Jak Putin połknął Kaczyńskiego.

Znający mogą sobie darować derotyzację.

Chgva cbłxaął Xnpmlńfxvrtb v gra cemrfhjn fvę cb hxłnqmvr cbxnezbjlz nż qbpvren qb żbłąqxn, gnz pvrzab avp avr jvqmv, fmhxn cb xvrfmravnpu v manwqhwr mncnyavpmxę, mncnyn v ebmśjvrgyn jaęgemr żbłąqxn Chgvan, cngeml v jvqmv Ghfxn v Xbzbebjfxvrtb, clgn vpu: – jnf grż cbłxaął ? -avr zlśzl jrfmyv cemrm qhcę.

Tymczasem pod soplem…

CK Grajdoł [a może też i inne miasta, nie wiem] poradził sobie z odwilżą nader bezstresowo. Na jakichś 70% chodników właściciele porozstawiali taśmy ostrzegawcze [dawno podeptane btw.] i są kryci, może śnieg w tzw. międzyczasie ktoś ukradnie?

A obok niegdysiejszego już chyba „Różowego Słonia” stoi straż miejska, sztuk dwie, służąc do okrzykiwania się przechodniom „Pod dach, pod dach!” Jakby nie można było sprawy załatwić prozaicznym ogniem zaporowym od zewnętrznej.

Rozumiem oczywiście odpowiedzialność właścicieli za opady śniegu [z dachu na łby przechodniów]. Ba, od biedy jestem w stanie pojąć nawet nakaz odśnieżania [imo krateczki na krawędzi dachu i działające rynny załatwiłyby sprawę, no ale może się nie znam się]. Ale heroldowie miejscy?

Istnieje teoria mówiąca o tym, że budowa piramidy Cheopsa była po prostu formą terapii zajęciowej dla bezproduktywnego ludu egipskiego. No ale jakie czasy, tacy budowniczowie. Pod dach, pod dach, pod dach!…

Z porannej prasóweczki.

– Z czego składa się kot?
– Z mięsa, kłaków, smrodu i ”miau!”.

* * *

Ojciec ogląda telewizję, syn pyta:
– Tato, to prawda, że byle kucharka może rządzić państwem?
– Państwem to nie wiem, ale Warszawą…

* * *

Rozmawiają dwie psiapsiuły:
– … i potem on tak po prostu podarował ci Mercedesa?
– No przecież z palca nie wyssałam tej historii!

Żaba.

Twain powiedział ponoć [przywołując Tracy’ego], że jeśli człowiek raniutko zje żabę, wtedy do końca dnia nie spotka go już nic gorszego. To wg Tracy’ego prowadzi nas do słusznego wniosku, że ze swoimi „żabami”, czyli sprawami generalnie obrzydliwymi, oślizłymi i odpychającymi, co do zasady należy sobie radzić [hm… uporywać się?] jak najszybciej. ŻabyŻeby nie wisiało na intelekcie.

Konstatacja niegłupia, o ile żaba jest jedna. A co mam robić, kochany pamiętniczku, jeśli lekko licząc połowa tygodnia ma mi minąć na konsumpcji tych żab? A druga połowa na czekaniu na świeżą dostawę?

Dawno nie robiłem sobie wolnego. Po przemysłowym uboju płazów parę miesięcy w jakimś spokojnym kurorcie w Ameryce Łacińskiej będzie jak znalazł.

QOTE.

Czasami jednak można mnie dodatkowo zmotywować do notki. Nie każdemu się to udaje, ale czarnobiauej – tym razem i owszem. Nie żeby Deus ex machina, ale chęć zacytowania pozostawała do przedmomentu na „greyliście”.

Zagapiona o mało nie wpadła pod przedzierający się przez ciżbę ogromny furgon. Filozof chwycił ją za ramię.
– Czy wiesz, że na każde sto śmiertelnych wypadków spowodowanych przez ciężkie wozy kupców aż czterdzieści jest z winy pijanych w sztok woźniców?
– Nie. – Robiąc minę dziewicy, strząsnęła jego rękę z ramienia.
– No widzisz. Co należałoby więc zrobić, mając ograniczone środki?
– Hm, wyłapać wszystkich pijanych woźniców i wsadzić do więzienia.
Odwzajemnił się miną nauczyciela przemawiającego do mało pojętnego ucznia.
– Głupio myślisz. Ja bym wyłapał trzeźwych. Toż oni powodują aż sześćdziesiąt wypadków na sto!
Kai ryknęła śmiechem. Filozof jako towarzysz podróży zdecydowanie nie był złym pomysłem.
– Sprawa jest bardzo prosta. Co należałoby zrobić, żeby ludzie w ogóle nie ginęli pod kołami wozów?
– Zlikwidować wszystkie wozy.
– Genialne! – Śmiał się szczerze. – A z czego wtedy będą żyli ludze?
– Umrą z głodu.
– Jesteś fantastyczna. Oczywiście, że tak. Co więc zrobić w kwestii wypadków?
– Najlepiej nic.
– Jesteś naprawdę świetna! – Wbrew własnym słowom jednak się zasępił. – Tylko tej prawdy głupi władcy nie zrozumieją przez tysiąclecia. [Andrzej Ziemiański, „Pomnik cesarzowej Achai”, t. I]

Profesjonalizm KIR.

Odebrałem certyfikat kwalifikowany. W pakiecie – m.in. oczywiście koperta z PIN/PUK. Koperta taka, jak bankowe PINy. Z jedną drobną różnicą…

Odrywamy perforację z jednej strony, odrywamy z drugiej strony. Otwieramy kopertę, po obu stronach czarne wzorki maskujące, standard. Wyjmujemy umieszczoną w środku karteczkę z kodami. Karteczkę oczywiście zjadamy, przy pomocy dołączonego haczyka wyjmujemy z żołądka i dla bezpieczeństwa zjadamy ponownie. A kopertę z czarnymi wzorkami maskującymi sruuu do kosza…

Cóż, widać Krajowa Izba Rozliczeniowa S.A. czeka najwyraźniej jeszcze na swojego Mitnicka. Koperta maskująca wygląda niby zwyczajnie. Z tą różnicą, że w małym kwadracie nadrukowana jest kalka, która pisze na „kartce docelowej”. Owa kalka jest świetnej jakości, bo PIN, PUK i numer certyfikatu widać doprawdy znakomicie. A może to backup karty PINu, a ja się najzwyczajniej nie znam?…

A może zacytują mnie na Niebezpieczniku? 🙂

Hobbit.

Film bezdyskusyjnie jest świetny, niemalże idealny.

Wieeeelkim fanem Tolkiena bynajmniej nie jestem [wielkim i owszem], bo choć zarówno „Hobbita”, jak i „Władcę” przeczytałem [daaawno] kilka razy, to z drugiej strony nieogarnięty „Silmarillion” kurzy się w biblioteczce od bodaj dziesięciu lat. Ale proza mi się podoba i uważam, że ekranizacje Jacksona to najlepsze, co mogło się jej przydarzyć [czy jeśli Tokienowi życzyłbym Szczerbica, a Sapkowskiemu Jacksona, byłabyż to „mowa nienawiści”?…]. Wczoraj z racji napiętego harmonogramu życia w Układzie nie szukałem pokazów 6D czy extended UltraMegaHFR, a korzystając z jednego z nielicznych okienek czasowych poszliśmy na seans zwyczajny.

Być może kilkukrotne przeczytanie to za mało, ale nie mogłem się doszukać jakichś fabularnych dłużyzn, na które marudzi Sieć, prawie wszystko zostało zrealizowane jak należy. Włamyhobbit był, ejdżent Smi… cojogodom: Elrond był, wargowie byli, wszystko było. „Prawie wszystko” zostało zrealizowane jak należy, bo kiepsko zrealizowana scena z trollami była [gdzież owo gandalfowo grzmiące „Świta dzień, co was w kamień obróci!”?], za dużo motywu pomsty na Thorinie przez tego wielkiego orka było, no i zdecydowanie za dużo hippie Ranigasta… cojogodom, Radegasta. Ale – poza tym ostatnim – fabuła jest w zasadzie ciągniona jak należy, w zasadzie zgodnie z oryginałem, nie ogarniam więc utyskiwania na dłużyzny chociażby kolegi zza miedzy. A, no i na takim poziomie kina Jackson z czystym sumieniem mógł sobie darować nawiązania do „Władcy”, będące li tylko i wyłącznie puszczaniem oka do każuali.

Dla marud, utyskujących na umowność zacnych skądinąd scen przemocy mam fatalną wiadomość: jest dużo gorzej, niż się z pozoru wydaje, nie idzie tylko o akcję, w ogóle wszystkie te hobbity, gandalfy, elrondy i krasnoludy to jedna wielka ściema! Poważnie mówiąc, w tych scenach łapanie się za koniuszki palców nad przepaścią czy niemożliwe układy szermiercze siakoś mnie nie bulwersowały. Ale sceny, gdzie nieszczególnie imponujące posturą krasnoludy wespół z Gandalfem zgarniają półtora raza większe od siebie orki z jęzora skalnego przy pomocy jakiegoś drąga, mogły faktycznie była zostać lepiej zrobione. DGCC.

Ale to szczegóły. Film jest kapitalny i obejrzeć należy go bezwarunkowo, robiąc wyjątek od reguły, w myśl której w kinie w miarę możliwości kulturalni ludzie siadają jak najdalej. O ile tylko dopisuje wzrok, na filmach Jacksona siadać należy w jednym z pierwszych rzędów. Wówczas co prawda oczy wychodzą za uszy, jak nie przymierzając Tytusowi na „Strzałach znikąd”, trzeba się do tego przyzwyczaić, no i jeśli jest się skazanym na napisy, oznacza to pewien dodatkowy dyskomfort, ale za to wrażenie tkwienia w środku akcji jest niezaprzeczalne i nieporównywalne z niczym. Prędziutko do kina proszsz.