QOTD.

Chromosome 7: Instinct. Many determinist views about human behavior that have all been revoked are listed, such as Freudianism, Marxism and others, and Ridley implies that genetic determinism of human instinct is much more probable. Human grammar is one of the best examples of this – vocabulary is certainly not innate, but grammar might be, because young children can speak with perfect grammar even before learning it. There is a gene on Chromosome 7 that has been linked to a disorder called SLI (Specific Language Impairment), for which the heritability has been shown to approach one hundred percent. Through a study of an English family with history of the disorder, Canadian Myrna Gopnik proposed that SLI does not have its roots in the physical act of speaking, but rather in the ability to learn grammar rules. Individuals with SLI can communicate but must have a much larger vocabulary (past tense verbs would feel like separate, unrelated words) because of the lack of internalized grammar, similar to adults trying to learn a foreign language. It has been found, however, that a mutation to this gene causes a lesion in the brain affecting not only the grammar part, but also the Broca and Wernicke areas which control face movement and hearing respectively. Ridley also ties grammar instincts to natural selection as a means of survival. [tu, o]

Tylko tyle – po półgodzinnym szukaniu, choć być może siedzę oczywiście w niewłaściwym bąbelku – udało mi się znaleźć merytoryki na zapytanie „instinct gene discovered”. Opis jednego dziedzicznego zaburzenia – nie instynktu – którego mechanizm wcale nie musi być taki sam, jak pierwotnego zjawiska, a poza tym dużo kategorycznych naukowych stwierdzeń typu „might”, „rather”, „imply” czy „proposed”. W porównaniu do poznanych mechanizmów dziedziczenia koloru oczu czy włosów – nawet nie zero, tylko minus jeden.

Szach mat, ateiści.

Ścinki.

Kolejna z przejściowych fascynacji: Król Bas.

Fork przy śniadaniu z wyrzutem: „Bo wy mnie gonicie do grania, a sami nic”. To mi wszedł na ambicję. Poszedłem i mówię, że gitarzystów mają nadmiar i czy nie szukają basisty. Oni, że szukać nie szukają, ale w sumie czemu nie i tylko musiałbym mieć własny sprzęt, a tak w ogóle to gram?

Łgarstwo twierdzące nie okazało się wbrew pozorom aż tak konfabulatywne. Po przejrzeniu paru tutoriali stwierdzam autorytatywnie [jak podejrzewałem zresztą wcześniej], że podstawowy kurs obsługi basu to niewiele więcej ponad wariacje na temat akordów czterech dolnych strun z gitary, a to się dałoby zrobić. Zresztą od ordowiku umiem grać podkład basowy do panakobranockowego „Sztuka jest skarpetką kulawego” i przy tym jeszcze śpiewać, ha! Pewnie, że diabeł tkwi w szczegółach, pewnie, że luki w teoretycznej wiedzy o skalach, pewnie, że jakieś pochody doryckie czy inne eolskie byłyby do przepracowania, ale mam nieprzeparte uczucie, że z marszu mógłbym wejść.

Organizacyjnie też niezgorzej. Bas konwencjonalny z oprzyrządowaniem – jakieś 2k, akustyczny też. Szkoda tylko, że nie dorobiliśmy się instrumentu akustycznego z odłączaną na życzenie akustyką, jak mają pianina, bo w razie czego musiałbym wybierać – granie zawsze bez wyciszenia, czy granie z wyciszeniem, ale tylko pod prądem.

I tylko czasu brak, przez co konieczość wyboru staje się raczej umowna. W moim własnym, opisywanym kiedyś znaczeniu. Nawet przykład z gitarą tam jest.

* * *

Przechodzę stan dziwnego zawieszenia. Po raz pierwszy od lat szwankuje mi moje osobiste GTD i odczuwam przytłoczenie ilością spraw… a może sprawa jest bardziej prozaiczna? Mija już jakieś półtora tygodnia, od kiedy zarzuciłem niemal całkowicie [i w zasadzie siakoś przypadkiem, na fali odsypiania we wrześniu wszystkiego przy każdej nadarzającej się okazji] picie kawy i napojów energicznych. I wciąż nie mam pojęcia, czy to naturalna reakcja obronna organizmu, czy jakiś zgrzyt w systemie.

A może to po prostu wrzesień? Trzeci kwartał daje mi w kość najbardziej w roku, od kiedy pierwszy Fork poszedł do szkoły. Tak właśnie, POMIMO wakacji. Uspokajam się dopiero w okolicach października.

* * *

Popodmieniane dyski na SSD. Różnicę widać, ale ultraspecjalnego szału nie ma. Kolega mówi, że szał widać, kiedy jest się zmuszonym do chwilowego powrotu na stare dyski. Nie będę się z nim kłócił.

* * *

Schnę. Królestwo za kopa.

Z przedpołudniowej prasóweczki.

Jak możesz twierdzić, że jesteś perfekcjonistą, jak masz w domu taki bardak?
– To jest perfekcyjny bardak.

* * *

Kupiłem system audio z naprawdę wysokiej półki. Wrażenie obecności muzyków rockowych jest tak silne, że zaczęła mi ginąć kokaina.

* * *

Grecja – praktycznie upadła. Włochy – słabe i wewnętrznie skonfliktowane. Iran – główny agresor w regionie.
Witamy w IV w. p.n.e.

Ku pokrzepieniu serc.

W zalewie pesymizmu, zniechęcenia i kolejnej padaki joggerowej niosę dobrą wiadomość: niektóre offowe wizje naszej sytuacji geopolitycznej są wzajemnie sprzeczne i nie może na nas spaść jednocześnie wszystko, co złe! Sunsum corda!

Weźmy na przykład koncepcję Polski jako kondominium niemiecko – rosyjskiego pod żydowskim zarządem powierniczym. Koncepcja generalnie dołująca – ale jak pogodzić ją z zalewem imigrantów? Żydowskiego terytorium powierniczego z Arabami inside nie wymyśliliby nawet spece od Goldmana. Fakt, niby jako kontrprzykład jest USA, ale oni nie leżą w obrotowym przedmurzu… Albo więc tedy ominie nas imigracja, albo zarząd powierniczy. A może oba naraz? Czego sobie i Państwu życzę.

Albo wizje Michalkiewicza, wedle których nadchodząca porażka Partii * nie stanowi powodu do wiary w zmianę systemową, a jedynie zmianę dekoracji dla walki buldogów [czyt. służb i stronnictw] pod dywanem. Otóż z zewnątrz to może tylko zmiana kosmetyczna, ale ja dostrzegam różnicę jakościową pomiędzy wychowaniem pokolenia na „wstydzie za Jedwabne”, a wychowaniem na „micie założycielskim” Polski Walczącej chociażby, o odnawianiu dumy narodowej nie wspominając. A taka zmiana – bez wątpienia dokonująca się stopniowo – nie może przecież żadną miarą zostać uznana za fasadową, choć nasze Excele oczywiście od tego nie wyładnieją, przynajmniej na razie.

* * *

* a tej porażki PO wcale nie byłbym taki pewien. Wg moich wiadomości, zagłosują na nich najmniej Cichy, Daromar, mój były współpracownik głęboko wierzący, że Kaczyński zjada niemowlęta na surowo, oraz znajome małżeństwo, prenumerujące „Gazetę Wyborczą”. Jakby nie patrzeć, najmniej bite pięć głosów, o ile nie będzie nieważnych. Hasta la victoria, siempre.

Z notatnika miłośnika…

literatury w zasadzie podłej, pełnej przemocy i świństw.

Zygmunt Miłoszewski, „Bezcenny”

Autora kojarzyłem głównie z „Domofonu” – z tego, co pamiętam, ze zgrabnym zawiązaniem akcji i późniejszym osiadem jej tempa. „Bezcenny” jest zdecydowanym krokiem naprzód i w zasadzie można mówić o thrillerze pełną gębą, tym ciekawszym, że mocno na czasie – osią fabuły jest próba odzyskania zaginionego w czasie wojny rafaelowego „Portretu młodzieńca”, który to obraz wedle niektórych przekaziorów może znajdować się w słynnym „złotym pociągu”. Wyraziste sylwetki bohaterów, dobry research i ciekawa akcja, czyta się bardzo przyjemnie. To bodajże pierwsza książka, gdzie przeczytałem [cóż, że włożone w usta jednej z postaci] zarzuty pod adresem Szwedów dotyczące grabieży polskich dóbr kultury, przekraczającej rozmiarami nawet tę hitlerowską.

Mariusz Zielke, „Człowiek, który musiał umrzeć”

Bez najmniejszego nawet śladu żenady książka stanowi na dobrą sprawę niemal całkowitą zżynkę z panalarssonowskiego „Millenium” [którą to zżynkę – cesarzowi co cesarskie – bohaterowie dostrzegają i doń się odnoszą się], wzbogaconą o polskie realia i nawiązania do spraw z ostatnich parunastu lat [jak choćby nieszczęsnego piromana Brunona K.]. Całość jednak broni się zadziwiająco dobrze – może poprzez położenie nacisku na wątek polski. Zielkego ogólnie lubię czytać ze względu na dogłębną znajomość realiów czy to pracy dziennikarskiej, czy to drugiego, trzeciego i n-tego dna wielu spraw, o których media informują tylko pobieżnie. Na końcu palców miałem kategoryczne stwierdzenie, że książka – pomimo sztafażu beletrystycznego – pomoże dostrzec niektórym głębsze podteksty niektórych afer, ale zrezygnowałem; część wie o tym od dawna, a reszty nie przekona nawet Assange pijący wódkę ze Snowdenem. Niezamierzony element komiczny wnosi przez swą powtarzalność opis metod pewnej crackerki – nijak chyba nie zespoiluję, jeśli napiszę, że kiedy ktoś otwiera maila z niedziałającym załącznikiem, to w następnym akapicie możemy spodziewać się znalezienia u niego w komputerze najmniej pornografii dziecięcej. Podobieństwo do Larssona obejmuje również „brudną” tematykę – w porównaniu z pozostałymi pozycjami z tej notki niektórych może to razić, żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Michael Crichton, „Predator”

Moje pierwsze zetknięcie z autorem. Trafiłem do niego przez blurby książek spółki Preston & Child, gdzie Crichton figuruje jako autor wzorcowych technothrillerów. „Predator” [w poprzednich wydaniach jako „Rój”, ale książkę przecież trzeba sprzedać] nie rozczarowuje ani trochę.

Na pustyni biotechnologiczny startup rozpoczyna produkcję nanobotów i – jak można się spodziewać – wszystko zaczyna się sypać, żeby nie użyć mocniejszych słów. Autor pierwowzoru „Parku Jurajskiego” zna[ł] się na rzeczy i książka pełna jest technokratycznych wtrętów, co ubogaca nasze horyzonty myślowe i wiedzę ogólną, ale niekiedy podane z drobną przesadą potrafi momentami znużyć – tak czy siak, hakowania emacsem przez sendmaila z pewnością nie uświadczymy. Fabuła konstruowana jest generalnie bez zarzutu, zdarzające się przestoje akcji nie są na tyle częste, żeby rzutować na całość. Z racji wcześniejszych lektur nie mogę oprzeć się porównaniu „Predatora” z twórczością wspomnianego duetu… i ku własnemu zdumieniu odkrywam, że wbrew unurzaniu w tym samym gatunku, z jednego technothrillera Crichtona można dowiedzieć się o rząd wielkości więcej, niż z całej twórczości wspomnianych panów. Ech… rzucę kiedyś tę moją fabryczkę, wyjadę w Bieszczady, wezmę się za Lispa i zacznę kodować algorytmy genetyczne…

Zakład na koniec świata.

Nie bardzo rozumiem, jak można się dziwić osobom zakładającym się jak w tytule. Wygraną się co prawda nie pochwalą – ale jeśli wierzą w to, co mówią, ulgi z przegranej nie zastąpi nic. To ja się też pobawię w futurologa [politpoprawna nazwa jasnowidza]…

Coś dużego zdarzy się do połowy października, a prawdopodobnie do końca września. Główna przesłanka: Szmita. NIE dlatego, że jestem przesądny czy zabobonny, z takimi argumentami idźcie sobie na /dev/null. DLATEGO, że skoro tym światem rządziły już różne indywidua, to nie ma logicznego powodu, żeby nie dopuszczać ewentualności, że niezerowy wpływ na ten najlepszy ze światów mogą mieć tym razem indywidua kabalistyczne [kto czytał „Wojnę o pieniądz”, ten wie, o co chodzi]. Dwa wcześniejsze zdania proszę przeczytać jeszcze raz… i jeszcze raz… nie mam czasu ani ochoty, żeby tym razem w komciach odpierać jakieś chochoły o iluminatach, reptilianach czy pieron wie co jeszcze. Podstawy „fundamentalne” hipotetyczni orędownicy Szmity mają niezgorsze, światowa gospodarka od dawna leży i kwiczy. 13 września plus dwa tygodnie, minus te parę pozostających dni do Dnia Darowania Długów [sprawdzić, czy nie goj], jest wyjątkowo pasującym terminem, o czym wspomina w linkowanym arcie Lagarde, a co innego racjonalnego wytłumaczenia [nie licząc fejka] nie doczekało się do tej pory. Od siebie dodam jeszcze tylko, że na SuperSzmitę wskazują jeszcze najmniej dwie poszlaki: hype imigrancki oraz dziwności na Comeksie [rekordowo niskie pokrycie złotem fizycznym „złota papierowego”, ktoś musi szykuje słoiki]. W tym kontekście całkowicie nieracjonalne omeny typu BloodMoon wydają się już w ogóle nie warte odnotowania.

Czas start! I prosimy nie strzelać do wróżfuturologów.

Punkt widzenia.

JKM: „Rozsądna kobieta będzie wolała zostać jedną z 7 żon odpowiedzialnego, mądrego i silnego mężczyzny, niż jedyną żoną łachmyty”.

Gawiedź: lol xd co za oszołom krul nikt poważny nie będzie z nim dyskutował, żal.pl

Prof. Vetulani: „(…) Bo inteligentne kobiety wolały trafić do haremu potężnego, niż gdzieś tam z ukochanym klepać bidę na obrzeżach lasu.”

Gawiedź: „To jest profesor, dać mu główną onetu!” [link, swoją drogą polecam lekturę]

Zapiski z połowy tygodnia.

Poniedziałek: pada mi UPS w fabryce. W niewczesnej próbie zawiezienia go do serwisu orientuję się w ostatniej chwili, że przyjechałem do fabryki bez dokumentów. Biorę taryfę. UPS okazuje się nienaprawialny. Kupuję nowy.

Wtorek: planowany pobyt w polskojęzycznych bankach przedłuża się kilkukrotnie. Zwykła dyspozycja wybrania dolarów gotówką z rachunku w biurze maklerskim rozpieprza system [pokazując na dyspozycji kwotę w USD, a słownie w PLN], skazując mnie na konieczność chwilowego założenia klasycznego rachunku w USD. Całość trwa 3 [trzy] godziny. Założenie rachunku w drugim biurze maklerskim trwa co prawda tylko dwie i pół godziny, ale za to wymaga ku mojemu zdziwieniu ściągnięcia z drugiego końca wioski TŻ, z racji kwoty dla pojedynczej reprezentacji w fabrycznym KRS zaledwie dwudziestokrotnie przekraczającej zakładaną wpłatę. W środku mojej wizyty w biurze maklerskim dzwoni potencjalny klient, olewający mnie przez pół roku, i domaga się załatwienia sprawy natychmiast.

Środa: próba wpłaty wczorajszych dolarów do drugiego biura maklerskiego rozbija się o ścianę, gdyż albowiem ponieważ bo biuro prowadzi klientom rachunki tylko w PLN, nawet dla operacji zagranicznych. I – tak, zgadliście, każdy trade jest przewalutowywany w obie strony. Fakt faktem, nie sprawdziłem wcześniej, ale po pierwsze tylko dlatego, że taki kretynizm zwyczajnie nie przyszedł mi do głowy, a po wtóre chciałem jak najszybciej wynieść się z poprzedniego biura, w którym straciłem kilka złotych tylko dlatego, że małe chińskie dziecko, realizujące moje telefoniczne zlecenie, poszło akurat żreć, przez co cena okopała się była parę pipsów niżej. Następna w kolejce wizyta w sklepie komputerowym, gdzie dowiaduję się, że mój chytry plan zakupu dodatkowego RAMu do laptopa poszedł się rozmnażać, bo mobo nie obsłuży więcej, przez co wychodzi na to, że zamiast paru stów na wymianę kości pójdzie parę tysi na wymianę laptopa.

To be, kurna, continued.