Ogłoszenia parafialne.

Przyczyną stukotów, obecnych od wczoraj w Reni, okazała się rura wydechowa, której mocowanie odpadło od podłużnicy wskutek rdzy. Mechanik na szrocie dał mi dyskretnie do zrozumienia, że auto trzyma się na konserwacji. Pieprzona czternastoletnia kupa złomu. Sprzedam Renault 19, rocznik 2007. Bezwypadkowy, garażowany, pierwszy właściciel, stan idealny, przebieg 20 000 km.

Korci mnie. No jak mnie korci.

Żeby zadzwonić dzisiaj do człowieka, który jest mi winien kasę [której pewnie nie ujrzę do końca życia] i przeprowadzić następujący dialog:
– Cześć, jest może obok ciebie żona?
– Nie ma, a co?
– Nic wielkiego… przekaż jej proszę w takim razie, że dzwoniłem z życzeniami z okazji Dnia Matki.
– ???
– Nie mam jak wytłumaczyć, bo się spieszę… po prostu przekaż, ona będzie wiedziała, o co chodzi.

Kącik pieśni ekstremistycznej.

Działo się to w czasach, kiedy do swoich zalet w CV wpisywałem młodość, trawa była zielona, dziewczyny ładne [ja Was proszę, nie kompromitujcie się nieznajomością klasyków i nie oburzajcie się za ten tekst], a pedała od geja odróżniał status majątkowy, a nie eksperymenty lingwistyczne. Ze sceny ustawionej na Zlocie Ciemnogrodu [tym samym, za próbę pokazania którego z TVP w wolnym kraju z prędkością światła niemalże na oczach widzów wyleciał Bogdan Rymanowski] zaatakowało mnie trzech smutasów z gitarami i fortepianem bajką o Pawle i Gawle.

Paweł i Gaweł w jednym spali domu,
Paweł grał chłopca, a Gaweł dziewczynę,
Paweł był wierny, nie dawał nikomu,
Gaweł się puszczał z kulawym Murzynem.

Paweł po nocach koszerną chlał czystą
[prawdziwa mężczyzna nigdy nie płacze]
bo wolał się zachlać, niż zostać rasistą
za sprawą bambusa sprawnego inaczej. […]

Najpierw opadła mi szczęka. Tak gdzieś do poziomu wyjątkowo nisko położonych na Kociewiu wód gruntowych. A zaraz potem wsłuchałem się w dalsze teksty.

Czy wierzycie w krasnoludki?
Problem nie jest oczywisty,
bo istnieje człowiek krótki,
jak rozumek socjalisty. […]

I tak dalej. W dyrdy kupiłem kasetę [„Śpiewnik oszołoma”], przy której minęły mi całe wakacje. I tak, jak Oi Va Voi zawsze kojarzyć mi się będzie już z podręcznikiem do Railsów, tak Czajkowski właśnie [Leszek Czajkowski] kojarzyć mi się będzie z Hawkeye [hamerykański AWACS], którego całego skleiłem na swoich ostatnich wakacjach do wtóru tego pana właśnie.

Dziesięciu dzielnych harcerzy
w komunę bawić się chciało;
jeden miał ojca kułaka,
przeto dziewięciu zostało…

dziewięciu dzielnych harcerzy
Marksa uczyło się w mękach,
ale po Październiku
została ich tylko ósemka. […]

Czajkowski przypomniał mi się zupełnie z innej, w zasadzie offtopicznej okazji przy wątku u Aciddrinkera. Kasetę oczywiście do dzisiaj wcięło, ale próbując się podeprzeć przykładem, znalazłem stronę Solidarności Walczącej, gdzie ku mojemu niepisanemu entuzjazmowi znalazłem całą [?] dyskografię, czyli cztery albumy. „Śpiewnik oszołoma” [gdzie wbrew pozorom Czajkowski śpiewa nie tylko na tematy powyższe, ale dotyka również – fakt, mniej medialnych – tematów o wiele cięższego kalibru, jak choćby wspomnienie o Wiechu czy Monte Cassino] znam na pamięć i właśnie odsłuchuję, czy wszystko ok, za resztę albumów zabiorę się wieczorem.

Niezaangażowanym wbrew pozorom – odradzam. Kaczmarski to jednak nie jest, mimo podobnej aranżacji – ani wokalnie, ani instrumentalnie, nie ta klasa i nie ta półka, bądźmy szczerzy. Muzyka jednakowoż przyjemna, o ile – wskutek wyznawanej przeciwnej ideologii – przyjemności nie zakłóci doktrynalna konieczność obrzucania Czajkowskiego inwektywami, które cywilizacja łacińska dopiero od niedawna włącza do swojego słownikowego mainstreamu. Całej reszcie – oszołomom, ksenofobom, ekstremistom, faszystom, homofobom, męskim świniom, antysemitom – gorąco polecam. Brak Kaczmarowego polotu i klasy Czajkowski i spółka nadrabiają złośliwością i zaangażowaniem.

W obskurnych norach
siedzą ukryci
antysemici.

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że pozostałe programy prezentują równie wredny poziom. Ściągać szybciutko, no już.

Niedowiarku, minę zmień,
śpiewka jest produktem marzeń,
to był sen i tylko sen,
nieprawdziwa wersja zdarzeń.

Granda.

ZUS przesłał mi nakaz stawiennictwa w związku z badaniami powypadkowymi. Za niestawiennictwo – kasacja wniosku o wypłatę odszkodowania. Oczywiście w ściśle określonym czasie, co mnie już jakoś kurde nie dziwi. Nowością w przyjaznym państwie jest to, że zawiadomienie przesłali listem zwykłym. A nuż by się zapodziało [skoro przy ostatnim listonoszu zapodziewały się nawet polecone, bo panu nie chciało się nawet dostarczać awiz, tym bardziej zapodziać się może zwykły list] i możnaby było odmówić wypłaty świadczenia, podpierając się nieobecnością petenta. Niedoczekanie wasze, glonojady chędożone.

Wieczór.

Żona siedzi przy laptoku i zarabia na życie. Ja rozmawiam z dzieckiem i próbuję robić placek królewiec z Delecty [ATSD albo ja nie wiem, co to znaczy mililitr, albo ciasto wylane na blachę tak, że tworzy warstwę o wysokości 5 mm raczej nie ma szansy urosnąć tak, żeby można było z niego odkroić subwarstwę o grubości 1 cm – działania na warstwach w gimpie wychodzą mi jednak dużo lepiej]. Wzorce płci mają dziś wolne i korzystając z okazji, chleją na umór z feminizmem. Co jakoś mnie nie dziwi, koniec końców dzisiaj jest… Środa.

Przysposobienie do życia w biznesie wymaga ode mnie czegoś zupełnie innego, niż się spodziewałem. Zamiast wgryzać się w ustawę o rachunkowości czy PDOF, robię intensywne minidoktoraty z SEO, bankowości, łeba 2.0 i funduszy inwestycyjnych. Odwalam robotę głupiego, a w przerwach między Clavellem podczytuję literaturę motywacyjną. Ogólnie jest dobrze – albo jestem niedoinformowany.

Galopujący socjalizm w natarciu.

Ty i ja będziemy od przyszłego roku finansować fanaberię pt. rozwój kierunków zamawianych, czyli kierunków, gdzie studenci [a przynajmniej ich część] będzie otrzymywać dodatkowe stypendia [ok. 1k zł miesięcznie]. Bo studenci tych kierunków są Polsce potrzebni. Kasztany przeciw orzechom, że ci studenci pracy w Polsce później nie znajdą i wyemigrują i nasza kasa przepadnie [bo o nadmiar inteligencji przejawiający się choćby w żądaniu zabezpieczenia w przypadku emigracji przed upływem np. dwóch lat nie podejrzewam rządzących], ale za to [nie]rząd będzie miał przed wyborami wymówkę, że zatroszczył się o rozwój technologiczny kraju. Czyli musi zmienić się wszystko, żeby nie zmieniło się nic – planowanie socjalistyczne bez głowy, bez planu i na wariata, ale za to w świetle kamer i z przytupem. Nierówne traktowanie zamawianych studentów [świetne określenie, btw.] i całej reszty – litościwie pomijam. źródło.

Hiperwentylacja w hipermarkecie.

Wczoraj znów, wbrew wcześniejszym deklaracjom, robiłem zakupy w weekend, zamiast załatwić je w ciągu tygodnia. Z tej okazji przypomniałem sobie elegię na weekendowe zakupy, popełnioną niegdyś. Realia się zmieniły [niektóre], ale warstwa emocjonalna pozostała bez zmian. Przeklejone, by ocalić od zapomnienia i ku pokrzepieniu serc. Elegia lekko poprawiona i stuningowana, ale jądro zostawiłem.

/me nie znosi marketów. Nie wiem, skąd się bierze,
że gdy jestem w markecie, zamieniam się w zwierzę,
co w swych oczach ma tylko dziką mordu żądzę,
by stąd wyjść jak najszybciej, tracąc swe pieniądze.

Zazwyczaj bywam z Żoną. Autka wszak nie mamy,
ktoś więc musi dotaszczyć ten bajzel do bramy,
by stwierdzić poniewczasie, że oprócz sprawunków,
co nam w domu niezbędne, mamy na rachunku

dwadzieścia kilo czosnku w specjalnej promocji,
zapałki pakowane po dwanaście w porcji,
sznyty, fryty, dendryty, plastikową odzież
no i łysą papugę, co wrzeszczy jak młodzież.

Wczoraj ujęliśmy temat trochę inną modłą,
wziąłem Listę Zakupów, bo mi Żonę zmogło
I zacisnąwszy zęby, pomaszerowałem
Tam, Gdzie Twoje Marzenia Dziś Staną Się Ciałem.

Weszłem. I już od progu czuję, że mnie drzaźni
wszystko, co robi na złość mojej biednej jaźni
No i już chcę wychodzić… Zluzuj, narratorze,
Kupuj, co masz kupować, i umieść to w worze.

Gdzie złocisze na wózek? Aha… już dociera…
złote poszły na Rynku, gdzieś na hamburgera.
Warrrrrk. Zostawił ktoś wózek. Głupi, kto nie bierze.
… a sumienie do dzisiaj wyje niczym zwierzę.

Skręcam w Dwudziestą Piątą. Jak jedziesz, ofiaro?
Miałem kupić lazanię, a to?… To? Makaron.
Bardzo śmieszne. Znów nawrót. Znowu nowa wizja.
Makarony są tam?… Nie. JEBUT!! Znów kolizja.

A tu – Nabiał Avenue. Pod numerem osiem
Jakaś babka z promocji ma czołówkę z łosiem,
co nagrabił na tyle, żeby dostać w kufę:
z wózkiem na jednym metrze robił zwrot przez rufę.

Co jeszcze? Ach, jest kurczak! Kurczak jest na mięsie.
…kurczaka niet na mięsie. Torero się trzęsie.
Kurczak jest nieco dalej. Formalnie w konsumach,
realnie… obok klocków, przy pluszowych pumach.

Cały market zjeździłem dziś już z osiem razy,
jeśli cukru nie znajdę, zdechnę od zarazy…
Aż nagle mam ochotę walnąć sobie w ryło…
Cukier jest na tej półce. WCZEŚNIEJ GO NIE BYŁO!!!!!

Wreszcie wpadam na kasy. Znowu nie wykręcę…
Zakupy trzymam w jednej, kartę w drugiej ręce,
koszyk pcham lewą nogą, międląc gdzieś wśród gwizdu,
żeby mi nigdzie bałwan nie pojechał w świat.

Tam baba lecąc, z dala grozi, szumi, wyje,
ryczy, jak dzik przed bitwą, miota się, grunt ryje,
już dopadła: jak boa wśród półek się zwija,
pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.

Jogurt spadł blisko miejsca dla palet do hurtu,
lezie baba, nie patrzy, wlazła do jogurtu.

Jeszcze tylko zapłacić i już droga wolna,
torero cały happy, niczym myszka polna,
więc dzwoni po taryfę. Jedźże szybciej, leszczu!
Więc czeka na taryfę. Z zakupami. W deszczu.

Taryfa nadjechała, kierowca się biedził,
pomógł mi nieść zakupy, część nawet odcedził.
Torero przeszczęśliwy. Jutro auto kupi.
Wreszcie skończył ten wierszyk.

[Mickiewicz jest głupi].