O żesz.

Nowe życie zaczęło się przy ulicznej reklamie biletów lotniczych. Kupił bilet do Indii. Żonie powiedział, że jedzie na kilka dni w góry, przemyśleć parę spraw, nabrać energii, odpocząć. Spakował bochenek chleba, jedną konserwę, kilka zupek w proszku i poleciał do Delhi. (…) Kilka dni zajęło mu oswajanie się z Indiami. Dopiero potem zadzwonił do żony. Nie uwierzyła. Myślała, że pije, gdzieś z kumplami w gołębniku. Najpierw groziła, potem prosiła, tłumaczyła, żeby nie pił, bo przecież bierze lekarstwa. Dopiero, kiedy w słuchawce usłyszała jakiegoś Hindusa, którego Mietek zaciągnął do telefonicznej budki i kazał mówić, dała wiarę mężowi.
– Jezus Maria – zalamentowała do słuchawki. Mietka zobaczyła dopiero za pół roku. [Źródło]

Fragment historii Mieczysława Bieńka. A Ty dalej boisz się zmienić pracę.

Hm.

Według aktu oskarżenia, Stanisław G. nawiązywał kontakty telefoniczne z kobietami, które poprzez ogłoszenia w gazecie telewizyjnej i prasie lokalnej poszukiwały pomocy finansowej lub pracy. Oferował pomoc i prosił o dane osobowe do sporządzenia umowy. Zabezpieczeniem spłaty miały być nagie zdjęcia, wysłane mu telefonem komórkowym. Zdjęcia miały być skasowane w momencie spłaty pożyczki.

Oskarżony podawał, że jest bardzo dobrym człowiekiem, który wiele razy w przeszłości bezinteresownie pomagał innym ludziom. Pomocy jednak nie udzielał, domagając się kolejnych zdjęć. Kobiety, które chciały zerwać korespondencję straszył, że ich zdjęcia opublikuje w internecie i o wszystkim powiadomi rodzinę. Jego żądania eskalowały, domagał się zdjęć z czynnościami seksualnymi, w tym również z udziałem dzieci i zwierząt, oraz pieniędzy. [źródło]

Pomijając już wszystko inne… jakim zboczeńcem trzeba być, żeby domagać się zdjęć z czynnościami seksualnymi z udziałem pieniędzy?

Nie, to nie jest Nowy Pompon.

Wieczorny ROTFL.

Te źródła żydowskie, to pewnie Flawiusz (mam nadzieję, że nie przekręciłem imienia). Dziś jednak wiemy, że jego tekst o Jezusie został… sfałszowany, gdzieś w Średniowieczu.

Pomiot liryczny w tym króciutkim wyimku prezentuje nam „core” gimnazjalnego ateizmu. Pisze cokolwiek, elementarnych rzeczy nie sprawdzi, ma nadzieję, że imienia nie przekręcił, ale generalnie i zasadniczo jest przeciw. Źródła nie podam, bo po pierwsze sami zaraz je zapewne podacie, a po drugie ktoś tu psiamać musi stać na straży poziomu, mharharharhar.

Wieczorny ROTFL.

Właściciel strzelnicy zapytał czy ktoś planuje strzelać, ale został zignorowany. Toczyły się tu poważne interesy, nie na poziomie jakiejś zasranej strzelnicy.

„Strzelnica” pióra klawiatury Piotra Smolańskiego, tekst zdobywający sobie powoli miano za przeproszeniem kultowego. Tu, o. Polecam z całych sił, prawie popłakałem się ze śmiechu – szczególnie w kontekście użytego dzisiaj tutaj argumentu, że „jak się nie zrzucimy, to za chwilę może nie być z czego się zrzucać”.

Jacek Sierpiński nadaje…

„Kotwica Leppera dla eurolandu”. Tu, o.

Śp. Endrju w ogóle miał pecha. Gdy pisał o talibach w Klewkach, mainstream prześcigał się w celniejszych epitetach, a o podjęciu śledztwa nikt ani nie pomyślał. Ale gdy UE & Co. doniosła zasugerowała istnienie czarnej wołgi transportowców do tajnych polskich więzień CIA, śledztwo poprowadzono z klęczek, zupełnie jak wspomnianą kotwicę.

Swoją drogą ciekawe, ilu PT Komentatorów z poprzedniego akapitu ogarnie tylko tyle, że wypomni mi porównanie prawdopodobnych faktów do oszołomskich teorii spiskowych…

Agresja.

BUM! Takim dźwiękiem zaanonsowało się w tyłku mojej reni chamowate dziewczę blond w audi, nie trzymające dystansu. Nie stało się nic [poza ciężkim stresem Forków], co było widać od razu. – Gdzie hamujesz na pomarańczowym, nie widzisz, jak ślisko! – wyleciała i od razu rozdarła się na pół osiedla. – Nie piliśmy razem wódki – odparłem grzecznie, co dało mi czas do ochłonięcia [zresztą nie pierwszy raz], ją wprawiło w stupor [pomogło, dwie minuty później zaczęła to samo, tylko przez „Pan”], a przydrożnemu żulikowi w kolorach jaskrawych, zjawiającemu się Deus ex machina, dało sposobność do wygłoszenia tyrady na temat jej ubogiego życia intymnego, w której roiło się od mowy kloacznej i terminologii drzewno – tartacznej. Nie to, żem jakiś specjalny, wyluzowany kwiat lotosu na niezmąconej tafli jeziora, po prostu na widok niczego nierozbitego nie chciało mi się babie bez porannej kawusi nawet sprzedawać o poranku żadnego wulgaryzmu. Nic się nie stało, ani draśnięcia [przynajmniej takiego, które byłbym w stanie zauważyć], rozjechaliśmy się w swoje strony, ale taki niesmak pozostał.

* * *

Cztery strzały znikąd i dwa kilometry później – jakiś biedak na warszawskich numerach częściowo stanął na przejściu. Shit happens, choć to przecież nie kryminał. Krwi nie dostrzegłem, dostrzegłem natomiast brodacza z dwoma dupelkami, wymachującego kończynami i ogólnie robiącego wbrew. Facet w SUVie tylko podniósł przepraszająco ręce do góry i widziałem, że tylko mruczy coś pojednawczo, próbując się uśmiechnąć. I znów Deus ex machina zjawiła się jakaś babka, jakiś dziad wrócił się parę metrów z chodnika i samotrzeć razem z psiarzem dalej awanturować się z warszawiakiem. Tamten dalej się uśmiechał przepraszająco i trzymał ręce w adekwatnym geście, ale gdy tramwaj odjeżdżał widziałem, że cierpliwość mu się kończyła.

* * *

Repatriant. Z kraju, gdzie – jak donoszą cesarscy szpiedzy – biznesu nie da się już robić, i gdzie albo zapisujesz się do świń, albo giń, dużo dosłowniej niż tutaj. Powodów do stresu jest pewnie obiektywnie znacznie więcej – tym bardziej, że i jego polski póki co kulawy siakiś, więc communication breakdown się zdarza się. A on nic. Przeprasza, że żyje i że zabiera cenny czas, trzyma uśmiech, pełen wiary jest, alleluja i do przodu. Nie przesiąkł jeszcze widać polskojęzycznymi mediami? Nie pracuje na etat? Nie wpadł jeszcze w dołujące środowisko?

Wewnętrzna siła i niezłomna pogoda ducha u kresowiaków to nie kalka filmowa [z „Klanu”?…]. To widać, słychać i czuć. W książkach, we wspomnieniach, w twarzach, w podejściu do życia. Brakuje widać jakiejś zmiennej, skoro nie stali się jeszcze tacy, jak my – mali, smutni, zarozumiali.

* * *

Wyrzuć telewizor w cholerę, powiadam. Zmień robotę, zmień przyjaciół, zacznij ubierać się w jaśniejszych kolorach, jeśli zaczniesz dostrzegać, że coś jest nie halo. Zanim zaczniesz drzeć się na przyjezdnych czy krzykiem próbując bezzasadnie przykrywać swoją nieudolność. Szkoda Twojego życia, szkoda Twojej energii, szkoda Twoich nerwów, szkoda Twojego czasu – i szkoda też tego wszystkiego [a może przede wszystkim, jeśli jeszcze do tego nie doszedłeś] u ludzi, na których się wyżywasz się. Alleluja i do przodu, powiadam.