QOTD.

Z raportu Checkpoint Systems wynika, że na całym świecie pracownicy są odpowiedzialni za 35 procent strat, a to wyjątkowo groźne zjawisko. Z wyliczeń widać bowiem wyraźnie, że wartość towaru zabranego przez pracowników jest prawie 15 razy większa, niż wtedy gdy kradną klienci.

Klienci sieci handlowych w Polsce należą do najuczciwszych w całej Europie, odpowiadają bowiem tylko za 42,6 procent strat sieci handlowych. To trzeci wynik na kontynencie, uczciwsi są tylko Słowacy i Rosjanie. Ale nasi pracownicy sieci handlowych należą do najbardziej nielojalnych na kontynencie.[źródło]

Parę zdań komentarza:

  1. „Wybiórcza” i spółka muszą postarać się bardziej, uporczywe gnojenie Narodu wychodzi im jak widać średnio [a nawet słabo, wziąwszy pod uwagę fakt, że chyba nigdzie na świecie z własnych obywateli nie próbuje się robić szmaciarzy w takim stopniu, jak u nas]…
  2. … w przeciwieństwie do antagonizowania pracowników i pracodawców. Cóż, państwo socjalne i stawianie podsiębiorcy i pomiotów gospodarczych w roli wrogów publicznych najwyraźniej wydaje plony [„grab nagrabliennoje” jak widać wiecznie żywe].
  3. Cesarscy kręcili się niegdyś dokoła systemu zapobiegania kradzieżom sklepowym, eliminującym konieczność ochrony [jakaś heurystyka, oparta o analizę obrazów z kamer, nie wiem dokładnie]. Po jakimś czasie dali sobie spokój, bo lobbies ochroniarskie u każdego klienta były tak aktywne, a konieczność przeskoku myślowego u kierownictwa taka ogromna, że sprzedaż – mimo skuteczności wdrożeń przeprowadzonych na przekór czasom i ludziom wbrew – była mizerna. Może po kilku takich artykułach za parę lat ochroniarzy będziemy oglądać tylko w prywatnych rezydencjach? Kto wie, kto wie… anyway znów okazałem się dobrze poinformowany parę lat wcześniej od ogółu statystycznych. Świeże informacje z pierwszej ręki i teorie spiskowe, które mainstream uzna za prawdy objawione w następnej dekadzie – tylko na torero.jogger.pl!

Country programming aka „z pamiętnika człowieka renesansu”.

CDN Optima, dzieło znanej zapewne skądinąd firmy Comarch, posiada opcję importu zapisów zewnętrznego rejestru VAT. I to jest dobre. Ów rejestr VAT ma być zapisany w pliku XML. I to jest dobre. Do owego XMLa Comarch udostępnia specyfikację. I to jest dobre. Do owego XMLa powinien przyjść jakiś DTD albo XML Schema. Nie przychodzi. I to jest, o braciaszkowie moi, niedobre. To jest xhejn naprawdę niedobre. Szczególnie, gdy wespół z brakiem owego XML schema przychodzi dokumentacyjny PDF, którego aktualność oficjalnej wersji najładniej możnaby określić mianem „lekko prześmierdnięty”.

Byłbym w stanie to zrozumieć, gdyby zaprzestali podawania sprawdzajki ostatnio – koniec końców forsują swoje fakturowanie online i w sumie taki import jest wewnętrzną konkurencją. OK. Ale odkąd sięgam pamięcią, sprawdzajki nie było od początku implementacji XML, czyli od jakichś lekko licząc parunastu lat, czyli od czasów, gdy łącza był w stanie zapchać parudziesięciokilowy jotpeg. I sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, jak mawiał król Dezmod, gdy przyłapali go na oszukiwaniu w karty… Jakiś nieprędki w rozumie Prodżekt Menadżer usłyszał o tym, że XML jest modny i nowoczesny, więc dawaj robimy eksport XMLowy, a potem się pomyśli, jak właściwie można go sensownie wykorzystać? Po prostu korpo, jak widzą to cesarscy szpiedzy? Pokłosie rządów PO, które wygoniły co bardziej zdeterminowanych a łebskich devów pod skrzydła Królowej?…

Powyższe pytania nie byłyby może takie istotne, gdybym całego dnia – poza trollowaniem oczywista – nie spędził, próbując znaleźć błąd importu, który ni stąd, ni zowąd przestał nagle banglać, a miał banglać na przysłowiowe przedwczoraj. W zasadzie powinienem zrzucić to na outsourcera, ale outosurcer poszedł w zaparte i podczas ostatniej, dziesięciomiesięcznej [sic!] wytężonej pracy nad importem nie uznał nawet za stosowne zainstalować sobie wersji demo, obarczając Waszego uniżonego narratora [czyli w pewnym – acz niestety niedostatecznym – stopniu swojego klienta] radosnym brzemieniem odsyłania co jakiś czas doń informacji „nie, xhejn, w dalszym ciągu się nie wczytuje”. Nie podejrzewam go więc o nagły przypływ empatii – takowa, jeśliby nadeszła, zjawiłaby się łagodnym przyborem, poziom zagrażający dotychczasowej stabilizacji projektu osiągając prawdopodobnie w okolicach przyszłej Wielkiej Nocy.

Wamać, no.

Pozytywny skutek uboczny: kodząc naprawdę w porywach raz na pół roku, przed chwilą odkryłem właśnie XPath. Ale czad!

Z zamyśleń porannych.

Swego czasu, gdy byłem młody i piękny, popularne w internecie [a nawet w Globalnej Sieci, jak to się naonczas mówiło] było powiedzonko: „In a world without fences we don’t need gates”.

Wziąwszy pod uwagę ostatnie przejawy „chwały świata”, można uzupełnić tę myśl:

„In a world of recapitalisation, we don’t need jobs”.

Bajzel na kartkach, bajzel na umyśle.

Nie jestem typem fanatyka porządku, przyznaję, raczej wprost przeciwnie. Ale krew mnie zalewa, gdy widzę odchodzenie od zeszytów. Zaczęło się to chyba na fali jakiegoś chorego umysłu, któremu zeszyty kojarzyły się ze szkolnym drylem, a jako takie stanowiły definicyjny przykład wroga nauki lekkiej, łatwej i przyjemnej. Efekt? Dla dzieci żałosny. Zamiast wszędzie prowadzić zeszyty, co nie tylko systematyzuje tok lekcji, ale i uczy pewnego rodzaju porządku [hahahaha!…], przynosi teraz ze szkoły tony kserówek, walających się po domu w miejscach losowych, zajmujących o wiele więcej miejsca i z utrzymaniem dyscypliny myślowej nie mających nic a nic wspólnego.

Ma to również swoje strony praktyczne. Szybka piłka – z czego łatwiej powtarzać lekcje językowe – z prowadzonego porządnie zeszytu, gdzie przerabiany materiał ma swoje odbicie w zapisie zeszytowym na dwóch w miarę sensownie zapisanych stronach, czy z pięćdziesięciu kartek A4 [zeszyt jest o połowę mniejszy], gdzie na każdej kartce są maks. 3-4 słówka w miejscach dowolnych, a same kartki walają się po całym domu? Chore nawyki są tak zakorzenione, że pomimo [pozornego] wyegzekwowania u nauczycielki gonienia Forka do prowadzenia zapisów w zeszycie i tak widzę tam wciąż jakieś chmurki, strzałki i inne pierdółki. Nie znajduję sensownego uzasadnienia, powiadam, do prowadzenia notatek innych, niż w zwartej, sensownej, uporządkowanej formie.

Zresztą to samo – z sukcesem – zmieniłem u siebie na biurku. Dawniej – góra kartek [wykorzystanych notabene w bardzo małym stopniu, co na to ekonazi?…] i każdorazowe odgrywanie Indy’ego Jonesa przy próbie dokopania się do czegokolwiek. A teraz – zabazgrany moimi kulfonami zeszyt, notatki z każdego spotkania pooddzielane poziomą kreską, żyć nie umierać.

A może o to chodzi? Może bajzel i ogólne „nieskrępowanie”, wsparte burdelem stricte edukacyjnym [kultura testów, nauka bezstresowa i takie tam] mają przekładać się na chaos myślowy, niezbędny dla wsobnego chowu ciemnej masy elektoralnej? Twardych dowodów oczywiście brak, ale wcale bym się nie zdziwił, jakby gdyby.

Naprawdę żywię empatię względem biurkowego bajzlu, sam takowy posiadam. Ale kultu karteczek i śmierci zeszytów nie zrozumiem za cholerę.

QOTE.

Czescy socjaldemokraci zarzucają premierowi Petrowi Neczasowi działanie na szkodę strefy euro i państwa. Czeska Partia Socjaldemokratyczna jest wraz z komunistami w opozycji. Premier opowiedział się za przeprowadzeniem referendum w sprawie przyjęcia euro. Nie dodał jednak, że czeska konstytucja nie przewiduje instrumentu referendum. Może być ono rozpisane jedynie przez uchwalenie specjalnej uchwały przez parlament, a to zależy od trudnego do osiągnięcia kompromisu polityków. Oświadczenie premiera opozycyjni socjaldemokraci uznali za działanie na szkodę kraju, eurolandu i Unii Europejskiej. Zamiast nieodpowiedzialnych słów o referendum w sprawie przyjęcia euro premier powinien powiedzieć, że Czechy będą gotowe to uczynić w najbliższym możliwym terminie – stwierdzili socjaldemokraci w specjalnym oświadczeniu. Jednocześnie sami uznali, że Czechy będą mogły przyjąć euro najwcześniej 1 stycznia 2015 roku. Do tego czasu – ich zdaniem – powinny zostać rozwiązane problemy strefy euro. [źródło]

Uch, ależ to zabrzmiało. Ale mogą mieć rację, do kroćset, szczególnie w ostatnim zdaniu. Jak wiadomo bowiem, winni całego kryzysu już zostali namierzeni. Są to, excuse le mot, pierdzący w towarzystwie traderzy i agencje ratingowe. Z traderami nie powinno być większego zachodu, a agencjom zabroni się publikacji ratingów i po problemie [pewien kłopocik może stanowić transgraniczny internet, ale jest to drobiażdżek z uwagi na fakt, że niektórzy tutaj przekonująco już nam wyjaśnili, że cenzura internetu jest z definicji niemożliwa]. Prawda, że proste? KISS! Wszystkie nagrody Nobla z ekonomii – do zwrotu i z przeznaczeniem na głodujących bankierów i niedożywionych obrońców uciśnionych, ale już!

A w ramach planu B, gdyby to jednak nie wypaliło, w zastępstwie mamy pogromy. Paragwajsko brzmiące nazwiska paru bankowych VIPów na początek będą jak znalazł.