Świadectwo Aliny Milan.

Tu, o. Ale tym razem nie napiszę nic o aspektach religijnych sprawy [i tak zapewne zrobią to za mnie inni, bezsprzecznie mądrzejsi, bardziej poinformowani i w ogóle bardziej], uwagę PT Lurkerów chciałbym zwrócić na inny wyimek:

Żeby otrzymać izraelskie obywatelstwo, należy wypełnić odpowiednią ankietę. W jednej z rubryk należy wpisać deklarowane wyznanie. Według prawa obowiązującego w Izraelu obywatelem tego kraju może zostać tylko ten, kto zadeklaruje się jako wyznawca judaizmu lub jako ateista. Wpisanie do rubryki słowa „chrześcijanin” automatycznie zamyka drogę do izraelskiego obywatelstwa.

A u nas, drogie dzieci, wiodące merdia wmówią Wam, że Polska jest krajem wyznaniowym, że panuje tu terror religijny, a sprawy państwowe są nierozerwalnie związane ze sprawami świeckimi religijnymi. I że warunkiem koniecznym do zaistnienia na arenie międzynarodowej jest rezygnacja z owego religijnego zacofania właśnie.

Z wrodzonego lenistwa [czy wiesz, drogi Lurkerze, że niniejszy blogasek całkiem przypadkiem wypozycjonował się kiedyś niechcący w guglu na pierwszym miejscu na frazę „lenistwo wrodzone”?] nie sprawdzam dalej prawdziwości owej informacji, ale spokojny jestem, gdyż nie wątpię, że licznie zgromadzeni tutaj antyfani „Bibuły” wyłapią każdą nieścisłość i zechcą podzielić się nią w komentarzach.

Wieści z CK Grajdołka.

Wczoraj budynek Hotelu Cracovia został wpisany do gminnej ewidencji zabytków, a dzisiaj stosowny wpis ma znaleźć się także w wojewódzkiej ewidencji (…) Wojewódzki konserwator zabytków informuje ponadto, że nie wyrazi zgody na całkowitą rozbiórkę budynku Cracovii. (…) Przypomnijmy: firma Orbis sprzedała hotel Cracovia spółce Echo Investment z Kielc. Według informacji ze spółki hotel miałby funkcjonował do końca czerwca. Potem były plany na wyburzenie budynku. [Źródło]

„Tutaj chodzi się z księżycem w butonierce…”

Ścinki.

Huh! Ależ dawno nie było miszmaszu!

* * *

Potrzebuję urlopu. Zdecydowanie. W zeszłym tygodniu wrócił mi ból w kolanie [o którym pisałem już zresztą przy zupełnie innej okazji]. W tygodniu oczywiście nie ma czasu, więc trzeba się sobą zająć w weekend. W weekend podwinąłem nogawkę, przesmarowałem kolano spirytusem salicylowym, a przesmarowane zacząłem smarować maścią żywokostową. Na smarowaniu zeszło mi piętnaście minut, po upływie których zdałem sobie sprawę, że dopieszczam sobie niewłaściwą nogę. Czy pisałem już, że potrzebuję urlopu?

* * *

Obejrzane „V bawół Vendetta” „V jak Vendetta”. I tak sobie powoli dopiero teraz zdaję sprawę – shame on me – że w dorobku sf-f jest od metra i ciut ciut dzieł poświęconych zniewoleniu społeczeństwa. Wymieniał nie będę, bo sam się zbłaźnię. I tylko wrzucę niusa, że wedle wujka imdb w tym roku szykowana jest ekranizacja Huxleya z Leo di Caprio w roli głównej. Whoah!

Co do meritum: statystycznie wśród tylu filmów niemożliwym było, żeby jakiś pacan nie uznał za główną przyczynę totalitaryzmu religijności i obawy przed „mniejszościami”. Ale wbrew pozorom oglądało nam się to niezgorzej… szczególnie, że obrazek pokazywał „totalitaryzm w dobrobycie”, czyli to, co przeraża mnie najbardziej u Huxleya, a czego statystyczny za chińskiego boga nie jest w stanie ogarnąć.

* * *

Skoro już mowa… obejrzałem „Incepcję”. Niby nic, a polubiłem po niej Leo. Lekki, łatwy i przyjemny [film, nie Leo], choć spójność fabuły trzeszczy.

* * *

Obejrzane: druga i trzecia część „Efektu motyla”. O pierwszej zdarzyło mi się wypowiedzieć ciepło, o tych… jestem zszokowany, jak można nakręcić DWA filmy bez literalnie ŻADNEGO świeżego pomysłu? Zgiń, przepadnij…

* * *

Przeczytane przed chwilą: „Kolory sztandarów”. Tak, wiem, co o mnie sobie teraz myślicie… Rzecz rewelacyjna i choć porównań ciśnie się co niemiara, porównań nie będzie, bo każde okaże się krzywdzące. Perfekcyjnie pokazana alienacja, perfekcyjna daremność, perfekcyjne… wszystko perfekcyjne. I kuźwa dalej aktualna… Gdy już będę obrzydliwie bogaty, zlecę ekranizację Kołodziejczaka, a żołnierze Dominium będą u mnie nosili pomarańczowo – niebieskie mundury. Galopem do księgarni, książkę wydała chyba niedawno [nie będę wstawał z fotela, bo mnie kolano boli] Fabryka Słów.

* * *

Coś obrodziło w tych ścinkach kontrrewolucyjnymi recenzjami. Nic to, od jutra wracam do literatury fachowej.

* * *

Obejrzane „oceany”. Wszystkie trzy. Ogląda się bardzo przyjemnie, choć ostatni jakby trochę gorzej. Ale nieznacznie gorzej.

* * *

Dopadł mnie książkowstręt, masakra. Nawet pomiędzy wcześniejszymi akapitami tylko jedna recenzja pisanego. Nie pamiętam, żebym tak długo męczył kiedykolwiek cokolwiek. Starzeję się?…

* * *</p

UPDATE: a nie, przeczytałem jeszcze „Wampir z M3” Pilipiuka. I chyba znielubiam tego Pana i ten typ humoru. W Wolnej Chwili [TM] muszę podczytać jeszcze „Kuzynki” i któregoś wędrowycza, żeby sprawdzić, czy tamte nadal mnie kręcą. Albo – czego też nie wykluczam – „Wampir” kwalifikuje się do literatury młodzieżowej. Mniejsza, i tak nie ogarniam.

Wraca stare.

Niedawno głośno było [ale nieszczególnie, bez przesady z tymi wolnymi mediami] o sprawie Pawła Mitera – człowieka, który podając się za znajomego Prezydenta [aktualnego] dostał kontrakt w niezależnej TVP [o całej sprawie można przeczytać chociażby tu].

A w środę Mitera pobili. I jak sam twierdzi, „Zostałem poobijany, wybito mi przedni ząb i przekazano ostrzeżenie, żebym uważał z kim rozmawiam i nie kontaktował się już z prasą”.

Wraca era „nieznanych sprawców”?…

UPDATE: tutaj macie nieco obszerniejszą wersję Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, do którego należy Miter.

Burdel, jakiego jeszcze nie było.

Słyszeliście o ostatniej aferze dokoła mandatów za niezłożenie w terminie sprawozdań o odpadach? Termin minął 15 marca [pełowską nowelizacją z AD2010 dowcipnie przełożony bez rozgłosu z 31. marca], opóźnienie sankcjonowane jest karą 10 tys. zł. Ministerstwo Środowiska przyznaje, że kara jest chyba jednak zbyt wysoka. No kurde, ludzcy panowie, jak TVN kocham.

Cesarscy szpiedzy próbowali ustalić, KTO [poza oczywiście zakładami stricte produkcyjnymi i np. dentystami, z których pewnie jakaś połowa oczywiście o tym do niedawna nie wiedziała] ma obowiązek składania takich sprawozdań. Głównie poszło o to, czy klasyczne biuro, produkujące głównie papiery, również ma taki obowiązek. Nie da się. Ministerstwo Środowiska nie wie. Odsyła do Urzędu Marszałkowskiego, gdyż to tamci tym się zajmują. Urząd Marszałkowski w zasadzie chyba prawdopodobnie być może hipotetycznie wydaje opinię zdecydowanie niewiążącą, stanowiącą, że nie dysponuje wiedzą w tej kwestii. Cesarscy wywiedzieli się od żebraków i dziadów proszalnych przy Grodzkiej, że na mieście przebywa jedna urzędniczka. Zna się, ale wiedza ta jest śmiertelnie niebezpieczna i każdy jej posiadacz musi umrzeć, zatem nie można się nawet do niej dodzwonić, gdyż żaden dziad proszalny nie zna nawet jej numeru telefonu.

Może powtórzę, bo meritum przykryła znów moja nieposkromiona zabawa słowami: nikt ze znanych mi osób nie potrafi określić zakresu podmiotowego obowiązującego prawa. Czy zwykłe biuro powinno sporządzać raport za 10k pln, czy nie. Poza MONem zresztą [jak widać po działaniach p. Klicha, stworzonym wyłącznie do papierkowej roboty] żadne inne ministerstwo również nie dopełniło obowiązku i wszystkie grzecznie zapłacą.

Z naszych podatków, no ale nie przypierdzielajmy się już do szczegółów, bo to doprawdy nieeleganckie.

QOTE.

Ponoć każdy kto pojawia się w afryce od razu “chce pomagać” tym “biednym murzynom”. Tak mówił Polak, którego poznałem w Lusace. Mieszkał on w Zambii ładnych kilka lat, był przedsiębiorcą dość dużego kalibru. Posiadał małą kopalnię i handlował kruszywami. Angażował się także w wiele akcji. Pomagać trzeba ludziom potrzebującym. Afryka nie jest potrzebująca! Afryka jest tylko inna.

Kiedy europejczyk widzi biednego murzyna, ma ochotę wybudować mu przykładowo dom. Właściciel kopalni zaangażował się właśnie kilka lat temu w budowę osiedla mieszkalnego z pieniędzy europejskich. Kiedy powstały ładne domki, a lokatorzy się wprowadzili działy się dziwne rzeczy. W ciągu kilku dni z domów zniknęły drzwi. Po kilku tygodniach okna. W sumie po co komu w afryce okna i drzwi? To samo stało się z dachówkami, które zostały sprzedane, a na ich miejsce pojawiła się strzecha, a z małego trawnika przy każdym domu zrobiono miniaturową plantację kukurydzy. W ciągu kilku lat osiedle niewiele się różniło od tego, w czym obdarowani ludzie mieszkali wcześniej. To samo spotkało kopalnię mojego rozmówcy, gdzie kadra managerska kierowała się podobną logiką. [Źródło, ortografia oryginalna]

Tekst bombowy, blogasek dopiero ze dwa tygodnie temu [shame on me!] dodany do ulubionych. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, a lewica przede wszystkim – pieniędzmi tego iirc dwudziestosiedmioletniego milionera dałoby się przecież zrealizować mnóstwo nośnych haseł sprawiedliwości społecznej.