wreszcie na [jakiś] pomysł, jak tłumaczyć [w miarę] sensownie na polski rzeczy typu %(person)s has died %(death_date)s in %(death_place)s at the age of %(age)d years [cytat z pamięci]. Ilość nieprzetłumaczonych MsgIDów spadła poniżej psychologicznej granicy 400, nie licząc fuzzies.

* * *

Zauważam, że tryumfalny pochód homoseksualizmu przez świat dziwnie zbiegł się w czasie z rozpanoszeniem się Web2.0. Ale DGCC i może podobieństwa stylistyczne powstają li tylko w mojej głowie.

* * *

Wybiórcza przynosi wielkie srutututu „w temacie” wolnych mediów. Głupoty gadają Kaczyński Bros. marudząc, że dziennikarze nie mogą pisać, czego chcą [no nie mogą – skacz wraże, jak pan każe, logika kapitalistyczna, ot co] – ale bzdury pisze też człowiek twierdzący, że nikt nigdy nie wpływał na dziennikarzy „GW” – osobiście znam jeden przypadek, gdzie dziennikarzowi „odradzono” zajęcie się tematem z pogranicza mafii. Nie mówiąc o tym, że media koncesjonowane z definicji nie są mediami wolnymi – można co najwyżej pouskarżać się nad rozpiżdżaniem pewnego układu. Ale to przecież oczywiste. Przynajmniej dla niektórych.

* * *

W tej samej GW – bum tarara, przełamujemy tabu. W dzisiejszym odcinku Pani Redaktor opowiada po trzydziestu latach, jak obmacywał ją dziadek. A kogo to obchodzi? Żenada do potęgi entej.

* * *

Zaszalałem, nalałem sobie Vervy. Jakoś nie widzę różnicy.

* * *

O, mam informację, że włączyli nam Internet. Wychodzi na to, że dzisiaj ja usypiam dziecko…

Ścinki

Jadąc do pracy, przypomniały mi się bez – nomen omen – związku z czymkolwiek Gorzkie gody. Swego czasu film bardzo dla mnie odkrywczy, wstrząsający i wogle [Polański jakoś podchodzi mi en masse], aktualnie nie robi już takiego wrażenia, a i oskarżenie „miłości patologicznej” [o ile – zdaje się mówić leżyser – można to nazwać miłością] traci na ostrości. Miłość umiera na wiele sposobów i nie sądzę, żeby znudzenie wynalazkami typu bdsm stanowiło główną przyczynę tragedii. Gdyby nie finał, dzisiaj podsumowałbym to raczej stwierdzeniem co się zabawili, to ich, niż metaforycznym panajachowiczowym Patrzcie, jak złe łakomstwo, kotek przebrał miarę / musiał więc nieboraczek srogą ponieść karę. Uniwersalna wymowa filmu ratuje się więc tylko w przypadku, kiedy przyjmiemy, że film nie jest w istocie oskarżeniem jakiejś tzw. patologii, a egoizmu w ogólności. Ale to chyba zbyt daleko idąca interpretacja.

* * *

Jeszcze w kwestii bdsm. Gdzieś kiedyś spotkałem się z opinią, iż tego rodzaju zabawy wbrew pozorom odbywają się głównie w głowie, stąd też do dobrej zabawy warunkiem sine qua non jest posiadanie ilorazu inteligencji pozwalającego zaakceptować umowność tego typu sytuacji. Coś w tym jest. A jako że natura nie znosi próżni, mniej zasobni intelektualnie mają swój ersatz, wyzbyty metaforycznej otoczki. Co ja tu wypisuję?…

* * *

Skoro już jesteśmy w rejonach genitalnych. Dzisiaj nie można otworzyć konserwy^Wstrony portalu, żeby nie natknąć się na film z Górniakową pozującą do Playboya. Żenujące.

* * *

GRAMPS legł. I poleży sobie jeszcze trochę, bo nie mam jakoś siły ani ochoty wziąć się za niego. Zima trwa zdecydowanie za długo.

* * *

Jutro wyjazd korporacyjny. Na narty. Nie wiem, jak to przeżyję [w sensie dosłownym], moja ostatnia przygoda z nartami w podstawówce skończyła się zwichniętą ręką. Sport to zdrowie.