Ścinki międzyświąteczne

Święta jak zawsze pełne uroku, jakiekolwiek by nie były. Wbrew już chyba większości – lubię je. Nawet, jeśli z biegiem lat dawka mistycyzmu staje się w coraz większym stopniu homeopatyczna. Nawet, jeśli moje relacje międzyludzkie pozostawiają naprawdę wiele do życzenia. Nawet, jeśli za świąteczne oderwanie płacę już nazajutrz nerwowo – gastrycznym bólem żołądka, potwornym lenistwem i koniecznością powtórnej adaptacji do Układu. Nawet, jeśli w kwestii rozrywki na media nie mam już co liczyć, bo ileż razy do bulwy nędzy można oglądać samego Kewina czy pułapkę na Willisy?

* * *

Dziecko śpi, Żona chleje wódę z psiapsiółami na wylocie, a niżej podpisany ogląda.. o, właśnie skończył oglądać Dzień świra. Fuch, zbieżność reakcji i postrzegania świata z bohaterem granym przez Kondrata w jakichś 60-70% zaczyna mnie lekko martwić…

* * *

Skoro już była mowa o mediach – TV w domu oglądamy w ilościach naprawdę śladowych, jedno – dwa włączenia w tygodniu. Dzisiaj włączyłem Wiadomości. I utwierdziłem się w słuszności decyzji o – nomen omen – programowym odstawieniu tego przekaziora.

* * *

GRAMPS dostanie wkrótce nowe żarełko. Zaczyna się klarować sprawa z niesklarowaną dotychczas kuzynką i jedną gałęzią w ogólności, Żona dostała informację o czterech nowych osobach, w cyfrówce czeka kilka RAWów z fotografiami places [gotowych pakietów do obróbki RAWów dla susła nie znalazłem / nie ma, bo i po co?…]… Będzie co robić, jak w końcu znajdę trochę wolnego. A programami genealogicznymi spróbowałem zainteresować Kudłatego, LinuxGenealogy LiveCD powinien pójść na Jego korporacyjnym hapeku.

* * *

Przeczytany po raz kolejny Sapkowski, znów wychwycone kilka smaczków więcej. Czytane: Biała gwardia Bułhakowa. Znabyty: jakiś horror obiecującego pisarza nowej generacji.

* * *

Tuwim. Boże, jak ja bym chciał umieć tak pisać… Człowiek jest genialny, geniusz widać niezależnie od tego, czy czyta się Kwiaty polskie, czy Jak odpowiadać dzieciom na drażliwe pytania, czy dziecięcy Kapuśniaczek. A w szkole przeszedłem obok niego, hyr na moich polonistów. Swoją drogą, ciekawe… obaj poeci, których podziwiam [Kaczmarski / Tuwim] byli Żydami. W zasadzie nie ma to nic do rzeczy… ale ciekawy zbieg okoliczności. No i bat na imputujących mi gdzieniegdzie antysemityzm.

* * *

A poza tym – kierat niemożebny. Cała nadzieja, że za dwa – trzy tygodnie sytuacja się unormuje.

* * *

Ikspek poinformował mnie, że w DVD została mi już tylko jedna zmiana regionu. Chyba kupię nagrywarkę z możliwością upgrade’u firmware’u, bo pieprzenia się z instalowaniem dodatkowego softu tylko dlatego, że jakiś debil uparł się zatruć mi życie, mam dość. Żeby było śmieszniej, nie mam żadnej płyty spoza naszego regionu, jedna ma tylko region zerowy.

Flamenco wieczorne

Przeglądając playlistę pod moim świeżo rozmownym pingwinem [działa już wszystko, ha!], natknąłem się na pozycję o wdzięcznie brzmiącej nazwie „Zona Desperata”. WTF? Dar zrozumienia przyszedł po chwili, tytuł wbrew pozorom nie był polski, lecz hiszpański. Niech nam żyją polskie znaki diakrytyczne.
W ten sposób dołączyłem do mojej Znajomej, rozpytującej się w księgarni o zarekomendowaną Jej – na grupie dyskusyjnej bez pliterek, co ma znaczenie fundamentalne – książkę Ziemkiewicza o wdzięcznym tytule „Pieprzony łoś kataryniarza”.
A poza tym – jest parszywie. Ale jakoś nie chce mi się o tym pisać.

Forever young

Wbrew tytułowi… starzeję się. Wczora z wieczora zadziałał mi wdzięk w suśle. Coś tam doinstalowałem z kde-multimedia, arts przestał się wysypywać i pingwin zaczyna śpiewać głosem Marka Knopflera [jak by to napisali w śp. „Non Stopie” – Jest to jedyna okoliczność, która zmusza nas do wydrukowania słów „Mark Knopfler”]. A mnie… wcale to nie cieszy. A kiedyś mnie cieszyło. Może dlatego, że dwa wieczory [z przerwą na Sapkowskiego, SuperTuksa i inne takie] spędzone nad czymś tak banalnym nie są rozsądną ceną za działające ustrojstwo. Ustrojstwo działające częściowo, dodam, bo muszę się jeszcze przegryźć z odtwarzaniem tego czegoś na użytkowniku, chmod ileśtam na /dev/dsp jeszcze nie próbowałem.
W kontekście powyższego tytułu i ilości spędzonego czasu, nowego znaczenia nabiera fraza Farben Lehre: Kiedy wiemy, o co chodzi, ty i ja będziemy wiecznie młodzi.

W oparach absurdu

Wszyscy cieszą się jak dzieci, że pan Marcinkiewicz [ten z bajki Tuwima „Pan Marcinkiewicz i wieloryb”, za którą przepada moje dziecko] wytargował ileśtam. No ja nie mogę. I co z tego, że ileśtam wytargował, skoro Niemcy i Francuzi odbiją sobie to z nawiązką, poprzez chociażby zaostrzanie kryteriów pomocowych? Środek pierwszy z brzegu, jestem pewien, że nikt nie odda kasy za friko. ATSD europejska solidarność coraz bardziej przypomina solidarność radziwiłłową [tę z postawem czerwonego nomen omen sukna]. Nie żeby mnie to specjalnie dziwiło, ale w gruzy sypią się już nawet pozory. I bardzo dobrze, na pohybel eurokomunie.

* * *

Tuzy babelowo – lingwistyczne z gnome-pl i kde-i18n rozkładają ręce nad wyśmienitym i ze wszech miar orginalnym systemem tłumaczenia zastosowanym w GRAMPSie. A co ja mam zrobić? Chciałem dobrze, wyszło jak zwykle. Póki co, komunikatów w miarę prostych do przetłumaczenia pozostaje jeszcze trochę, więc na razie mam co robić.

* * *

Przyczyna niemowatego susła zlokalizowana [chyba]. Potrzebny był kernel nongpl i jakieś tam coś jeszcze. Ściągnięte, dalej nie pomaga, arts dalej się wykrzacza. Dzisiaj próbujemy apgrejdować KDE.

Wieczorny linux i inne takie

Każdy apgrejd susła musi coś spieprzyć. Apgrejd z 9.2 do 9.3 spieprzył mi już nie pamiętam, co, ale coś na pewno. Apgrejd z 9.3 do OtwartegoSusła 10.0 spieprzył mi artsa. Układy dźwiękowe powykrywane, a to bydlę [w zależności od aplikacji, gdzie występuje komunikat] albo jojczy, że artswrapper nie ma ustawionego suid roota [uruchmiany na koncie roota!], albo jojczy, że nie może odtworzyć i już, albo pada z crashem. Nosz fak, przecież nie będę instalował Ubuntu!… 😉

* * *

Enty raz, z braku laku, wziąłem się za sa^H^Hprzygody Geralta i jego konkubiny, zwanej potocznie Yennefer. Jakkolwiek fabuła na tym etapie przewidywalna do imentu, to samą prozę smakuję tak, jak można tylko smakować książkę. Sapkowskiego można czytać dla przygód, dla narracji, dla poukrywanych smaczków, dla przyjemności, dla… etc, etc. Powtrącane cytaty smakują tym lepiej, że powtykane są znacznie subtelniej, niż np. w Narrenturmie. Tok opowieści – nie drażni, czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, czego chcieć więcej od lektury niezobowiązującej?…