QOTD.

[Andrzej Gołota – przyp. t.] mógł zagrać w filmie „Dzień szakala”, z Richardem Gere’em i Brucem Willisem. Proponowano mu rolę przywódcy rosyjskiego gangu o imieniu Slaszew, ale odmówił, gdy przeczytał scenariusz – bo miał być bity przez Gere’a. – Taki chudy miał mnie bić? Bez przesady – rzucił tylko. [link]

Nic dodać, nic ująć. Jakby mnie Gere miał bić, też bym się wycofał.

Z zamyśleń porannych.

Traktowanie interesowności [„a co ja z tego będę miał?”] *każdorazowo* jako tępego wyrachowania jest chyba jednak nadużyciem. Czasem chodzi o prozaiczną motywację do działania.

Ktoś oczekujący takiej czy innej formy „handlu wymiennego” – nawet w relacjach międzyludzkich – niekoniecznie musi być mendą społeczną, liczącą na doraźny zysk. Idzie o to, że perspektywa odpłatyjakiegokolwiek oczekiwanego feedbacku owszem, przez część populacji postrzegana jest jako nagroda [na ile i kiedy jest to dopuszczalne etycznie, to inna sprawa], ale w wielu przypadkach stanowi to jedyny bodziec motywacyjny. Jeśli więc odpłata się nie pojawia, wówczas może pojawić się prozaiczne pytanie „po co w ogóle ja się staram?”, mogące nie mieć nijak podtekstu „handlowego”, a dźwięczące tylko prostym wołaniem o sens jakiegoś działania.

Oczywiście możliwa jest również interpretacja #2: wszystko jedno, czy nazwiemy to interesownością, czy motywacją, „oczekiwanie jakiejkolwiek formy odpłaty” jest po prostu jednym z podstawowych paradygmatów społecznych w stopniu znacznie ważniejszym, niż większość jest to w stanie przyznać.

Z wieczornej prasóweczki.

Podczas zażartej kłótni w Internecie nigdy nie atakuj oponenta za jego błędy gramatyczne i ortograficzne. Może być tak, że jego klasa jeszcze danego zagadnienia nie przerabiała.

* * *

Kiedy pada ci Internet, możesz pogrążyć się w swoich myślach i przemyśleć… A nie, już działa.

* * *

Rok 2040. Greenpeace wystąpił przeciwko żywności GMO. Żywność GMO odpowiedziała krzyżowym ogniem i wezwała wsparcie lotnicze.

Z cyklu „Wielkie tajemnice Wszechświata” – sukces Subway.

Nie ogarniam. Jedzenie naprawdę dobre [o ile nie naprawdę bardzo dobre] – i nic poza tym. Definitywnie nic. W erze globalizacji wydawało mi się to za mało, ale widać nie pierwszy raz się myliłem.

Poszedłem do nich drugi raz, jakieś półtora – dwa lata temu wyszedłem stamtąd z uczuciem głębokiego nomen omen niesmaku; zjadłem za dużo, zupełnie nieadekwatnie, pogubiłem się w menu, a z obsługą, jakkolwiek OIDP uprzejmą, w ogóle nie szło się dogadać. Ale przecież miliony much… itd. Postanowiłem dać im drugą szansę.

Menu. Nosz kurde. Jakim cudem było nie było fastfood może robić atut z pierdyliona opcji w menu? Dla niedoświadczonego – koszmar; próba zamówienia czegokolwiek zakończyła się ponurym pastiszem rozmowy kwalifikacyjnej po znajomości, gdzie obie strony znają rezultat, ale rozmowa musi się odbyć. – Jaką kanapkę pan sobie życzy? – Z tuńczykiem. – Połówkę czy całą? – A 11 zyli to kosztuje cała czy połówka? -Połówka. – To poproszę połówkę. – A z jaką bułką? – A jakie macie? – Takie, o. – Aha, to z tą. – Podgrzewaną czy nie? – Podgrzewaną prosz. – A jakie dodatki? – A jakie można? – Takie, jak tu są. – Aha. A ile można wziąć? – Ile się chce. – To prosz ten, ten i ten. – Oczywiście. A sosik jaki? – A jakie są? – Dwa takie i dwa takie. – Czosnkowy. – A do picia? – Kawę. – A jaką kawę? – Białą. – A to wszystko to na wynos? I tym momencie odruchem odbezpieczyłem swojego Walthera PPK, ale po chwili zrobiło mi się głupio. Moi przodkowie bili bolszewię pod Radzyminem, ja przeczytałem ustawę o ubezpieczeniach społecznych, to i zamówienia w Subwayu się nie ulęknę.

OK. Część z tych pytań wchodzi w zakres normalnego zamówienia. Ale na mój gust to jest fastfood. FAST! Zero [przynajmniej nie zauważyłem] gotowych zestawów – ale takich NAPRAWDĘ gotowych. W materiałach reklamowych szczycą się IIRC parunastoma milionami kombinacji, w które można złożyć ich kanapki. Całość mocno przypomina mi szkolny case z zarządzania, gdzie upadająca firma produkująca jakieś grzejniki i borykająca się z potężną ilością reklamacji próbowała rozwiązać problem poprzez budowę nowego, zaawansowanego magazynu obsługi reklamacji. A może jestem za mocno wytresowany na McD i KFC, że chcę tak o?

A do tego cała masa pierdół pomniejszych: radio nastawione tak, że każdą kwestię musiałem powtarzać dwukrotnie i takoż prosić o powtarzanie odpowiedzi; ogólne wrażenie wystroju typu „zderzenie wejścia Polski w gospodarkę rynkową z podwarszawskim sznytem dla młodych wykształconych z wielkich ośrodków”; nieczytelny cennik i materiały [rozrysowany for dummies – call me dummy then – schemat zamówienia w punktach znajduje się gdziekolwiek i czytany od lewej do prawej zawiera kolejno punkty 5, 2 i 3]; komunikaty, których nie cierpię [11 zł za wspomnianą kanapkę, ale nikt nie wspomina, że to jej połówka]. I tak dalej, i tym podobne.

Na pojedynczym wydechu mogę wymienić knajpy, serwujące podobnej jakości jedzenie, które z trudem utrzymują jeden lokal i których za skarby świata nie stać zapewne na ekspansję ogólnoświatową. Co więc robi tę różnicę? Ot, ciekawostka przyrodnicza.

.

Połącz liczby z odpowiednimi określeniami w ramkach:
[liczby] 129, 458, 1183, 952, 513, 93
[określenia w ramkach] „ok. 100” „ok. 500” „ok. 1000”

Źródło: aktualny podręcznik do matematyki dla piątej klasy szkoły podstawowej.

Pytanie dodatkowe do zadania od redakcji bloga: z jakiego ugrupowania politycznego pochodzi paru ostatnich ministrów edukacji?

Browar Żywiec.

W joggerowym prekambrze linkowałem tutaj „Powrót” autorstwa wzmiankowanych. Tematu wtedy nie ciągnąłem, bo primo ledwo wyszedłem naonczas z nieprawdopodobnie ambitnych podśmiechujek typu „Browar Żywiec? Graj te same palcówki jednocześnie na paru gitarach, a zaistnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że przez nieuniknione rozjazdy rytmiczne uzyskasz pseudogłębię aranżacyjną”, secundo nie kojarzę, żeby wtedy udało mi się znaleźć coś więcej. A dzisiaj – prosz. Nie dość, że zmądrzałem, to jeszcze cała płyta tej piosenki turystycznej [co to, do kroćset, jest „piosenka turystyczna” btw?] znalazła się w tzw. międzyczasie na YT. Indżoj.

A „Jaworzynę” przearanżował nawet… Bayer Full. Też do wyszukania, gdyby ktoś miał tyle samozaparcia. W sumie.. indżoj. A nawet indżoj tambien, bo na teledysku wjeżdża el mariachi z paluchami na ochnastym progu, normalnie Meksyk. ¡Ay ay ay ay!