Skazani na propagandę, czyli jak zjeść ciastko i mieć ciastko.

Widzieliście „Skazanego na śmierć”? Obiecuję, że wiele nie zaspoiluję.

S1:O7. Akcja w męskim więzieniu o zaostrzonym rygorze. Jeden z więźniów to gwałciciel-homoseksualista – z tych, co to żywemu nie przepuszczą, szczególnie w męskim więzieniu o zaostrzonym rygorze. W więźniu otacza się mocno zbudowanymi gośćmi, tych słabiej zbudowanych bierze pod swoje skrzydła i nie tylko skrzydła [swoją drogą, „siedzieć komuś w kieszeni” nabiera nowego znaczenia, #kmwtw]… Schwytanemu strażnikowi odbiera zdjęcie jego w zasadzie dorosłej córki i opowiada mu o niej różne rzeczy…

I teraz najlepsze. Z więźnia uciec trzeba kupą, bo taki chytry gryplan, bo tak chce leżyser, bo zobowiązania towarzyskie… Złodupca nie wtajemniczamy w gryplan – w pewnych okolicznościach sam się wtajemnicza. Robi się szarpanina i wszystko wychodzi na jaw. A w tej szarpaninie jeden bohater szarpie drugiego z niedowierzaniem:

– Dopuściłeś pedofila do tajemnicy?

Po obejrzeniu takich ujęć przekonanie połowy świata, że wojnę wywołali i 6 milionów w Auschwitz pozabijali nie żadni tam Niemcy, tylko jacyś naziści, to naprawdę małe miki.

Inkąpetąs, część szesnasta.

Tego jeszcze nie grali.

Sama rozmowa, jak rozmowa, nic szczególnego. Poza odpowiedzią na pytanie, dlaczego chce się przebranżowić. Bo w zawodzie nie ma dla niej pracy, tak mówi.

Absolwentka matematyki, chwali się znajomością R [więc pewnie jakiegoś pytonga też]. W Krakowie.

Nie no, serio. Jestem w stanie serio serio zrozumieć, że może jej to nie interesować. Że nie lubi kodować, że to zwyczajnie nie jej broszka. Ale ona twierdzi, że nie ma dla niej pracy. Eksplicytywnie, rzekłbym. Są widać rzeczy w niebie i na ziemi, o których nie śniło się nawet waszym fizjologom.

O rynku pracownika.

Są serwisy typu GoWork, te wszystkie linkediny, etc… A w nich – opowieści, jak nam źle, jak szefowie januszują, jakie buraki i wogle.

A mi marzy się serwis dla pracodawców. Założony odpowiednio daleko, żeby nie objęła go żadna chromolona jurysdykcja rodowska. Gdzie możnaby zapisywać opinie o kandydatach do pracy, którzy umawiają się na rozmowę, a potem ani nie przychodzą, ani nie zadzwonią, ani nawet telefonu nie odbiorą. Miałby pewnie duże powodzenie, bo na każdy taki wpis potencjalny pracodawca miałby około godziny czasu.

Niech to wszystko już pierdyknie. Mocno, głośno i wyraźnie. Proszę.

O Stefanie.

Niesioł.

Nie chodzi mi o rzucanie kamieniem… znaczy… no, nieważne. Chodzi o to, że to Stefanek Lakmusowy naszego podzielonego społeczeństwa.

12f04789eaa51ed84f12d30948cd-is-hypocrisy-the-greatest-threat-to-human-societies
Żródło: debate.org

Bo gdyby patrzeć bez uprzedzenia, zacietrzewienia, itp., to jego temat to obiektywnie samograj dla antyklerykałów. Z tego, co dociera do publiki, to niemal klasyczne „modli się pod figurą, a diabła ma za skórą”. Młyn na wodę dla wszelkich antyklerykałów, przeciwników KK, publiki „Kleru”, itp. I nie piszę tylko o jego ostatnim wyczynie – z mało chrześcijańskiego języka [delikatnie mówiąc] kojarzę człowieka jeszcze od czasów ZChNu. A potem było tylko gorzej.

A tymczasem – cichosza. Może selektywnie media odbieram, ale jakoś nie spotkałem się z jakimś masowym wywlekaniem przewag Stefana w kontekście krytyki KK. Jak idzie na Kościół, to leci każdy możliwy ksiądz ze standardowym katalogiem onetowych grzechów, prawdziwe czy domniemane faryzejstwo okołoPiSowskie, pedobeary, ostatnio memy ze Smarzowskiego, trafi się czasem Michalkiewicz… A o Stefanie – nic albo prawie nic. Wy wiecie dlaczego i ja wiem dlaczego – bo on nie z tych, w których walić należy. To, że wystawia się na strzał [powtórzę: nie oceniam – stwierdzam fakty], a z tej racji nie dzieje mu się nic albo prawie nic – to dla mnie koronny dowód tego, że poczucie racji w polityce już dawno straciło sens [przynajmniej dla tych, którzy KK nie przepuszczą przy żadnej innej okazji, czyli Sami Wiecie Komu], zastąpione prymitywnym trybalizmem.

I w naprawę Rzplitej uwierzę dopiero wtedy, kiedy antyklerykały zaczną masowo mieszać Niesioła z błotem obok całej reszty atakowanych katolików z prawej strony na głównej onetu.

O giełdzie.

Wczoraj w środku nocy uświadomiłem sobie w sumie nieprawdopodobną rzecz.

Z jednej strony pojawia się coraz więcej modeli, ze stresującą mnie dokładnością przewidujących ruchy cenowe walorów giełdowych [jak choćby ten, wykresy na końcu FTW!] – a to dopiero początek. Ba, konstrukcje o lepszej charakterystyce zapewne są już na rynku i w przeciwieństwie do powyższego umieją do analizy sentymentu wykorzystać już choćby źródła pisane i semantyczną analizę słownictwa np. analityków czy innych, pardon my french, influencerów, jako jeden z elementów składowych prognoz / modeli. I generalnie – rzecz do sprawdzenia, na króciutkiej liście, ale znów ten czas! czas! czas! – działają.

Z drugiej strony – jeśli wznieść się oczko wyżej nad poziom kapitałodajnego planktonu, odławianego przez wszelakiej maści inwestownie foreksowe, poczytać można opinie świadomych [kalibru grających strategiami na MT, a nie tylko zgorzkniałych loserów, którzy na giełdzie przepili naszej babci domek mały], twierdzących, że to wszystko ściema. Że konta demo to ściema, że broker gra przeciw tobie, a nie z tobą, że wreszcie soft do tradingu jest oszukiwany z definicji na twoją niekorzyść. I że na wszelkiej maści giełdach – Forex, patrzę na ciebie! – na swoje wychodzi góra parę procent inwestoriatu [prawdopodobnie fundamentalnego, z domieszką sensownego zarządzania kapitałem, wspartego pewnie niekiedy insider tradingiem].

I jeśli nie chce się poprzestać na lekceważącym machaniu odnóżami na tych drugich, pytanie powraca. WTF? I nawet nie tyle „jak to jest naprawdę?”, tylko „skąd te rozbieżności?” NAWET uwzględniając to, że szeroko pojmowana AI zajrzała pod strzechy ledwie parę lat temu?

* * *

Jedna z odpowiedzi przyszła właśnie wczoraj. Większość modeli, które widziałem [jeden nawet swego czasu popełniłem, ale nie wyszedł on stety niestety poza sferę konta demo], dopasowana jest całkiem przyzwoicie; problem zaczyna się w momencie odpalenia tego na żywych danych. Prognozy rozjeżdżają sie w kibini mater, forsa wycieka i zaczyna się szukanie spisgów – co najmniej w części [oszukiwany MT] zapewne niebezpodstawne.

Ale!

Na kilkanaście – kilkadziesiąt modeli, które daaawno temu analizowałem, przypadły może ze dwa artykuły, w których autorzy półgębkiem przestrzegali przed zbytnią parametryzacją – z czego w całym tym researchu tylko RAZ przewinęło się sformułowanie typu „2, góra 3 stopnie swobody, i ani jednego więcej!” To wszystko, na co ich było stać. Kaczka to maks, co z nich może być.

Passusów o abecadle materii – zbiorze uczącym, testowym, walidacyjnym i kroswalidacji, i całej reszcie – nie napotkałem ani razu. Czytam o tym dopiero teraz [z czego wstyd nie bardzo, boć te wszystkie historie to hobby, a nie praca zawodowa]. I nie bardzo mieści mi się w głowie, żeby uwierzyć, że cały ten aparat formalny został wynaleziony dopiero teraz, dopiero na potrzeby AI. Więc bardziej wcześniej, niż później.

Wychodzi na to, że Panowie Inwestorowie nie mają najwyczajniej w świecie bladego pojęcia o matematycznym aspekcie zagadnienia, za które zechcieli się wziąć. A zanim na Panów Inwestorów zaczną pluć z radością Panowie Programiści – uroczyście deklaruję niniejszym swoją gotowość do podjęcia zakładu, że lwia część tych Strategii opracowana została zapewne na zasadzie „ty umiesz w średnie ruchome, ja umiem w for/next, let’s make lots of money!”. Tak że ten.

I – przynajmniej dopóki po raz kolejny nie będę próbował weryfikować tego empirycznie i dopóki owa weryfikacja negatywnie nie wyjdzie mi bokiem z połową organów wewnętrznych – wychodzi na to, że pęknięcia rzeczywistości jednak nie ma, jest za to pęknięcie wiedzy. Potężniejące z tygodnia na tydzień.

Ergo – jest szansa. Jacyś chętni na przebranżowienie się o 180 stopni?

* * *

Jeszcze jeden przyczynek do wzrastającej z dnia na dzień odrazy wobec pseudoprofesjonalnego blichtru made by LinkedIn, nie różniącego się w zasadzie nic a nic od pseudoglamourowego blichtru made by FB. Ale to zupełnie inna historia.

Matematyki Forka ucząc.

Pierwsza połówka nowej podstawówki. W jednym dziale, na jednym sprawdzianie – powtórzenie podstawowych działań algebraicznych, znajomość zegara [sic!], potęgowanie i szacowanie.

Moim faworytem jest szacowanie. Autora tego pomysłu powinni wykastrować, natychmiast. Za pozbawianie dzieci jednej z ostatnich ostoi pewności [no dobrze, przynajmniej do momentu, gdy cynizmem przesiąkną niemal organicznie] i logicznego myślenia we wszechświecie, gdy niemal wszystko inne zostało już zakwestionowane – oberżnięcie jaj i dół z wapnem. Natychmiast. Jak to w ogóle oceniać? Czy w działaniu typu 3109 * 218 prawidłowe jest wyszacowanie 3000 * 200, czy może raczej 3110 * 220? A może jeszcze jakieś inne? Który debil dopuszcza na tym etapie nauczania rozwiązania przybliżone? Czy to jest wprowadzenie do Królowej Nauk – napiszę to, już mi wszystko jedno – babskiego sposobu rozumowania typu „moje rozwiązanie też może być, bo też jest dobre – i Twoje też, i wszystkich innych też”? Jak gdziekolwiek później wymagać jakiejkolwiek precyzji myślowej, ścisłości wywodu czy spójności argumentacji, skoro od najmłodszego uprawia się logiczny postmodernizm? W imię ogólnoświatowej mylości dopuszczamy do matematyki debili, nie umiejących ogarnąć nie tylko algebry na poziomie młodszej połówki podstawówki, ale nawet obsługi kalkulatora?… Ręce opadają, nogi opadają, wszystko opada.

Poza tym, jak napisałem, powtarzamy działania alebraiczne i wprowadzamy potęgowanie. Potęgowanie ma chyba szczególne fory w kolejnych ministerstwach, bo nie dość, że wprowadzane przed mnożeniem i dzieleniem pisemnym, to jeszcze nie utrwalone porządnie już wprowadza zadania typu „podaj, do której potęgi należy podnieść 4, żeby otrzymać 64”. I może ogarnia mnie skleroza, ale na starym, komunistycznym matfizie logarytmy ogarnęliśmy dopiero w ogólniaku, co generalnie nie przeszkadza mi operować Królową w sposób generalnie dość wyrafinowany, a już na pewno zauważalnie wyższy od przeciętnej. Ale może wprowadzanie tylnymi drzwiami logarytmów nienazwanych przed mnożeniem i dzieleniem pisemnym jest fintą w fincie i wyrafinowaniem, które mnie przerasta. Bywa.

A to wszystko przecież to ledwo tzw. podstawa programowa! Ileż pola do popisu pozostaje w indywidualnej inicjatywie nauczycielskiej! Przez starszego Forka przeszedłem się do dyrekcji, bo w pierwszej klasie dostał był bombę za nieuprawnione użycie mnożenia, bo pomne ojcowskich i babcinych nauk bezczelnie POMNOŻYŁO! piętnaście jedynek, zamiast je na piechotę dodać! Tym razem przyszła odwilż; nauczycielka goni już zdaje się tylko na obliczenia w pamięci, zamiast „step by step” na kartce; głupie, ale można to jeszcze znieść.

Na koniec – nie dam wam satysfakcji i nie napiszę, że ten program realizowany jest przez rząd PiSu. Ten program – cesarzowi, co cesarskie, co najmniej w części dotyczącej szacowania, logarytmów nienazwanych nie kojarzę – tkwi w szkole najmniej od parunastu lat, niezależnie od tego, czy Polską rządzą czarni, czerwoni, zieloni czy seledynowi w błękitne traktorki. Tragiczne pokłosie chorego przekonania, że do matematyki nadaje się każdy – podobnego temu, że państwem może rządzić nawet kucharka. I że mojemu dziecku matematyka średniej zaniżać nie będzie. Wyniki takiego podejścia widać i tu, i tam.

Pała z matematyki, czyli 70. Krakowska Lekcja Śpiewania [piosenek patriotycznych] na Ry(n)ku Głównym.

A dokładniej – z szukania wspólnego mianownika.

Poszliśmy, choć nieco spóźnieni, z imprezy poprzednimi edycjami pozytywne skojarzenia mając raczej. W tym roku sami, bo jedna koleżanka zachorowała, a druga powiedziała, że sama nie pójdzie jedni nie przyszli, bo struny głosowe popękane, a drudzy nie przyszli, bo ich tu nie ma. I zaczęliśmy śpiewać. Wszystko na dziko, bo nie załapaliśmy się na śpiewniki, ale pomocni sąsiedzi dali radę i Forki dołączyły się, zerkając przez ramię. Były „Czerwone Maki na Monte Cassino”, „Pałacyk Michla”, reszta evergreenów i mnóstwo innych, których nie znaliśmy, w tym jeden szczególny, o którym niżej. A przy „Zielonej WRONie” tak ostro wziąłem się za jodłowanie w refrenie, że zaczęli mnie nagrywać i niewykluczone, że całkiem niechcący pójdę w świat w sposób, którego zasadniczo sobie nie życzę. No ale mniejsza; evviva l’arte!

Pierwszy raz wzdrygnąłem się, gdy prowadzący zaczął gadać coś o zawłaszczaniu kotwicy Polski Walczącej przez łysych. Nie dlatego, że popieram zawłaszczanie – i to szczególnie przez takich – bo nie popieram. Wzdryg wziął się ze zdziwu, że prowadzącym przeszkadza zawłaszczanie [do którego wciąż nie umiem się przekonać, bo kupno od TVNu urodzin Hitlera ze swastyką z wafelków za 20 tysi jako żywo przypomina mi rozdmuchiwanie – na siłę lub pod zlecenie, you name it – demonów „polskiego czegośtam” z Tejkowskim w roli głównej sprzed parunastu lat], a nie przeszkadza wsadzanie polskiej flagi w ekstrementy, „TenKraj” i inne akcje tego typu. Rozchmurzyłem się, kiedy prowadzący przy wspomnianych „Czerwonych Makach” zaczął opisywać swoje perypetie i zaangażowanie w odzyszczenie tego utworu z łap Bawarczyków. Było dużo o zjednoczeniu się, wspólnym świętowaniu, nad tłumem powiewały wyłącznie biało-czerwone flagi i było miło.

Ale kiedy zaprosili na scenę panią z widowni i zaczęli na niej testować ten ograny i wielokrotnie [choć widać nie dość jeszcze] obśmiany numer z banknotami i działaniem UE [„pani da nam 3 zł? Świetnie, oto 10 zł dla pani! Tak działa Unia Europejska! Gdzie, do cholery, są te mdlejące z roszkoszy młode dziewczęta???…”], to rzygłem, pierdłem i wyszłem, bo chamstwa nie zniesę. Gdzieś w połowie Szewskiej dobiegła nas jeszcze unijna międzynarodówka.

Wiecie, czego nie znoszę w artystach? Braku znajomości matematyki. Do pożenienia ułamków niezbędne jest znalezienie wspólnego mianownika, z naciskiem na „wspólny”. Otóż zasadniczo zgadzam się ze stwierdzeniem, że budowanie poczucia wspólnoty na odrębności ideolo w kontraście do jegomościów z wafelkami takim budowaniem jest [choć IMHO nieco na siłę i – przez brak liczebności tych drugich – wymuszonym, no ale niech tam]. Testem szczerości intencji „uwspólniania” mogło być prawdziwe szukanie owego wspólnego mianownika, a nie tanie zagrania w stylu „jest fajnie i przyjemnie, kochamy się i jesteśmy jednością, czy jest tu jakiś cwaniak?”. Szukanie na takich imprezach klaki dla UE w sytuacji, w której jesteśmy chyba ostatnią nacją, miłującą ją przeważająco, jest wszystkim, tylko nie szukaniem owego wspólnego mianownika. Ot, i tyle warte te wszystkie deklaracje.

Ale żeby nie kończyć posępnie – kwiatek Wodeckiego na koniec, który w całości usłyszałem wczoraj pierwszy raz, ze śmiechu się popłakując, „wszarz i wzdłuż” FTW! Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego dopiero wczoraj.

Czas pogardy.

O ile nie zwodzi mnie pamięć, od wyrypu komuny opuściłem – z przyczyn technicznych – tylko jedne wybory. W tę niedzielę opuściłem drugie, zwyczajnie mi się nie chciało – i nawet mentalny terroryzm [„nie głosowałeś, więc nie narzekaj”] lata mi koło pióra. Ale wbrew pozorom ja nie o tym.

conseq11
Źródło: muyiwaafolabi.com

Taki ze mnie pisior, jaki [pun intended] może być pisior z nieprzejednanego korwinowca z domieszanym nieznacznie ostatnimi czasy braunizmem, uważającego rządzących zwyczajnie za nic więcej ponad najmniejsze zło w istniejącym realnie układzie kart. Więc szału nie ma. Nad wynalazki typu 500+ przedłożyłbym z dziką przyjemnością obniżkę podatków – ale jako menda społeczna z praktyką w marketingu i manipulacji zaczynam na starość rozumieć, że wpływające co miesiąc na konto pięć stów zwyczajnie widać bardziej, niż wydatki, których nie poniesiemy [z poprawką na wymiar etyczny takiego rozwiązania, skuteczność i takie tam]. Tytułowa pogarda zostaje mi tylko jednak dla antypisowskich łżelibertarian, którzy na jednym wdechu ględzą mi przed nosem argumentami o „szkodliwości budżetowej” tego i podobnych programów, a jednocześnie nie widzą niczego zdrożnego w utrzymywaniu całego innego socjału i socjalizmu, na czele z jego ostoją, jaką jest UE ze swoimi „programami innowacyjnymi” i „wspieraniem”. Łyżka miodu – boć argumenty mimo wszystko bliskie mojej czarnosecinnej, libertariańskiej duszy – w beczce dziegciu, że to nic więcej, tylko słowa w ustach półmózgów, nie dostrzegających podstawowych sprzeczności w sąsiadujących zdaniach, i dających się cyckać bez mydła politykom.

A wczora z wieczora Trzaskowski ogłosił [via łonet] swoją pierwszą decyzję: zaczynamy od „bezpłatnych żłobków dla wszystkich warszawiaków”. Sic! Bardziej od złośliwych wysrywów na temat postrzegania przez niego kondycji mentalnej elektoratu, snu z powiek nie spędza mi inna kwestia: ci wszyscy farbowani antypisiarscy libertarianie od krytyki 500+ – zorientują się, że coś nie halo z ich przekonaniami i że jakaś misterna nić w konstrukcji zdarzeń im pękła, czy niekoniecznie?

Pytanie retoryczne, urzędowy optymizm zostawiam za drzwiami po wyrobieniu dniówki w korpo. Odi profanum vulgus et arceo. Niechrześcijańsko, ale pracuję nad tym.

Ścinki.

Nie umiem znaleźć skutecznego sposobu na praktyczne ogarnięcie choćby i podstaw AI. Coś tam w książkach przeczytam, nie powiem. ale wypadałoby pokodować, szczególnie, że przykłady w pythonie są. Ale na to, żeby pokodować z książką w łapie, czasu już brak. Ot, paradoks.

* * *

Z okazji braku okazji przejrzałem sobie właśnie nakolanowy spis rzeczy do zrobienia przed śmiercią z przedostatniego wpisu. I wychodzi na to, że przez pięć miesięcy udało mi się z tej listy odfajkować parę punktów. Aktualizacja:

  • zrobić omlet,
  • nauczyć się Blendera,
  • nauczyć się Photoshopa,
  • zjeść fondue,
  • pstryknąć parę naprawdę ładnych zdjęć [w zasadzie zrobione, choć nie wiem, czy się liczy, bo na niedawnym krótkim wypadzie na Kanary zdjęcia zasadniczo robiły się same],
  • skoczyć na spadochronie,
  • wydać dzieci za mąż,
  • przeczytać coś o AI,
  • okodować coś o AI,
  • nauczyć się grać na fortepianie,
  • zacząć mówić po hiszpańsku,
  • zacząć mówić po chińsku.

Coraz mniej do zrobienia przed śmiercią.

* * *

Przeczytane: niewiele. Szlag. Literatura letka, łatwa i przyjemna jakoś przestała mi wchodzić, a od poważniejszej jakoś się odbijam. Odbiłem się od „Wyznań”, ostatnio odbiłem się od Chestertonowej „Ortodoksji”. Okres burzy i naporu jakoś trwa i nie chce się skończyć. A może to New Normal? Brrr…

* * *

Parę razy zapuściłem się do roboty na rowerze i choćbym nie wiem jak się starał, ze wstydem przyznać muszę, że jednoczesna praca dla nóg i mózgu bywa wyzwaniem ponad siły, na czym cierpi ogarnięcie na drodze. Tak, to jest samokrytyka. Tak, to jest w jakiś sposób usprawiedliwienie pedalarstwa. Chociaż z tą bandą w homoseksualnej odzieży termoaktywnej wciąż w żadnym wypadku proszę mnie nie łączyć.

* * *

Jeśli czyta mnie jakiś pedagog, niech zrobi pierwszy krok w kierunku odciążenia swoich współbraci w szkolnictwie i wniesie o skasowanie wywiadówek.

Byłem ostatnio. Dwie godziny gadania o niczym bez planu. O indywidualne postępy i tak się nie dowiesz, bo RODO [konsultacje indwidualne załatwiłyby sprawę], a informacje zbiorcze można aktualnie przekazać już na pierdyliard sposobów, jak choćby dziennikiem elektronicznym. Z dojazdem specjalnie z domu, bo tam zaplanowałem robotę – wyjęte jakieś cztery godziny z życiorysu.

Otoczenie daje mi do zrozumienia, że z dnia na dzień staję się coraz bardziej upierdliwym technokratą.

* * *

Tyle gadania, że siatkarze złoci, a piłkarze do bani – a z zarobkami odwrotnie. No to sprawdźcie, ile cebulionów generuje z reklamy przeciętny piłkarz, a ile siatkarz.

* * *

A kiedy to wszystko się skończy, kupię sobie drona do filmowania, zostawię telefon pod zaufaną opieką i wyjadę na tydzień w góry.

Lingwistycznie.

Albo mój angielski nadaje się do kapitalnego remontu, albo w wyrażeniu „gradient descent” słowo „gradient” pełni rolę przymiotnika, a nie rzeczownika, i polskie tłumaczenie winno brzmieć jak coś a’la „zejście gradientowe”, a nie „gradient prosty”! Tłumaczenie „gradient descent” tak, jakby przymiotnik był na drugiej pozycji, a nie pierwszej, na kilometr zajeżdża hiszpańszczyzną albo jakimś innym romańskim, a nie angielszczyzną.

A przynajmniej nie moją angielszczyzną. Albo mi się chce spać, czego też nie wykluczam. Ale nawet działanie tej metody – opadanie na wykresie w kierunku minimum funkcji – też potwierdza moją wersję. Tym bardziej, że żeby tłumaczyć „descent” jako prosty, trzeba mieć naprawdę dziwny słownik.