Mmmm… pycha!

Tytułem wstępu:

„Słuchajcie, ja nie jestem żadnym gitarowym guru, ja po prostu sobie gram” [Joe Satriani, cytowany z pamięci z któregośtam wydania śp. „Non Stopu”]

Jeden z ostatnich wpisów pewnego Człowieka-Metkownicy aka Labelmana* [wiem, że to nie to samo, cicho tam!], skatalizowany innym wpisem, skatalizował z kolei u mnie zawieszoną z braku czasu chęć napisania o czymś, o czym napisać zamiarowałem się już dawno. O pierwszym z grzechów głównych – pysze.

Nosiłem się swego czasu [naprawdę daaawno temu, nie pochlebiajcie sobie jeden z drugimz jednym] z pomysłem cyklu wpisów, objaśniającego nieprędkim w rozumie, że większość zasad światopoglądu chrześcijańskiego może – a właściwie powinna być – implementowana w życiu świeckim bez szkody dla „neutralności światopoglądowej” jednostki, a z pożytkiem dla jej psychiki i operatywności, co wykazuję poniżej. Tekst o zwalczaniu pychy pojawiłby się na końcu. Jako najważniejszy.

Czymże bowiem jest pycha? Cytatów i definicji oszczędzę, bo znają je wszyscy. Osobiście pojmuję ją podług własnej definicji – jako przeświadczenie, że udało nam się wdrapać na szczyt i że pozostaniemy tutaj na zawsze. Z któregokolwiek punktu widzenia nie spojrzeć – myślenie bezsensowne i nieuzasadnione, o ile nie ze wszech miar wręcz szkodliwe. Płaszczyzn, na których można rozpatrywać bezsensowność i szkodliwość pychy, jest co niemiara.

Pragmatyczna. W miarę wzrostu jakiejkolwiek umiejętności coraz staranniej trzeba dobierać sobie nauczycieli / mentorów, ponieważ coraz mniej osób jest w stanie nauczyć czegokolwiek pożytecznego w danej materii. Jest to logiczne i nieuniknione. Pycha jednak sprawia, że selekcja rozszerza się w nieuzasadniony sposób, pozwalając na odrzucenie źródeł / inspiracji rzeczywiście pomocnych. Cytowany u góry Satriani to przykład przedstawiciela branży, gdzie wśród wielkich pycha jest ostatnią rzeczą, na którą można sobie pozwolić i gdzie albo dopuszczasz do siebie inspiracje, albo cię nie ma… o ile nie jesteś plastikowym wytworem researchu wielkich wytwórni i jedno- czy góra kilkusezonową gwiazdką pop. Notabene branża muzyczna uwidacznia jeszcze jeden aspekt pychy – prawdziwi Wielcy generalnie nie muszą zniżać się do epatowania gawiedzi skandalami czy udziałami w produkcjach telewizyjnych, drobne fuszki pozostawiając wyrobnikom, dla których napinanie się bez pokrycia jest jedyną raison d’etre [GTFO, nie mam klawiatury francuskiej] w showbizie.

Pycha zaciemnia również osąd nie tylko w kwestii doboru nauczycieli, ale również w kwestii oceny własnego działania. Internetowe mędrki [zaprawdę powiadam Wam, konwencja korespondencyjnego flejma zaczyna podobać mi się coraz bardziej] powiedzą, że jest inaczej, ale prawdziwi fachowcy mówią swoje. Ot, choćby w kwestiach chyba najbardziej namacalnych. Niemal w każdej publikacji [bibliografia na życzenie], dotyczącej zaawansowanej gry na giełdzie można dowiedzieć się, że największym wrogiem giełdowego gracza jest [oczywiście poza kwantyfikowalnym brakiem umiejętności stricte technicznych] jego własna głowa. Bo jednym z najczęściej popełnianych błędów jest wiara we własną omnipotencję po pomyślnym zamknięciu paru kontraktów. Bo jedną z najbardziej wymaganych niemal organicznych umiejętności prawdziwego inwestora musi być – musi być! – umiejętność przyznania się do błędu i wyjścia z transakcji z niewielką stratą w celu redukcji strat dużo większych. Kupujesz papier po 100. Z początku walor idzie w górę, do 130. Jesteś rekinem giełdy, a Twoje ego sięga nieba. Oczywiście nie sprzedajesz, bo będzie rosło dalej. Nie sprzedajesz, kiedy kurs powraca do 100, bo to wróci. Nie sprzedajesz również, gdy dokoła bessa, a kurs waloru leci do 80, 70, 50… bo przecież musisz mieć rację, prawda? Walor stabilizuje się na poziomie 15, a Ty obwiniasz wszystkich dokoła, bo sam nie możesz nie mieć racji, prawda? Nie wierzycie? Poczytajcie o Biotonie chociażby… cojogodom; weźcie do ręki pierwszą lepszą książkę o poważniejszym inwestowaniu na giełdzie, niż tylko „Jak zarobić na rynkach kapitałowych 2000% w weekend”. Przecież to również kwestia umiejętności – powiecie. I będziecie mieć rację. Częściowo. Bo pycha powoduje również lekceważenie konieczności nauki.

Fachowcy od ruchu drogowego uzasadniają największy odsetek wypadków drogowych w grupie kierowców 18-24 lata również pychą; tu najbardziej działa mechanizm, w myśl którego parę miesięcy za kółkiem daje prawo uważania się za hoho wirachę. Efekty widać.

I tak dalej, i tym podobne.

„American dream” usankcjonował rzekomo pychę jako uzasadniony benefit własnego mistrzostwa – jak możecie poczytać na pewnych blogach, których właścicielom antykościelna krew zalewa oczy do tego stopnia, że tracą zdolność logicznego rozumowania – wbrew religii. A klasycy na to: oczekuj nieoczekiwanego. Pycha gubi, gdyż kapitalizm zmienny jest i nigdzie nie jest powiedziane, że dzisiejszy sukces nie okaże się za niedługo porażką, a ty pozostaniesz z nieprzydatnym [i nieuzasadnionym!] dobrym mniemaniem. Pycha w połączeniu ze świadomością własnej nieomylności może kazać ci np. inwestować ponad miarę, bo przecież twój świat jest niezmienny, nespa?

Otóż spa. W hossie inwestycje pomagają obniżać koszty jednostkowe. Kupno kombajnu do druku [czy innych korporacyjnych powiększaczy penisa, łotewa] ma sens, jeśli ilość wydruków znacząco się zwiększa – koszt jednostkowy oczywiście spada i jest git. Jeśli jednak idzie bessa, kombajn staje się zawadą, trzeba ciąć koszty. A jakim cudem sprzedasz kombajn, zwolnisz tę fajną sekretarkę i przeniesiesz się do mniejszego biura, skoro twój świat kończy się na czubku twojego nosa, a ty jako półbóg biznesu nie popełniasz przecież błędów? Jakim cudem sprzedasz tę plazmę albo salonowca i przerzucisz się – jeśli już musisz – na jakiś tańszy telewizorek i „jeżdżący złom”, o którym tak niepochlebnie wypowiada się stado tomaszlisów czy koledzy z klubu? W większości przypadków, nieumiejących radzić sobie z przerostem własnego ego, kończy się to podobnie, jak w przytoczonej powyżej historyjce o giełdzie.

Ameryki nie zbudowali ludzie, których zdaje się naśladować pewna grupa populacji również tu: wyznacznikiem sukcesu ma być skóra, fura i komóra. Amerykę zbudowali ludzie, którzy zrozumieli, że – jak pisze Kiyosaki – luksusy musi kupić ci biznes, nie ty sam. A jakim cudem powstrzymasz się od kupowania na kredyt czy z oszczędności, jeśli uważasz, że jesteś cholernie dobry i przyszłość jest tylko prostą estymacją teraźniejszych trendów?

Pycha ośmiesza. Dzisiejszy świat pełen jest jednostek nie dostrzegających wskutek przekonania o własnej wyższości, że zwracanie się do świeżo poznanej osoby po imieniu to zwykłe chamstwo; jesteśmy ponad to, prawda? Które wskutek przekonania o własnej misji zakładają fora dyskusyjne o rodzinie, samemu mając cokolwiek strzaskane życie prywatne i będąc po rozwodzie [niegdysiejsi bywalcy pręgierza skojarzą może, o kogo chodzi… jeśli nie, to mniejsza]. Które wskutek tegoż poczucia autohoho i nierozumienia ograniczeń pewnych konstrukcji logicznych piszą elaboraty… no dobra, flejm korespondencyjny** należy smakować małymi porcjami, bo się szybko znudzi. Które wskutek przekonania o własnej wiedzy czy umiejętnościach pchają się na afisz bez jakichkolwiek merytorycznych przesłanek i kwestią czasu tylko jest, kiedy człowiek znikąd bez słowa pokaże im, gdzie ich miejsce i gdzie ich kwalifikacje.

O roli pychy [nie mylić z poczuciem własnej wartości] w związkach nie będę się nawet rozpisywał. Zainteresowanych tematem odsyłam do realu i całego mnóstwa serwisów satyrycznych.

Zauważcie, że w powyższych powodach – a mogę tak naprawdę długo i neutralnie światopoglądowo – ani o milimetr nie zahaczyłem o aspekt religijny. QE w zasadzie D.

* * *

Minimalna uczciwość nakazuje jednak wspomnieć o paru pozytywach pychy – bo i takie są – przynajmniej w krótkookresowej perspektywie.

Odstawiając samokrytykę do kąta – bo tak rozumiem pychę; człowiek świadomy własnych wad nijak nie jest pyszny, ma jedynie świadomość swoich mocnych stron, czego żadną miarą z pychą utożsamiać nie należy – zyskujesz dostęp do całej masy zachowań, których prezentacja w stanie, nazwijmy to, niepysznym, spowodowałaby na drugi dzień chociażby golenie po omacku [nie da się spojrzeć w lustro] i autoban [nie mylić z autostradą] w większości społeczności.

Możesz np. grać intelektualistę, cytując zagraniczne PDFy ku uciesze maluczkich i etykietując z mądrą miną, co się tylko da, nie umiejąc przy tym znaleźć w necie najprostszej informacji, i fosząc się na zwrócenie uwagi…

… co minutę później nijak nie przeszkadza ci głośno i wyraźnie dywagować o niedouczeniu interlokutora [bez konkretów, ale któżby się tym przejmował, prawda?], zarzucając temuż akty przemocy wobec mniejszości etnicznych.

Możesz „obalić” każdy argument poprzez użycie Uniwersalnej Etykietki Dyskusyjnej [UED], za nic mając merytoryczny zakres tejże czy opisu zjawiska. Bez jakichkolwiek wstrząsów wewnętrznych możesz chociażby promować tezę, iż wpływu na państwo nie można pozbawiać osób nie tylko ze względu na ich sytuację materialną, ale również ze względu na wyznawany – a niekwantyfikowalny przecież – system etyczny, a można ze względu na religię [jakby w kontekście państwa *proweniencja* takiego czy innego systemu – moralnego bądź nie – miała znaczenie].

Możesz przykłady takie, jak powyżej, traktować w swojej pysze UEDami w zarozumiałej nadziei, iż nikt nie dostrzeże elementarnego faktu, iż argumenty takie nie są pomyślane jako argumenty w dyskusji per se, a jedynie są wywracaniem do góry nogami „koncepcji” [duże słowo, przepraszam], iż „ban wyłącznie na proweniencję religijną” jakiegokolwiek poglądu społecznego ma jakikolwiek sens. Zupełnie tak, jakby większy sens co do zasady miały w społeczeństwie poglądy, oparte na w założeniu fałszywych czy tendencyjnie interpretowanych danych – w zasadzie całe lewicowe, hahahaha!…

W nieomylności swojej możesz zwyzywać od trolli i pacanów, a następnie wygonić jakieś 3/4 polemizującej społeczności tylko ze względu na wyznawany przez nie system wartości… cojogodom; wystarczy inny pogląd. Cojogodom, wystarczy inny język.

I tak dalej, i tym podobne…

* * *

… możesz wszystkim powyższym akapitom przykleić UED z gatunku bicia mniejszości etnicznych [albo jakąkolwiek inną; to naprawdę bez znaczenia] nie chcąc dostrzec w swojej pysze, że powyższe nie jest binarnym zestawieniem argumentów, a jedynie opisem rzeczywistości całkowicie zamkniętej dla kogoś całkowicie zamkniętego na inny świat poza skostniałym światkiem własnych dogmatów i przekonań. I właśnie taka wolność to chyba największa zaleta pychy.

Ale z amerykańskimi „self-made men” nie ma to wiele wspólnego.

* określenie „Człowiek-Metkownica” aka Labelman nie ma w założeniu nieść niczego obraźliwego dla nikogo – nikogo w żadnym języku, a już tym bardziej w łacinie; metkownica to w końcu bardzo przydatny byt, a naklejki niosą ze sobą nieocenioną wszak wartość informacyjną. Tego typu określenia służą jedynie pewnemu uporządkowaniu rzeczywistości i nazwaniu pewnych powszechnych mechanizmów. Jak wszyscy to wszyscy, babcia też.

** w sytuacji braku pychy niegłupią cechą jest możliwość wyrobienia sobie pewnego feedbacku zwrotnego, swoistego „advocatus diaboli”, informującego o skręcaniu w niepożądanym kierunku. Wasz pyszny jogurt tego nie potrafi. A z racji otrzymania właśnie sygnału, iż mój i bez tego spaczony gust niebezpiecznie zbliża się do poziomu akceptacji rozrywek z zasady nieakceptowalnych, zakończę już, bo szkoda i Waszego, i mojego czasu. Make children not war. Alleluja i do przodu. Kochajcie się.

Z porannej prasóweczki.

Treser włożył głowę w paszczę lwa tak głęboko, że zobaczył kawałek areny.

* * *

‚Niewinność muzułman” nakręcili Chińczycy. Teraz trzepią kasę na amerykańskich flagach z łatwopalnych materiałów.

* * *

Kiedyś Holender marzył, żeby jego syn ożenił się z Holenderką. Potem już marzył, żeby jego syn ożenił się z białą kobietą. Dziś marzy, by jego syn ożenił się z kobietą.

QOTE.

E, bo z wczora z wieczora. O książkach dobrych i złych.

Matko jedyna, za kogo ja wyszłam… Ale ty beznadziejny jesteś. To już nie możesz jakiejś normalnej książki do poduszki przeczytać, tylko jakieś podręczniki do sprzedaży wertujesz?

… stwierdziła do mnie TŻ, po której to naganie z wpisem do akt zagłębiła się ponownie w lekturę jakiegoś dzieła Prestona & Childa, będąc gdzieś w połowie książki. Na ile kojarzę twórczość obu panów, do tego czasu autorzy zdążyli już uśmiercić – z detalami – ze trzy postaci pierwszoplanowe. Wychodzi na to, że podręcznik sprzedawcy jest stokroć gorszy od przygód mordercy…

Na marginesie pewnego komcia.

Spokojnie, to żaden shitstorm… choć w związku z paroma wydarzeniami z paru ostatnich dni mnie korci. Ale nic to, Basieńka, jestem wyluzowanym kwiatem lotosu na nieruchomej powierzchni jeziora.

Moja poprzednia notka z niewypowiedzianym zarzutem, iż zadawanie trzecioklasistom układu trzech równań z dwiema niewiadomymi [co byłoby rozwiązaniem zdecydowanie najelegantszym] bez znajomości tegoż słabe jest, spotkała się z komciem, gdzie zaproponowano rozwiązanie oparte na kombinacji. Kombinacji imo mocno na wyrost, jak na umysł trzecioklasisty [nie obeznanego swoją drogą jeszcze z pojęciem równania i tkwiącego wciąż w epoce kwadracików], ale nie w tym rzecz.

Cała sprawa – „mykologia” vs. twarda wiedza – jest pewnym dodatkiem do prześmierdniętej lekko dyskusji u n3m0 [górnolotne określenie, ta „dyskusja”… chociaż nie; nie zostałem tam oskarżony o bicie Murzynów, mataczenie, ignorancję, nierozumienie niczego, tolerowanie pedofilii {jak 90% piszących tutaj} i łgarstwa, a na koniec nie usłyszałem „won!”, więc chyba jednak można nazwać to dyskusją]. Uczyć tak, żeby zaciekawiać, czy uczyć tak, żeby nauczyć?

Powyższe jest naprawdę śliczną ilustracją tego tematu. Otóż można zapoznać dzieci z pojęciem układu równań liniowych [zapoznawszy je wprzódy z pojęciem równania per se] i takie zadania zaserwować w trakcie ćwiczeń do tegoż… można również zadania takie wsadzać przy opisanym stanie wiedzy, ucząc mykologii. Uczyć o jakichś gupich równaniach, a na drugi dzień zrobić kartkówkę i połowę klasy posadzić z jedynkami, czy pokazywać w trzeciej klasie ciekawe i fascynujące zadania matematyczne?

Zdecydowanie jestem zwolennikiem pierwszego rozwiązania.

Po pierwsze, pospolitość skrzeczy. Przytłaczająca większość nauczycieli [zapewne również „mój”] odfajkuje to zadanie, sprawdzając rozwiązania i przechodząc nad nim do porządku dziennego. Śmiem więc twierdzić, że dzieci nie nauczą się nic.

Po drugie, znajomość aparatu matematycznego stojącego za „kanonicznym” rozwiązaniem przyda się o wiele bardziej, niż umiejętność kombinowania w tym przypadku [zupełnie niepotrzebna nawiasem mówiąc, WYSTARCZY tutaj mechanicznie zastosować reguły]. Ta druga sprowadzi nas po prostu do kształcenia pokoleń ludzi o BYĆ MOŻE rozwiniętym zmyśle kombinacyjnym, który jednak zamiast wykorzystywać do kreacji będą zmuszeni używać do nadrabiania braków w wiedzy teoretycznej. Wiem, co mówię – pewnego razu przyciśnięty do muru w epoce przedinternetowej musiałem na szybko wynaleźć od nowa mechanizm sortowania bąbelkowego i parę innych rzeczy. I wynalazłem. W takich przypadkach „kombinatoryka” nie staje się jednak nijak „wartością dodaną”, lecz jedynie protezą na braki w wiedzy ogólnej.

Po trzecie, aparat matematyczny jest rzeczą znacznie praktyczniejszą [zakładając roboczo XOR w sytuacji ograniczonej ilości czasu]. Mykologia pomoże w rozwiązaniu zadania, ale przepali nam bezpieczniki we łbie i potopi w karteczkach [a finalnie i tak okaże się pewnie bezradna] w sytuacji, gdy życie postawi przed nami układ chociażby sześciu – siedmiu równań.

Last but not least – po osiągnięciu pewnej [niedużej] wprawy obsługa aparatu daje znaczną przewagę czasową nad mykologiem. Za wyjątkiem jednego przypadku – sytuacji, gdzie tak często zdarza się jakąś „monotechnikę” uprawiać, że wchodzi ona w krew…

… tylko czym taka „wypracowana monotechnika” różni się od twardej wiedzy?

Chyba tylko brakami w ogólnej edukacji. I dużo większą ilością czasu, który trzeba poświęcić na opanowanie.

Szkolnictwo podstawowe, odsłona któraś z kolei.

Pisałem już parę razy, raz zresztą nie tak dawno, o przemysłowym chowie głupków, czemu służy program nauczania w szkołach podstawowych? Pisałem. Na przykład tabliczka mnożenia przeniesiona do IV klasy i takie tam.

Wtem nagle w trzeciej klasie!…

Wpisz w każdym kubełku prawidłową cyfrę wiedząc, że na zielonych kubełkach powinna znajdować się cyfra 5 [a pod spodem rysunki]
żółty kubełek + niebieski kubełek + 2 zielone kubełki = 18
2 żółte kubełki + niebieski kubełek + zielony kubełek = 20
żółty kubełek + 2 niebieskie kubełki + zielony kubełek = 14

Dziesięć punktów do lansu płatne natychmiast za wskazanie innej metody rozwiązania tego zadania dla trzecioklasisty, niźli metoda prób i błędów. Dodatkowo uścisk dłoni za informację, czego to zadanie ma uczyć.

… nie, nie miały jeszcze nawet z jedną niewiadomą.

Lifehacking: tabliczka mnożenia.

Sprawdzając okresowy stan wiedzy Forka Starszego w zakresie tabliczki mnożenia – czy wiesz, Rodzicu, że znajomość tabliczki mnożenia do 100 jest aktualnie wymogiem koniecznym dopiero w klasie IV? nie pamiętam, ale komuna wymagała chyba tego wcześniej… – wpadłem na ciekawy imo pomysł nauki tejże. Otóż pamiętam, że najbardziej nużącym etapem nauki było samosprawdzenie. Osobiście dziwny jestem i tę procedurę wykonywałem łażąc po kuchni z kartką w ręce, ale dla młodszego pokolenia wymyśliłem na sprawdzenie coś genialnego w swojej prostocie.

Dwa komplety karteczek z liczbami od 1 do 10 i urna. Kartki wrzucamy do urny, mięszamy, po zamięszaniu z zamkniętymi oczyma wyciągamy każdą ręką jedną karteczkę [nie dotyczy ośmiornic]. I podajemy wynik: lewa ręka * prawa ręka. Genialne, nieprawdaż?

Appendix: mimochodem znalazłem inną metodę nauki dla naszych pociech. Pamięciowe opanowanie tabliczki mnożenia przydaje się w tak nietypowych sytuacjach, jak choćby podczas rozmowy kwalifikacyjnej i ogólnie dodaje lansu i baunsu w społeczeństwie ciemiężonym rządami kolejnych ministress edukacji z Platformy Obywatelskiej. Miłego wdrażania życzę.