Rytualny ubój Tuska.

W przerwach od życia zastanawiam się, o co właściwie chodzi w tej – prześmierdniętej już lekko – sprawie.

Logicznie a powierzchownie rzecz biorąc, nie było żadnego – ŻADNEGO! – powodu wszczynania takiej awantury. Czystą i nieskażoną „chęć zatrzymania okrucieństwa” odkładam od razu na /dev/tree, pozostawiając ją równie czystym i nieskażonym [myśleniem] fanatycznym wyznawcom Partii. Po pierwsze dlatego, że równie bezpłciowego i unikającego trudnych tematów rządu szukać ze świecą [o ile rzecz jasna wszczynanie awantur nie przynosi benefitu], a po drugie na pierwszy rzut oka taki ruch XORuje Tuska albo wobec fanatycznych wegetarian wszelkiej maści miłośników zwierząt, albo zwolenników „dialogu polsko-żydowskiego” [ciekawe swoją drogą, co o zakazie uboju rytualnego sądzą p. Bartoszewski i ks. Lemański, o Grossie nie wspominając…] Sprawa z pozoru więc wydaje się dla Tuska grą o sumie ujemnej.

A jednak, w tym szaleństwie [jak wiadomo ubój rytualny stanowi podstawową przeszkodę na drodze do rozwoju gospodarczego, pozostając główną przyczyną zapaści demograficznej i emigracji Polaków, zabijając nadto przy okazji piękno derbów Krakowa, jak to ostatnio ujął pewien dowcipny rss] jest metoda. Najwyraźniej ktoś w sztabie PRowym doszedł w Excelu, że samonadanie [pozorne zresztą] łatki Drugiego Antysemitnika RP [miano pierwszego, jak wiadomo, dożywotnio dzierży dumnie Stanisław Michalkiewicz, oryginalny tylko z pięćdziesięcioma dwoma ząbkami!] może się opłacić. Dostając łatkę „twardego chłopa, co to się Żydom postawi” Tusk ma bowiem szansę odebrać PiSowi czy innej „prawicy” część nieprędkiego w rozumie elektoratu, który podobnych właśnie zachowań oczekuje od „męża stanu”.

W tej układance dwojako należy również rozpatrywać zachowanie „strony żydowskiej”, która próbuje upolitycznić sprawę, przenosząc ją z płaszczyzny stricte religijnej na bez mała międzypaństwową. Albo jest to znana miłośnikom erystyki „argumentacja przez zastraszanie”, czyli wyciągany od zawsze w takich przypadkach fetysz antysemityzmu, albo kolejna warstwa teorii spiskowych, czyli pomoc żydowska na rzecz rządu – tym bardziej, że antysemitnictwo Tuska w kontekście wcześniejszej linki jawi się jako pomalowane wyjątkowo tandetną farbą.

Oczywiście jako wyjaśnienie całej aferki może również służyć znany od dawien dawna mechanizm „wrzutki medialnej”, ale do tego celu należałoby przyjrzeć się sprawom dziejącym się w tym czasie za kulisami, a do tego jakoś ostatnio ani przedostatnio nie mam ani chęci, ani czasu. Do głowy przychodzi mi jedynie właśnie wspomniana kwestia „restytucji mienia żydowskiego”, dla którego „antysemityzm” Tuska wydaje się być zasłoną takoż idealną, jak wyjątkowo perfidną – jakim cudem płemieł mógłby działać w imieniu i na rzecz, skoro koń jaki jest, każdy widzi?

Platforma najwyraźniej nie ma najmniejszych oporów przed rozgrywaniem swoich brudnych gierek za wszelką cenę, co pokazała chociażby ostatnio sprawa „zbrodni o znamionach ludobójstwa” [btw. przeszukanie bibula.com na hasło „Wołyń” zaprowadzi Was łatwo do zbioru „ilustracji z natury”, po którym odechce się Wam naprawdę wszystkiego]. Ale to tylko prowokuje do postawienia pytań o szczerość intencji we wszystkich pozostałych sprawach. Choć prowokuje oczywiście nie wszystkich.

… a krzywa Laffera to fikcyjna fikcja.

– A jakieś ruchy w podatkach?
– Ale jaki może być ruch w podatkach?
– Podwyższenie VAT czy akcyzy?
– Wpływy z tych podatków są niższe, niż planowano. Wydaje się więc, że podwyższenie stawek VAT czy akcyzy spowodowałoby raczej odwrotny efekt – dalsze zmniejszenie strumienia pieniędzy do budżetu.

Fragment wywiadu z Elżbietą Suchocką – Roguską, ex-vice MinFin, odpowiedzialną za przygotowanie ok. 20 budżetów. Link dzięki kreciej robocie SiP.

Zapomniany dokument.

Weksel. Rzecz, której wąskiego kontekstu nie ogarniam. Stosują go niemal wyłącznie banki przy kredytach hipote[ty]cznych i naprawdę nie wiem, dlaczego.

Dochodzenie praw z weksla jest stokroć łatwiejsze, niż w przypadku np. sądzenia się o niezapłaconą fakturę – zobowiązanie ma charakter bezwzględny i stwierdzenie jego ważności nie wymaga dochodzenia, czy faktura została wystawiona zasadnie, czy usługa została wykonana należycie, etc. Sądowi wystarczy tylko okazanie weksla i już; przy zachowaniu wymogów formalnych dla stwierdzenia prawa i uzyskania klauzuli wykonalności przewidziana jest nawet oddzielna, uproszczona ścieżka [niech mnie jakiś prawnik poprawi, jeśli piszę głupoty]. Od 2007 r. przestał obowiązywać urzędowy blankiet i idące za tym opłaty skarbowe, jest to więc w zasadzie instytucja bezkosztowa [nie licząc protestu, przed koniecznością którego można się zresztą zabezpieczyć]. Weksle [teoretycznie] mogą być skupywane przez banki, uzyskać więc można dostęp do względnie szybkiej gotówki. No i stronami transakcji mogą być osoby fizyczne, co w ekstremalnych sytuacjach może zabezpieczyć przed pożyczeniem szwagrowi stówki, chociaż to tylko na dwa dni, jak śpiewa Bukartyk.

Tymczasem w Matriksie stan wiedzy w temacie jest gorzej, niż mizerny. Bank, w którym mam rachunek, właśnie wycofał się z usługi inkasa. Notariusz, którego pytałem o koszty protestu, każe mi się kontaktować na drugi dzień, do tego czasu sprawdzi cennik. 98% statystycznych uważa porozumienie wekslowe za papier ważny dla wierzyciela, gdy tymczasem zabezpiecza on przecież głównie interesy dłużnika. A wszyscy razem uważają, że to narzędzie wyłącznie dla wielkiego biznesu, kompletnie nieprzydatne w codziennej działalności biznesowej.

Tak, zgadliście, właśnie testuję. Zostańcie z nami, wracamy po przerwie.

Na koniec ciekawostka przyrodnicza: wedle mojego rozeznania prawo wekslowe jest bodaj najdłużej nieruszaną ustawą okołofinansową w naszym kraju-raju. Przetrwało ono w niezmienionym kształcie od – uwaga! – 1936 roku. Ogarnięcie ciężaru gatunkowego tego faktu w Rzeczypospolitej pozostawiam zainteresowanym.

Wszyscyśmy z jednego errora.

Łysiak, Gross, RAZ, Orliński, Palikot, Środa, Stiller, Cała [ta od demaskacji antysemitów], Wojewódzki [było!], Żakowski…

Po prostu demokratyczne prawo do wypisywania kretynizmów. Ladies, gentlemen, i ty, księże proboszczu… kompromitacje.blogspot.com, gdyby ktoś przespał ostatnią pięciolatkę. Nie żebym nie znał, ale przypomniałem sobie z okazji jednego autora, którego książka chwilowo rzuca mnie na grunt i trzyma tamże [też jest!]; jak znajdę czas, wzmianka będzie. Indżoj.

QOTM.

„Historia Polski obejmuje szczegół, że gdy pewien król pragnął się cofnąć przed nieprzyjacielem, następującym nań z przemagającą siłą, husarze przeszkodzili temu, oświadczywszy wyniośle, że nie ma powodu obawiać się, kiedy jest pod ich osłoną, gdyż jeżeliby niebiosa zapaść się miały, toby je podtrzymano na ostrzach kopii.”

Z takimi to ludźmi ruszył Stanisław Żółkiewski na nieprzyjaciela, o którym sądzono, że jest 13-krotnie liczniejszy od sił własnych. I decyzja ta nie wywołała żadnego sprzeciwu jego rycerzy.

Kłuszyn a Grunwald.

Skryptowanie graficzne w Pythonie, cz. II.

Zaliczony kolejny… nie no, nie milestone; powiedzmy, że inchstone. Note to self: cały deployment sprowadził się do skorzystania z pyinstaller [py2exe miało problemy z ogarnięciem lokalizacji bibliotek, a pyinstaller działa OOTB], parunastominutowego guglania i wskazania jako docelowego elementu skrótu dla userów komendy runas /savecred /user:Administrator@Domain ścieżka_do_elementu, rozwiązującego przy okazji upierdliwość wpisywania hasła admińskiego do innych programów, projektowanych rzekomo jako sieciowe, mharharharhar. Na razie gra i buczy; z niepokojem obserwujemy rozwój wypadków, zostańcie Państwo z nami, wracamy po przerwie. Cz. I..