QOTD.

W przypadku niezadowolenia Państwa z naszej usługi mają Państwo w umowie
gwarancję – nieodpłatnie przedłużoną umowę na okres kolejnych 3 miesięcy.

Za dodatkową opłatą nasz statkowy trubadur umili wam rejs, nie śpiewając już przeboju… tak mi się skojarzyło.

Zarządzanie, case study – rozwiązanie.

Odzew na zamieszczoną tutaj niedawno zagadkę przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Otrzymałem 143 reklamy banków, kredytów i samochodów, jedną reklamę Fiata Multipli, 219 propozycji przejęcia spadku po nigeryjskich notablach, 54 propozycje małżeństwa, 90 propozycji usprawnienia mojego małżeństwa i 3 odpowiedzi merytoryczne, z których dwie musiałem usunąć, a z których 100% okazało się całkowicie nieprawidłowe.

Po wykluczeniu wariantu nieczytania tego blogaska przez zainteresowanych pozostaje mi diagnoza, którą perfidnie postawiłem sobie w myślach w momencie zadawania tejże zagadki. Diagnoza owa brzmi bowiem: wszyscy ujadacie jak jeden mąż na literaturę motywacyjną sensu largo, a jak przychodzi co do czego, to jej nieznajomość skowyczy i w drzwi drapie.

Rozwiązanie jest banalne w swojej prostocie, ale… właśnie, może zakręceni w swoich excelach, ajaxach, agilach i licho wie, w czym jeszcze, przestaliśmy dostrzegać rzeczy najprostsze…

Nie umiesz odpowiedzieć na pytanie, ile czasu zajmie realizacja całego projektu po zmianie? Zadaj inne pytanie: ile czasu zajmą wszystkie czynności wchodzące w skład projektu? Po długim drapaniu się w potylicę zrobiłem tabelkę, trzykolumnową: nazwa czynności składowej – czas poświęcany aktualnie – planowany czas po zmianie warunków. I jakoś poszło, ośle, jakoś poszło. O ile nikt nie był w stanie podać łącznego czasu planowanej realizacji, o tyle po prostym rozbiciu na czynniki pierwsze wszystko wyszło z dokładnością nawet dużo większą od oczekiwanej.

Think outside the box, dude.

Jak schudłem 10 kg w dwa miesiące.

Abstrakt: Jest koniec stycznia. Od ponad miesiąca udaje mi się utrzymywać 10kg obywatela z wyższym wykształceniem mniej, niż pod koniec października, z Bożym Narodzeniem w tzw. międzyczasie. Detale poniżej. Wpis poniżej zawiera dużą dawkę wtrętów motywacyjnych – zostaliście ostrzeżeni. Roi się nadto od „obiegowych opinii z internetów”, nie mogę więc brać odpowiedzialności za zastosowanie tychże rad, choć u mnie one zadziałały i cieszę się w zasadzie dobrym zdrowiem. Ważne rzeczy – w moim mniemaniu – zaznaczyłem. Jako soundtrack zapuszczamy Zwierzchowską i kontynuujemy lekturę.

Prolog: końcem października przeglądałem pewne nagranie z pewnej konferencji. Zobaczyłem siebie z 20-kilogramową nadwagą i stwierdziłem, że w trybie pilnym trzeba coś z tym zrobić – tym bardziej, że ów nadmiar inaczej prezentuje się na koszykarzu, a inaczej na kimś… no, może niekoniecznie wzrostu siedzącego psa, ale plasującego się raczej w dolnej strefie stanów średnich.

Nigdy nie aplikowałem sobie diety. Żadnej. W ostatnim czasie przeczytałem parę książek o diecie Dukana, ale na przeczytaniu się skończyło – raczej na szczęście, bo znajoma lekarka widziała przypadek, gdzie osobie chorej na cukrzycę dieta Dukana mocno zdewastowała nerki.

Ważne #1: internety podają, że każda kolejna próba odchudzenia jest trudniejsza – organizm zaczyna się przyzwyczajać i lekce sobie waży przejściowe niedobory kalorii. Logiczna konkluzja: jeśli już bierzesz się za odchudzanie, od razu rób to na poważnie, każda „próba na spróbowanie” to bardziej stroma droga w przyszłości.

Jestem leniwy i [podobno] bez ambicji. Dlatego też nie wybrałem odchudzania przez sport [na który nie mam czasu], ani też specjalną dietę [po namyśle stwierdziłem, że nie chce mi się]. Przyjąłem starożytną dietę polską – PŻ. Dla świeżo odhibernowanych: PŻ oznacza po prostu „Połowę Żreć”.

Wiadomość zła: mogę obiecać tylko krew, pot i łzy. Przez ten czas chodziłem w zasadzie permanentnie głodny. Jadłem w zasadzie trzy posiłki, ale „P” z nazwy diety okazywało się naprawdę ciężkim wymaganiem. Na śniadanie: jedna kanapka zamiast dwóch – trzech. Koniec z grubszą przegryzką w porze lanczu [czyli np. McD około pierwszej plus obiad w domu wieczorem]. Dwie trzecie dotychczasowej porcji ziemniaczków na obiad, a czasem i bez zupy. Nie ma cudów, to musiało boleć. I bolało, jak nie wiem co. Ssanie w żołądku, chodzenie po ścianach i takie tam. Ułatwioną sytuację miałem z „very junk foodem” ;), ponieważ coli [nie licząc McD] i chipsów w zasadzie nie jadam w ogóle. Ale coś takiego trzeba usunąć na wstępie, mniemam.

Ważne #2 [wiadomość dobra]: jeśli na dzień dobry podzieliłem stałe porcje żywieniowe przez pół [no dobra, czasem bez jednej trzeciej], stać mnie było na dojadanie w tzw. międzyczasie. Naprawdę często zachodziłem do McD [ale uwaga: tylko W ZASTĘPSTWIE obiadu w sytuacjach podbramkowych, nigdy obok, no i tylko na średnie zestawy, nigdy powiększone. Czyż muszę mówić, że shake’ów i innych słodyczy nie tykamy?], ograniczyłem również mocno [zamiast zupełnej eliminacji] jedną małą bułeczkę francuską ok. 11:00. Kiedy naprawdę głód dopadał mnie w domu poza normalnymi posiłkami, zagryzałem plasterkiem sera albo jakimś kawałkiem wędliny albo jakimś kawałkiem wędliny, owiniętym kawałkiem sera. Potężna zaleta takiej diety w porównaniu do diet „tematycznych” to fakt, że nie trzeba sobie zawracać głowy żadnymi „balansami wartości odżywczych” ani niczym takim; zaleta to wbrew pozorom potężna, bo i tak będziesz mieć wystarczająco zajętą głowę odpieraniem mentalnych szturmów na lodówkę, żeby jeszcze zajmować się tym, czy w tej zjadanej połówce masz wystarczająco dużo błonnika… Gdybym poza walką z pokusą dojedzenia miał jeszcze zastanawiać się, co mogę zjeść, a co nie, chyba bym ześwirował do reszty.

W zasadzie moja dieta PŻ nie zawierała żadnych zmian żywieniowych poza dwiema, raczej niewielkimi i do końca nie wiem, czy koniecznymi. Po pierwsze, częściej niż zazwyczaj kupowałem chleb razowy. Po drugie, zacząłem raz dziennie pijać czerwoną herbatę. Tutaj uwaga: herbaty czerwonej nie należy pijać z cukrem ergo ani jako przepitki do słodkiego, bo internety podają, że traci wtedy swoje zalety. I podobno nie należy chyba kupować Ruibosa [or sth], bo to albo podróba, albo nieskuteczna. Aha: herbata czerwona jest O-HYD-NA, you’ve been warned.

Nie umiem stwierdzić wpływu większego relatywnie odsetka razowca w diecie i czerwonej herbaty na całość diety. Ale raczej nie zaszkodziły.

Spadek w czasie – generalnie na początku niemal błyskawicznie 5kg [zdaje się, że w pierwsze 2 tygodnie], potem nieco wolniej, potem siadło zupełnie aż do teraz. Aktualnie okopuję się na pozycji.

Ważne #3: PODSTAWOWĄ sprawą przy diecie, o której chyba nie wspomina nikt, jest… głowa. Moja głowa była JEDYNĄ zaporą chroniącą mnie przed namiętnym wyjedzeniem całej lodówki – i ta głowa też jest JEDYNĄ zaporą teraz, kiedy waga pokazuje swoje, a trzeba pamiętać o tym śmiesznym efekcie jojo. Nie idzie nawet o silną wolę – trzeba po prostu uświadomić sobie [szczególnie po tym pierwszym, najfajniejszym czasie, kiedy prawie chudniesz w oczach], że rzucenie się na jedzenie teraz jest jak odpadnięcie 200m przed metą. Albo też – tu głęboki ukłon w stronę wzgardzonych lokalnie pisarzy literatury motywacyjnej – wystarczająco dogłębnie uświadom sobie CEL. Zapisz to sobie, wytatuuj w miejscu widocznem i głoduj na zdrowie. Głoduj, licząc się z tym, że myśl o jedzeniu potrafi zdominować Twoje życie na jakiś czas. Że może ucierpieć Twoja robota [wskutek myślenia nie o tym, co trza], relacje rodzinne [niewinne „nałożyć ci jeszcze?” potrafi działać z siłą bomby wodorowej] i jeszcze pewnie kilka innych rzeczy. I bądź czujny/a PODWÓJNIE w chwilach, kiedy mózg życzliwie wyłącza Ci myślenie, żeby wrzucić coś do paszczy.

Potężnym handicapem, który miałem, ale którego nie dostąpią wszyscy, był brak większej konieczności przebudowy nawyków żywieniowych [McD nie traktuję jako nawyku, bardziej jako quasi-optymalny wybór] – amatorzy popcornu i całego tego świństwa mają w tym miejscu generalnie przegwizdane. Zupełnie prywatnie i teoretycznie uważam, że nie ma co łapać dwóch srok za ogon; wpierw zrezygnować z głupich nawyków żywieniowych, a dopiero potem brać się za odchudzanie per se. W tym miejscu lektura obowiązkowa: wspominana już tutaj kiedyś „Siła nawyku” powinna się przydać.

Ważne #4: na zejściu z wagi walka się nie kończy. Czujny jak pies podwójny należy być jeszcze długo, dopóki nie przebudujesz nawyków. Niby banał, ale jakoś pomijany chyba.

Sport. Wspominałem, że jestem leniwy i zarobiony jednocześnie? Sportu w zasadzie niestety nie uprawiam, nie licząc godziny squasha w tygodniu i prawie codziennych jakichś piętnastominutowych spacerów. Ale jakoś udało mi się schudnąć.

Ważne #5: brak aktywności fizycznej – wbrew temu, co mówi ulica – NIE przeszkodzi Ci w skutecznym odchudzaniu, nie przeszkodził przynajmniej mi. Przeszkodzi w czym innym. Jeśli wierzyć prywatnej konsultantce, w sytuacji ograniczenia puli kalorycznej organizm jako rezerwę dorywczą traktuje [tadam!] mięśnie, a dopiero w ostatecznej ostateczności – tłuszcz. Ostateczna ostateczność ma miejsce właśnie w trakcie ćwiczeń fizycznych, gdzie mięśnie udowadniają swoją rację bytu, ergo „przesuwają się w drabince dziobania kalorii” nad tłuszcz. Tak przynajmniej to zrozumiałem. Możesz więc chudnąć, nie ćwicząc, choć ekstremalne zastosowania diety PŻ doprowadzić mogą w konsekwencji do tego, że przy malejącej wadze będziesz składać się w coraz większej części z tłuszczu i kości, a w coraz mniejszej – z mięśni 🙂

W tym miejscu kończy się epos o dzielnym teoretyku odchudzania. Stoję 10kg od górnej granicy BMI – na całe szczęście już nie w obszarze „otyłość”, tylko gdzieś pośrodku [bo nawet nie z brzegu, ha!] poletka oznaczonego jako „nadwaga”. Stoję… i zbieram siły do kolejnego etapu. Teoretycznie powinno być ciutkę lżej; jeśli zabiorę się za to odpowiednio wcześnie, może wyrobię się w Wielki Post. A teraz 15 minut dla prasy. Pani w czerwonym bereciku ma zdaje się jakieś pytanie?…

Wpis dedykuję narcystycznie samemu sobie, jak wiadomo bowiem z literatury motywacyjnej publikacja swoich planów wpływa na naszą podświadomość, pomagając nam w realizacji celów 🙂

Zarządzanie, case study.

Banalne? Zobaczymy.

Prowadzisz firmę, operującą formułą koszt + marża, branża naprawdę nieistotna. Jedynym kosztem branym pod uwagę są wynagrodzenia, ergo stawki godzinowe. Masz [dużego] klienta, którego [dość złożona] obsługa w najbliższym czasie ulegnie znacznej zmianie „techniczno – operacyjnej”. Na zadane pytanie „ile będziecie potrzebować czasu na jego obsługę po zmianach?”, ludzie rozkładają ręce i nie umieją odpowiedzieć; zakres prac oczywiście znają, kompetencje mają, ale ilość zmian do przeprowadzenia w krótkim czasie uniemożliwia im odpowiedź na takie pytanie. Musisz sporządzić dla klienta wycenę prac [jak wspomniałem – w oparciu o koszty]. Branża jest raczej mocno konkurencyjna, więc formuła koszt + marża musi pozostać… ale właśnie nie znasz kosztów. Co zrobisz dla uzyskania informacji o planowanych kosztach? Rozwiązanie jutro albo kiedyś, chyba że ktoś mnie nim zabije już za moment, czego z wrodzonej skromności też nie wykluczam.

Prawo śliną lepione, notka banalna.

Lament się podnosi i panika. Że Trynkiewicza wypuszczają. I ustawy ekspresowo uchwalają, i do sądów wnioski kierują.

A przecież powinno być inaczej. Facet swoje odsiedział – i jeśli chcemy uchodzić za kraj cywilizowany, a nie trzeci świat, to należy go zamknąć w jakimś psychiatryku po stwierdzeniu choroby psychicznej XOR wypuścić. Wtedy prawdopodobnie oczywiście zabije znowu.

Ale wtedy powinno w merdiach pokazać się nie jego, ale panów posłów, którzy głosowali za zniesieniem kary śmierci [EDIT: i np. amnestią z 1989, na mocy której Trynkiewiczowi zamieniono 4xKS na 25 lat], i schlebiających im dziennikarzy. Wymienić z imienia i nazwiska, opublikować ich listę [np. ] i takie tam. Należy wtedy pokazać i pozwolić się wypowiedzieć [a najlepiej zestawić z rodzinami ofiar, ciemny lud to kupi] wszystkich tych, którzy gdakali i wciąż gdaczą o tym, że kara śmierci to powrót do barbarzyństwa. Wszystkich tych, którzy oczywiście są przeciw pedofilii, ale no kurde bez przesady, żeby kogokolwiek na gardle za to. Że to prywatna zemsta i że akt niższości moralnej. Że nie można człowieka pozbawiać możliwości resocjalizacji.

Zupełnie jakby aktem wyższości moralnej był powrót prawa stanowionego na życzenie i horyzont czasowy u pożal się Boże „prawodawców” krótszy, niż życie jętki jednodniówki.

Ścinki.

Generalnie – nie ma kiedy załadować.

* * *

Z obserwacji międzyludzkich generycznych: co do zasady, im słabsze wyniki w nauce dziecka, tym [również oczywista co do zasady] bardziej oślizgłe i lizusowsko nastawione matki. Zostaliście ostrzeżeni, jeśli to dopiero przed Wami [y.] Zachowanie w sumie zrozumiałe z punktu widzenia ewolucyjnego, ale mierzi.

Pisząc poprzedni akapit uświadomiłem sobie, że powyższa zależność może również służyć jako racjonalna podkładka do twierdzenia o „godniejszym” zachowaniu elit. Ludzie z pewnym handicapem od losu [mniejsza o to, czy zasłużonym, czy nie] w sposób naturalny z racji powyższego tworzą środowisko może nie wolne, ale z pewnością wolniejsze od zachowań z pogranicza ludzi i gnid – na co jeszcze nakłada się w wielu sytuacjach [również dyskusyjny pod względem etycznym, ale mniejsza] komfort bycia klientem [prywatne szkoły, szpitale, etc.]. Absolutnie nie twierdzę przy tym, że sfera ta wolna jest od patologicznych zachowań, ale – mówiąc w przenośni – o ile w takim towarzystwie mógłbym się spodziewać, że ktoś zechce puścić mnie w skarpetkach, to dużo mniej prawdopodobnym jest, że ktoś ukradnie mi szczoteczkę do zębów. A nie jestem pewien, co jest gorsze.

* * *

Chwilowo z braku lepszego pomysłu na kwanty wolnego czasu oglądam na raty „Grę o tron”, słucham Jonatana feat. Cleo i pozwalam sobie łoić sempiternę w WoT. Coś pominąłem? Czytanie jakoś mi ostatnio nie wchodzi, wciąż tkwię w panasołżenicynowym „Archipelagu”.

* * *

Jakiś czas temu skończył się bezsprzecznie najgorszy rok w moim dotychczasowym życiu. Teoretycznie rzecz ujmując, może być tylko lepiej. Ale może jestem niedoinformowany.

* * *

Męczę się z domowym DLNA. Winna niedogadywania się Bravii z serwerem [baczność!] Zasobów [spocznij!] okazała się być działająca dyskretnie karta bezprzewodowa tej pierwszej. Taką mam przynajmniej teorię roboczą na minidemolkę domu w celu przeprowadzenia kabla. Mam nadzieję, że okaże się prawidłowa…

* * *

Serwer Zasobów powoli zaczyna zapełniać się starannie wyselekcjonowanym ułamkiem zawartości pierdyliarda kart pamięci, dysków i poumieszczanych gdziekolwiek backupów. Jak do tej pory odnotowałem brak tylko dwóch nagrań, co biorąc pod uwagę stopień dotychczasowego rozpieprzenia Zasobów jest rzeczą zdumiewająco fantastyczną. Jeszcze fantastyczniejsze jest to, że dokopałem się do sporządzonego niegdyś planu archiwizacji systemu genealogicznego. Kto nie miał do czynienia z koniecznością zaprojektowania spójnego! systemu przechowywania danych a) na dwóch laptopach bez jednej bazy danych [chmura nie wchodzi w grę], b) w formie zdjęć oryginalnych AND przeformatowanych AND wykadrowanych [również na dwóch kompach], powiązanych pomiędzy sobą, c) z uwzględnieniem spójnego systemu notatek z prac i „todo lists”, d) łatwo i spójnie archwizowalnych, e) w sytuacji chronicznego braku czasu i często mocno improwizowanych wyjazdów, f) odpornych na backupy i upgrade’y, ten nie bardzo wie, o czym mówię. Jest to rocket science na miarę naszych możliwości i my tą rocket science otwieramy oczy niedowiarkom, o!

A jutro Słońce zrobi nam EMP! i zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń. +10 do Oczytania za bezguglowe podanie źródła btw.

* * *

A propos genealogii – rozpocząłem prace w nowej miejscówce. Paręnaście nowych osób, kilka generacji w górę i prawdopodobnie biskup w zauważalnie bliskiej rodzinie. Jest dobrze, ale nie tragicznie.

QOTE.

Cichutko, pierwszopoziomowo, w przerwie od robienia pekabu w wersji extreme.

(…) Naszym przodkom w zupełności wystarczał ogólnokatolicki kalendarz liturgiczny, ewentualnie uzupełniony o wspomnienia świętych i błogosławionych wpisanych do kalendarza lokalnego oraz rocznice konsekracji lokalnych katedr. Były w nim Suche Dni, dni postu i modlitwy w intencji powołań kapłańskich (które po oskubaniu z zalecenia poszczenia i abstynencji od pokarmów mięsnych w posoborowiu noszą nazwę „kwartalnych dni modlitw o” ducha pokuty / powołania do służby w Kościele / dzieci, młodzież i wychowawców / chrześcijańskie życie rodzin), były Dni Krzyżowe (z procesjami błagalnymi do przydrożnych krzyżów), w zasadzie całkowicie wyrugowane z posoborowej praktyki liturgicznej Kościoła, w większość piątków w kościołach odprawiano Drogi Krzyżowe, w soboty msze wotywne o NMP, w niedziele śpiewano nieszpory, a wszystkie teksty liturgiczne były zawarte w jednej księdze – w Missale Romanum. Tej samej na każdy rok – bo i po co osobny Mszał na lata A, B i C? Po co osobny Ewangeliarz i osobny Lekcjonarz? Komplet śpiewów solesmeńskich można było znaleźć w Liber Usualis, a do sakramentów, sakramentaliów i inszych nabożeństw w zupełności wystarczał wyciąg z Rituale Romanum czyli Collectio Rituum. W odróżnieniu od „agend liturgicznych”, których kolejne „coraz lepsze” wydania „poprawione i uzupełnione” trafiają do księgarń, przedsoborowy zestaw Collectio Rituum wystarczał na całe kapłańskie życie. Co prawda nie zawierał obrzędów nabożeństw z okazji Dnia Dziadka, Międzynarodowego Dnia Kobiet, Dnia Nauczyciela czy Międzynarodowego Dnia Dziecka, ale i w tamtych czasach nikt normalny nie wpadłby na to, aby kopiować obrzędowość świecką i z okazji tych lewackich „świąt” organizować jakieś specjalne nabożeństwa. Takoż w wydawanych przed soborem modlitewnikach próżno szukać obrzędów np. Nabożeństw Ekumenicznych czy Światowych Dni Młodzieży z naprędce wymęczonymi infantylnymi modlitwami i śpiewami. Młodzież doskonale radziła sobie bez „odnów”, „oaz”, „neokatechumenatów” czy infantylnych „duszpasterstw akademickich” działając w kołach sportowych, muzycznych, różańcowych, sodalicjach mariańskich czy bractwach ołtarzowych, legioniści Maryi odwiedzali samotnych chorych, czciciele Najświętszego Sakramentu pilnowali kościołów i modlili się podczas wieczsytych adoracji, a proboszczowie w ciągu roku organizowali parafialne pielgrzymki, adoracje, rekolekcje, nauki stanowe, ćwiczenia duchowne czy dni skupienia, a za matki i ojców, dzieci, dziadków, wiernych zmarłych, poległych, chorych, cierpiących, Ojczyznę, misje, nawrócenie heretyków i pogan modlono się znacznie częściej niż raz w roku. I wcale nie trzeba było klecić w tym celu „specjalnych nabożeństw”, przegadanych ad nauseam. Wystarczyła stosowna intencja i litania odmówiona przed Sanctissimum. Dzisiaj zamiast tego wszystkiego mamy tysiąc pińćset „grup dzielenia się wiarą”, od których działalności jednakowoż wiary nie przybywa. Za to grup – jak najbardziej. Niestety, taki już jest efekt posoborowej klerykalizacji laikatu i laicyzacji duchowieństwa. Dawniej ośrodkiem dla wiernych była ich parafialna świątynia, dzisiaj jest nim plaża Copacabana. Dawniej kapłan miał za zadanie uświęcać swój lud. Dzisiaj tylko „przewodniczy zgromadzeniu”. [link]