Co kraj, to obyczaj.

Przez niedouczenie sfilmowałem koncert w jarzeniówkach nie tak, jak trzeba, i w efekcie co jakiś czas na ekranie pokazuje się migotanie. Próbuję się go pozbyć. Wpisuję „movie studio flickering remove” i dostaję przygarść rozpaczliwych postów na temat [furda, że na ogół z radami typu „shoot again”… naprawdę bardzo śmieszne]. Problem niestety pozostaje. Wpisuję „blender flickering remove” i już w trzecim linku dostaję tutorial, jak w blenderze stworzyć efekt filmowania w jarzeniówkach. Cóż… problem na szczęście pozostaje, ale gdyby przypadkiem znikł, internety poratują.

Vittorio Messori, „Opinie o Jezusie”

W sporze ateistów z wierzącymi, co do postaci Jezusa jedynym wspólnym mianownikiem pozostaje wpływ, jaki Jezus – istniejący rzeczywiście bądź wymyślony – wywarł na ludzkość, czyli mówiąc inaczej istnienie pewnej „opowieści”. Co do genezy tej „opowieści” wszystkie próby jej wyjaśnienia i funkcjonowania po dziś dzień – niezależnie od punktu widzenia, chrześcijańskiego czy ateistycznego – sprowadzają się de facto do opowiedzenia się za jedną z hipotez:

  1. „Hipoteza krytyczna”: Jezus jako postać historyczna, mędrzec-filozof zaistniał w określonym miejscu i czasie, nie było natomiast w nim żadnego pierwiastka nadprzyrodzonego, który to został dodany przez całkiem ziemskich twórców religii.
  2. „Hipoteza mistyczna”: Istnienie osoby zwanej Jezusem to wymysł późniejszych twórców, którzy potrzebowali personifikacji pewnych wierzeń i idei. Innymi słowy wpierw pojawiły się pewne idee, które dla dalszego rozpropagowania potrzebowały „nośnika fizycznego”, i w ten, nieco „przekorny” sposób „słowo stało się ciałem”, a sama postać Jezusa posłużyła jako fikcyjny sztafaż dla pewnego systemu filozoficzno – moralnego, coś jak oświeceniowy Kandyd czy [całkowicie zmieniając stylistykę] bohaterki nowelek de Sade’a.
  3. Jezus istniał jako postać historyczna, a świadectwo o Nim jest prawdziwe i jakkolwiek nie spełnia formalnych kryteriów historycznych w dzisiejszym ich rozumieniu, to jednak pozostaje kroniką Jego pobytu na ziemi i faktyczną Dobrą Nowiną. Ten punkt widzenia wyraża oczywiście przekonanie chrześcijan i z racji swej oczywistości głębszej analizy nie wymaga.

Polemikę z dwiema pierwszymi hipotezami podjął już parędziesiąt lat temu Vittorio Messori, apologeta i publicysta katolicki o życiorysie jak na intelektualistę co najmniej irytującym. W młodości idealny materiał na obiecującego lewicowego bon vivanta, erudyta i dziennikarz o rozbuchanym życiu erotycznym, wywodzący się z kręgów ze wszech miar lewicowo – ateistycznych, w wieku 24 lat przeżywa nawrócenie ad maiorem Dei gloriam i na utrapienie elyt intelektualnych ówczesnej i dzisiejszej Europy. Swój charyzmat pojmuje jako skuteczne głoszenie Ewangelii, przez co nie dość, że jego sztandardowe dzieło, „Opinie o Jezusie” posiada [jak chyba wszystkie jego książki] imprimatur, to jeszcze miast wspomniane „Opinie” wydać w jakimś niszowym katowydawnictwie i cieszyć się parutysięcznym nakładem, pcha go do mainstreamu, prosząc o napisanie przedmowy… jednego z prominentów włoskiej Partii Komunistycznej, a sama książka okazuje się bestsellerem z milionową sprzedażą w samych Włoszech, nie licząc dwudziestu przekładów.

„Opinie…” powstały, jak stwierdził sam autor, jako wyraz swoistego sprzeciwu wobec stopniowej eliminacji z nauczania posoborowego KK apologetyki per se; nawet dzisiaj, po około pięćdziesięciu latach od premiery książki, rzeczona apologetyka pozostaje ledwie podnauką zwierzęcia pn. „teologia fundamentalna”, czego smutne efekty widać, a co sam autor puentuje stwierdzeniem, iż „pośród ludzi dobrze wychowanych nie rozmawia się wcale o Jezusie”. Zjawisko swoją drogą ze wszech miar protestanckie; jeśli wierzyć autorowi, „hipermityczność” i odejście od tradycyjnie pojmowanej apologetyki katolicy „zawdzięczają” właśnie nasilającym się wpływom protestanckim, gdzie wszelka krytyczna analiza Pisma św. – szczególnie z uwzględnieniem odkryć archeologii – jest niemalże świętokradztwem. Prawdę mówiąc od dawna widziałem rozziew „rozbuchanej duchowości” posoborowej z niemal namacalnym konkretem surowości i klasyczną logiką „przedsoborowia”, serwowaną np. przez autora Breviarium. Ale do rzeczy.

Hipoteza, jakoby Jezus, choć istniejący historycznie, został „ubóstwiony” dopiero post factum przez swoich uczniów, nie ma najmniejszego sensu. I to niekoniecznie dlatego, że „dziwnym trafem” przyjście „króla żydowskiego” zostało przepowiedziane wielokrotnie w Starym Testamencie [Księga Daniela] ze zdumiewającą dokładnością czasową, sam „błąd pomiaru” waha się od 20-40 lat [licząc od dekretu Cyrusa w 538 roku p. Chr.] do prawie zera [dekret Artakserksesa ok. 458 r. p. Chr.] Niekoniecznie dlatego, że na narodziny króla oczekiwała większość Wschodu, co m.in. odnotowali Tacyt i Swetoniusz w swoich kronikach. Niekoniecznie dlatego nawet, że dzięki Keplerowi wiemy, iż w 7 r. „przed Chrystusem” trzykrotnie miała miejsce koniunkcja Jowisza i Saturna w znaku Ryb [czyżby gwiazda betlejemska?], poza owym rokiem zdarzająca się raz na 794 lata…

„Król żydowski”, wyczekiwany i zapowiadany, miał być królem „ziemskim”, czego echa bez trudu znaleźć można w Biblii. A rebelianta, proroka czy zwyczajnego trybuna ludowego znaleźć w tym czasie w Izraelu było dziecinnie łatwo – tym bardziej, że wizerunek Jezusa przedstawiony w Biblii nijak do tego idealnego obrazu nie pasuje, a lepszych kandydatur było na pęczki, jak choćby prowadzący żydowski naród na śmierć Bar Kochba czy inni wodzowie żydowscy, stricte militarni. Mało tego – punkt po punkcie, zdanie po zdaniu Messori obala punkty wyimaginowanej „żydowskiej agendy mesjańskiej”, której Jezus nie dość, że nie spełnił, to jeszcze swoim zachowaniem, opisanym w Ewangeliach, wywrócił do góry nogami. Jeśli więc postać Jezusa miałaby być w Ewangeliach „upiększona”, wówczas mający choć odrobinę oleju w głowie „copywriter” [a rozsądku Żydom odmówić nijak nie można – Messori na marginesie tylko zwraca uwagę, iż Żydzi dotrwali z zachowaniem swojej odrębności do czasów dzisiejszych jako w zasadzie jedyna cywilizacja z czasów Antyku!] wyposażyłby Go w całkiem inny życiorys i poglądy. Z ludzkiego punktu widzenia – mówi Messori i cytowani przez niego liczni uczeni, jak choćby ateistyczny! profesor Sorbony, Charles Guigebert – szansa na ukonstytuowanie się mitu opartego na „wyimaginowanym w taki sposób” życiorysie Jezusa była równa zeru. A jednak przetrwał i wpływ wywarł On. Dziwne? Messori dopiero się rozgrzewa.

Czy wiesz, że śmierć na krzyżu uważano za śmierć hańbiącą, zarezerwowaną tylko dla buntowników najgorszego sortu? Pewnie wiesz. A czy wiesz, że hańba śmierci krzyżowej była tak wielka, że przez pierwsze czterysta lat chrześcijanie, sparaliżowani jej odium, w ogóle nie używali krzyża jako symbolu swego wyznania? Że równanie człowieka z Bogiem [Messori dość dokładnie wskazuje w źródłach rozróżnienie między Jezusem jako „Synem Bożym”, co jest przypadkiem odosobnionym, a „mężami Bożymi”, liczonymi w Biblii w zasadzie na pęczki] równało się w ichniejszym kontekście wypowiedzeniu wojny wszystkim – WSZYSTKIM!? Że w hipotetycznie zmyślonym życiorysie Mesjasza, zamieszczonym w Ewangeliach, nie byłoby absolutnie miejsca na wzmianki nie dość, że o kobietach, to jeszcze o kobietach niekoniecznie nieskalanej konduity? Że na hipotetyczny użytek „sekciarzy” pod nożyce autocenzury poszłaby spora część Ewangelii Mateusza, kwestionująca poddaństwo kobiet, instrumentalne podejście do pobożności, a wprowadzająca niespotykaną w tamtych czasach miłość bliźniego? Że bohaterski epos nie potrzebowałby odniesień historycznych, świętopawłowego enumeratywnego niemal wyliczania świadków ukazywania się zmartwychwstałego Chrystusa? Last but not least: który twórca „mitologii na zamówienie” oparłby się – i w jakim celu? – pokusie opisania zewnętrznego wyglądu Jezusa, o którym tymczasem z Ewangelii nie dowiadujemy się niczego? I tak dalej, i tym podobne. I jeszcze parę cytatów.

* * *

Kiedy idzie o fakty, o dzieje, o istnienie i o świadectwo, żądania, które stawia się w sposób przesadny jako „naukowe”, nie znaczą ani mniej, ani więcej niż żądania natury teologicznej. Trzeba je odrzucać jedne po drugich. Nie dlatego, że są lub nie mogą być naukowe czy teologiczne, ale ponieważ są to żądania, twierdzenia a priori.

Nigdy dość przestrogi dla umysłów wobec używania, stanowczego nadużywania zaufania, słowa „nauka” i jego pochodnych, tak jak to haniebnie czyniono od wieku XVIII.

Nie było nigdy absolutyzmu, fanatyzmu, nadużywania zaufania lub zwykłej głupoty – od środków na odciski po nazistowski rasizm – które by w jakiś sposób nie powiewały sztandarem „nauki”. [R.L.Bruckberger, członek francuskiej Akademii Nauk Moralnych i Politycznych]

Ostatnim zadaniem rozumu jest uznać, że istnieje nieskończenie wielka liczba rzeczy, które go przerastają [Blaise Pascal]

Książka Messoriego z pewnością nie aspiruje do miana najświeższej pozycji w arsenale apologetycznym; prawdę mówiąc sięgnąłem po nią po lekturze „Dlaczego wierzę?” Od pierwszego wydania książki w 1973 archeologia ciągle się rozwija i najprawdopodobniej wydanie zaktualizowane zawierałoby wiele więcej odnośników do najnowszych wyników badań, niż obecnie. Choć prawdę mówiąc nie sądzę, żeby zmieniło to wiele w ogólnej wymowie książki.

Nadrzędną bowiem zaletą „Opinii…” jest urzekająca spójność wywodu logicznego. Właśnie owa spójność, nie zaś jedno czy drugie wykopalisko potwierdzające zapis ewangeliczny [Messori podaje przykład Nazaretu, gdzie wzmianka o tym miasteczku długo okazywała się pozbawiona podstaw archeo, co skrzętnie wykorzystywali ateistyczni polemiści… nawet wówczas, kiedy odpowiednie wykopaliska zostały dawno odtrąbione]. Spójność faktów tym bardziej urzekająca, że zestawiona kontrastowo z wzajemnym kopaniem się po kostkach [żeby nie rzec: wyzywaniem się od idiotów] zwolenników hipotezy krytycznej i mistycznej, ignorowaniem przez nich oczywistych faktów i odkryć [stąd złośliwe motto, ale NMSP], wreszcie oczywistych bzdur, głoszonych z kamienną twarzą przez utytułowanych luminarzy nauki [wedle pana Johna Allegro, zwolennika „hipotezy mistycznej”, Jezus był… gatunkiem grzyba halucynogennego; jakim cudem wedle owych przemyśleń pana Allegro ów grzyb miałby zantropomofizować się w Mesjasza, Messori złośliwie milczy]. O elegancji wywodu, zestawionej z dzisiejszym, monopolizującym dyskusję gimboateizmem typu „Jezus to fikcja, a jeśli nie, to i tak nieprawda, ale gdyby była jednak prawda, to i tak jest do niczego”, nie wypada już nawet wspominać.

Na koniec najdłuższej notki na tym blogasku wypada wspomnieć już tylko marginalnie o kilku drobiazgach. Messori niejako mimochodem przewraca na plecy teorię wywodzącą Jezusa od esseńczyków, którą to teorią solidnego ćwieka zabił mi jeszcze na studiach Daniken. Marudy mogą narzekać na nieszczególnie uźródłowione cytaty, choć autor oferuje na życzenie w prywatnej korespondencji pełną bibliografię, a od podania jej w książce ucieka, chcąc uczynić ją jak najbardziej przyswajalną dla niedzielnego czytelnika – co jest relatywnie nieistotnym szczegółem, w dobie internetu zainteresowany może znaleźć większość cytatów w necie.

Książka nie jest aktualnie wznawiana, swój egzemplarz wydany w 1993 roku kupiłem na allegro. Ale było warto. Nawet jeśli książka nie przeorze ci światopoglądu – warto po nią sięgnąć choćby ze względu na rzadko spotykaną w tym temacie dyscyplinę myślową. Choć realnie patrząc – i tak motywy ewentualnych czytelników będą oczywiste.

I zupełnie inne. Polecam gorąco.