Zapomniany cytat na koniec roku.

Wrogowie zawsze mają łupież. A także mętne, bezczelne oczy, krótkie nogi, tępe gęby, usta jaskiniowców. W młodości ukradli futro. Ślinią się i żrą pestki. Są parszywi, obłąkani i bydlęcy. Ich przywódcy wyszli żywcem z podręcznika medycyny sądowej. Szczytem podłości jest to, że chcieliby zabić nas. Szczytem moralności ? że my chcielibyśmy zabić ich.

Anna Bojarska, „Kronika przegranej sprawy” o „Przeklętych dniach” Iwana Bunina OIDP, GW 7, 16/05/1989; przeklejam, żeby więcej nie uciekł. Nie tylko urzeka pięknem retorerorycznym, ale – poza wrogami oczywistymi – może odnosić się również do rzeczy tak przyziemnych, jak postrzeganie rzeczy poza własnym bąbelkiem informacyjnym. Na Nowy Rok zrozumienia głębi życzę.

Jak nie rozpętałem trzeciej wojny światowej.

Email od klienta. Nie dla moich oczu raczej, przypadkiem dostałem. Po francusku, że… no właśnie, co? Żeby koledzy przełożyli mu mój email z angielskiego na francuski. Że jakieś societe polonaise elle NOUS apoartient

No kurna. Szybki research po znajomych, bo komórkowy translator google przełożył z grubsza, że społeczeństwo polskie należy do Amerykanów. Albo coś w ten deseń. Jedna półkula analizuje książkę adresową w poszukiwaniu filologa francuskiego, druga układa kulturalną ripostę, w której z dziwnym uporem pojawiają się białe niedźwiedzie, cała kupa białych niedźwiedzi, i znana wszystkim z dokonań TPB formułka grzecznościowa please go sodomize yourself with the retractable baton. Płynie korweta Gawron, nieistniejące jeszcze instalacje Redzikowa obracają się o 180 stopni, a ja liżę rany po proformie, której teraz już kurna na pewno nie zapłacą; szkoda, naprawdę fajny deal się szykował…

Odzywa się M., do której francuszczyzny zaufanie raczej mam. Nie rozumie mojego zbulwersowania – i po prawdzie maila też nie za bardzo – bo nigdzie nie ma wzmianki o Amerykanach; całe zdanie wydaje się jej być wydarte z kontekstu. WTF, ja się pytam się.

Powrót do google translate. NOUS tłumaczy się na polski jako „Stany Zjednoczone”, na rosyjski jako США, na hiszpański jako EE.UU [dyfuzja tłumaczenia? No mam nadzieję…], ale na angielski i niemiecki – już normalnie, co po dwóch niegdysiejszych lekcjach wiem nawet ja [„my”]. M. twierdzi, że NOUS znaczy tylko i wyłącznie „my”. Demokratycznie uznaję, że nic nie było, gramy dalej [GT umożliwia wszak dodawanie własnych tłumaczeń]. Może jednak zapłacą mi tę proformę…

A może to przeszło na zasadzie: NOUS -> us [en.] -> USA?

Wszyscy kłamią, jest to jednak całkowicie bez znaczenia, ponieważ i tak nikt nikomu nie wierzy. Biorąc pod uwagę bliskość rabanu do wyrządzenia, abonament robienia [chyba] niezasłużonych afer wyrobiłem na najmniej kwartał. Błagam, nie mówcie mi, że jednak mam powody do robienia dymu, bo ja mam do wykarmienia rodzinę…

Wszędzie ci populiści.

Wygląda na to, że co najmniej poniedziałek w tym tygodniu będzie dniem włoskim w mediach [ściąga]aż dziw bierze, że mainstream w kraju tak nieogarnialnym* nie wpadł na pomysł delikatnego rozmasowania wyników głosowania.

Odnoszę subiektywne wrażenie, że po nieudanych testach faszyzmu i ksenofobii jako obelg dla głosujących nie tak, jak należy, aktualnie testowany jest populizm [boć przecie i Austria wczoraj się wypowiedziała…] Przydałby się tylko jakiś przymiotnik. Bo szczucie jednych na drugich i obiecywanie rozkoszy za cudze pieniądze istotą starego dobrego populizmu najwyraźniej już nie jest – jest nią po prostu upomnienie się o swoje. Człowiek się gubi, traci kompas polityczny i znowu trzeba kupować Szechtera, żeby się w tym wszystkim orientować.

* Co do nieogarnialności – wyobrażacie sobie połowę sklepów z pamiątkami na Floriańskiej w Krakowie [na Długim Targu, na warszawskiej Starówce – niepotrzebne skreślić], zamkniętych na głucho w sierpniu „z powodu wyjazdu na urlop”? Też sobie nie wyobrażałem. A potem pojechałem w sierpniu zobaczyć Florencję, Wenecję i parę ichniejszych miast.

Z drugiej strony cesarzowi, co cesarskie – paręnaście lat temu robiłem wdrożenie w pewnej polskiej firmie prowadzonej przez Włocha i widziałem, że po nieodebraniu telefonu do biura po drugim dzwonku szef otwierał tam siódmy krąg piekła. Ale za to dziś nawet jeśli nie rozdają kart, to co najmniej biegają po talie do kiosku.

Zbezczelnik, rehabilitacja.

Żeby nie było, że wzmiankowanego kochamy tylko za jego zboczone limeryki, których – nie oszukujmy się, dorośli jesteśmy – jest tam większość. Kochamy go również za takie perełki, jak poniższa, sprzedchwilowa [choć rym wróbel – rubel sugeruje, że zabór rosyjski zahaczał również o Częstochowę; i – nie, nie ułożyłbym lepszego]:

Chagall

Ja do ciebie mam interes taki, Chaskiel.
My rozmówmy się przez chwilę jak sąsiedzi.
Chodzi o to, że niedługo mamy Paschę,
a ja nawet nie mam za co kupić śledzi.

Twój najstarszy dzisiaj miał w zeszycie kleksy
i na przerwie przemalował je na wróbla.
Ja rysunku dam za darmo osiem lekcji,
a ty śledzi mi odłożysz za pół rubla.

Jego może oczekiwać świat kariery!
On mnie kiedyś namalował ładny szlaczek.
Ty mnie śledzi podarujesz funty cztery,
a ja jemu osiem lekcji, nie inaczej.

A na koniec jeszcze radę doskonałą
dam bezpłatnie, bo mnie w sumie ganz egal.
Niech on zmieni to nazwisko, bo Szagałow
się nie sprzeda nigdy tak, jak Marc Chagall.