Ścinki.

Nie umiem znaleźć skutecznego sposobu na praktyczne ogarnięcie choćby i podstaw AI. Coś tam w książkach przeczytam, nie powiem. ale wypadałoby pokodować, szczególnie, że przykłady w pythonie są. Ale na to, żeby pokodować z książką w łapie, czasu już brak. Ot, paradoks.

* * *

Z okazji braku okazji przejrzałem sobie właśnie nakolanowy spis rzeczy do zrobienia przed śmiercią z przedostatniego wpisu. I wychodzi na to, że przez pięć miesięcy udało mi się z tej listy odfajkować parę punktów. Aktualizacja:

  • zrobić omlet,
  • nauczyć się Blendera,
  • nauczyć się Photoshopa,
  • zjeść fondue,
  • pstryknąć parę naprawdę ładnych zdjęć [w zasadzie zrobione, choć nie wiem, czy się liczy, bo na niedawnym krótkim wypadzie na Kanary zdjęcia zasadniczo robiły się same],
  • skoczyć na spadochronie,
  • wydać dzieci za mąż,
  • przeczytać coś o AI,
  • okodować coś o AI,
  • nauczyć się grać na fortepianie,
  • zacząć mówić po hiszpańsku,
  • zacząć mówić po chińsku.

Coraz mniej do zrobienia przed śmiercią.

* * *

Przeczytane: niewiele. Szlag. Literatura letka, łatwa i przyjemna jakoś przestała mi wchodzić, a od poważniejszej jakoś się odbijam. Odbiłem się od „Wyznań”, ostatnio odbiłem się od Chestertonowej „Ortodoksji”. Okres burzy i naporu jakoś trwa i nie chce się skończyć. A może to New Normal? Brrr…

* * *

Parę razy zapuściłem się do roboty na rowerze i choćbym nie wiem jak się starał, ze wstydem przyznać muszę, że jednoczesna praca dla nóg i mózgu bywa wyzwaniem ponad siły, na czym cierpi ogarnięcie na drodze. Tak, to jest samokrytyka. Tak, to jest w jakiś sposób usprawiedliwienie pedalarstwa. Chociaż z tą bandą w homoseksualnej odzieży termoaktywnej wciąż w żadnym wypadku proszę mnie nie łączyć.

* * *

Jeśli czyta mnie jakiś pedagog, niech zrobi pierwszy krok w kierunku odciążenia swoich współbraci w szkolnictwie i wniesie o skasowanie wywiadówek.

Byłem ostatnio. Dwie godziny gadania o niczym bez planu. O indywidualne postępy i tak się nie dowiesz, bo RODO [konsultacje indwidualne załatwiłyby sprawę], a informacje zbiorcze można aktualnie przekazać już na pierdyliard sposobów, jak choćby dziennikiem elektronicznym. Z dojazdem specjalnie z domu, bo tam zaplanowałem robotę – wyjęte jakieś cztery godziny z życiorysu.

Otoczenie daje mi do zrozumienia, że z dnia na dzień staję się coraz bardziej upierdliwym technokratą.

* * *

Tyle gadania, że siatkarze złoci, a piłkarze do bani – a z zarobkami odwrotnie. No to sprawdźcie, ile cebulionów generuje z reklamy przeciętny piłkarz, a ile siatkarz.

* * *

A kiedy to wszystko się skończy, kupię sobie drona do filmowania, zostawię telefon pod zaufaną opieką i wyjadę na tydzień w góry.

Lingwistycznie.

Albo mój angielski nadaje się do kapitalnego remontu, albo w wyrażeniu „gradient descent” słowo „gradient” pełni rolę przymiotnika, a nie rzeczownika, i polskie tłumaczenie winno brzmieć jak coś a’la „zejście gradientowe”, a nie „gradient prosty”! Tłumaczenie „gradient descent” tak, jakby przymiotnik był na drugiej pozycji, a nie pierwszej, na kilometr zajeżdża hiszpańszczyzną albo jakimś innym romańskim, a nie angielszczyzną.

A przynajmniej nie moją angielszczyzną. Albo mi się chce spać, czego też nie wykluczam. Ale nawet działanie tej metody – opadanie na wykresie w kierunku minimum funkcji – też potwierdza moją wersję. Tym bardziej, że żeby tłumaczyć „descent” jako prosty, trzeba mieć naprawdę dziwny słownik.

Ubyło jeden.

Bym zapomniał: wczora z wieczora udało mi się odfajkować jeden punkt z mojej prywatnej kupki wstydu i zrobić wreszcie omlet, nie rozszarpując go przy przewracaniu [wystarczyło po prostu rozgrzać fest patelnię, pfrrr…]. Jeszcze tylko nauczyć się Blendera / Photoshopa, zjeść fondue, pstryknąć parę naprawdę ładnych zdjęć, skoczyć na spadochronie, wydać dzieci za mąż, przeczytać – i może coś okodować – w temacie AI, nauczyć się grać na fortepianie, zacząć jako tako mówić po hiszpańsku i cokolwiek po chińsku i chyba można umierać.

Hm.

rzeczy w niebie i na ziemi, o których ani się śniło waszym fizjologom.

Niby paręnaście lat przepracowanych we wdrożeniach do CV z czystym sumieniem wpisać mogę. Niby w trakcie tych lat coś średnio koło połowy etatu – obok wdrożeń czy helpdeski, w pewnym momencie nawet pełnoetatowo – zajmowało mi kodzenie. Niby po końcu tej przygody nigdy z kodowaniem – niechby i okazjonalnym – nie rozstawałem się na dłużej. I nie, że jako programista HTML, a przynajmniej: nie tylko. Ba, nawet obiektowo! Raz okazjonalnie C++, tu i ówdzie python, gdzieniegdzie php, parę stubów w tym i owym…

Ale dopiero dzisiaj popełniłem pierwszy raz obsługę wyjątku. Ever. Z przerwą na „Ojca Mateusza” i któryś odcinek drugiej serii „Belfra” nie wychodzę z szoku od siedemnastej trzydzieści. Nieogarnialne.

.

Nie umiem wyobrazić sobie lepszego pretekstu do odświeżenia tego przykurzonego blogaska, niż takoż stęchły nius.

Indyjski okręt podwodny o napędzie nuklearnym został uszkodzony.

Ponieważ jeden z marynarzy nie zamknął włazu podczas zanurzania się okrętu.

link

QOTE.

Taki spis błędów [w Javie, publikowany przez Oracle – t.] jest bardzo wartościowym źródłem wiedzy dla programistów. Można nawet głosować na swój ulubiony błąd. Błędy o największej liczbie głosów mają największą szansę poprawienia w kolejnej wersji pakietu JDK.

Cay S. Horstmann, „Java. Podstawy”.

Liczy się tylko Nauka.

Komórki nie wywołują raka. Nie ma związku pomiędzy używaniem telefonów komórkowych a przypadkami raka mózgu – stwierdzili australijscy naukowcy, powołując się na dane z 30 lat.

A fcalebonie. To już niemal pewne, że telefony komórkowe mogą być przyczyną raka mózgu. Według najnowszych badań, zleconych przez Światową Organizację Zdrowia, promieniowanie emitowane przez telefony komórkowe zwiększa ryzyko zachorowania na nowotwór mózgu.

ROTFL, co za nieuki. „Gigantyczne badanie przeprowadzone przez duński instytut onkologiczny na zawsze, miejmy nadzieję, przegania mit o rakotwórczych właściwościach telefonii komórkowej.”

Oh, really? – Osoby używające telefonów komórkowych dłużej niż 10 lat mają o prawie o 50 procent większe ryzyko zachorowania na nowotwór głowy w porównaniu do tych, którzy korzystali z nich krócej – mówi prof. Alicja Bortkiewicz z Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi. Przeprowadzona przez badaczkę i jej zespół analiza to pierwsza taka praca, która jednoznacznie dowodzi, że korzystanie z telefonów komórkowych jest wyjątkowo niebezpieczne.

Trzy czwarte książki motywacyjnej.

Po obie książki sięgnąłem z zachwytów Michała Śliwińskiego, twórcy Nozbe – aplikacji używanej przeze mnie praktycznie na okrągło do GTD. Ktoś mający hopla na punkcie produktywności – i w przeciwieństwie do jutuberów broniący się wynikami w postaci chociażby całkiem sporej firmy, i to w dodatku bez fizycznego biura – nie może przecież polecać byle czego. Michał twierdzi wręcz, że ksiązki te przeorały mu myślenie – podobnie zresztą, jak mi kiedyś panaallenowskie „GTD” właśnie. Głupotą byłoby nie skorzystać.

Nie pamiętam – a szukać mi się nie chce – czy pisałem już tutaj kiedykolwiek o moim podejściu do literatury motywacyjnej. Primo – uprasza się o niewrzucanie wszystkiego do jednego wora z racji zbyt dużej pojemności gatunku – jedni piszą o wspomnianym GTD, inni piszą „Sekret” [którego nie czytałem, ale się wypowiem!], wnioskowanie na całą populację generalnąmid_esencjalizm-1500px_5634 jest niemożnością. Secundo – niby to wszystko jest oklepane, niby hahahha, no kurde, stary, jak mam traktować poważnie książkę, w której gostek radzi mi skupić się, wyłączyć fejsa na czas pracy czy wyznaczyć sobie cele? No niby oklepane to jest… ale świat dziwnym trafem pełen jest osób, które przez trzy miesiące nie umieją wypełnić prostego arkusza [co rzutuje niezałożeniem firmy o potencjalnie wielkim przychodzie, a w kontekście wywałki poprzedniej firmy niewypełniającego – o jego pójściu w menele, i to dosłownie, bo żona z loserem zadawać się nie chce i precz wyrzuca]. Którego część stanowi niżej podpisany, zbierający się do innego pomysłu już od chyba roku, sorry, M.! Którego część… niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zmarnował okazji nie przez nierozeznanie czy brak kompetencji, ale przez własną indolencję. Ale na literaturę motywacyjną ponarzekać jest generalnie lekko, łatwo i przyjemnie – inną sprawą pozostaje, czy poza „postawieniem antytezy do indolencji” książki takie niosą jakąkolwiek wartość merytoryczną.

„Esencjalista” i „Jedna rzecz” niosą, traktując w zasadzie o podobnym przedmiocie. McKeown w „Esencjaliście” porusza kwestię zmniejszenia skutecznego zakresu spraw, będących przedmiotem naszego zainteresowania. „Skutecznego”, bo tak naprawdę esencjalista analizuje dużo więcej możliwości, niż statystyczny, ale do realizacji przyjmuje tylko rzeczy najważniejsze. Nieesencjalista łapie dziesięć srok za ogon, próbując ogarnąć wszystko na raz, robiąc to „kiedyś”… i nawet czasem cokolwiek z tego mu się udaje. W podejściu esencjalnym ważne jest, żeby analizować dużo więcej, bo tylko dzięki takiej analizie zyskujemy możliwość nieprzegapienia rzeczy naprawdę ważnych lub obiecujących.

Autor prezentuje podejście jak najbardziej słuszne, ale argumentacja i środki prowadzące do celu wypadają raczej biednie. Tutaj jakaś deklaracja misji, tam wywody o wpływie minimalizmu na klarowność, jeszcze gdzieś tam wywody o sile rutyny… Wszystko niby słuszne, a jednak podane w takiej formie, że do końca „Esencjalisty” dobrnąłem poniekąd jedynie z obowiązku. Jeśli ktoś chce znaleźć w formie książki argument za biedą umysłową całego „prądu motywacyjnego”, ta książka nada się idealnie. Sama koncepcja, jak wspomniałem, broni się dobrze, ale jej wykład to tragedia. Z całej książki użyteczną znajduję jakąś ćwiartkę.

* * *

Prosty rachunek matematyczny i już widać, że do tytułowych 3/4 książki motywacyjnej następny tytuł wniesie więcej. W ostatecznym rachunku faktycznie tak jest, ale po drodze bardziej buja.

Jedna rzecz„, autorstwa Gary’ego Kellera i Jaya [?] Papasana tezę, poruszoną w „Esencjaliście” stawia dużo mocniej, żeby nie rzecz ultraradykalnie. Wyznacz cel życiowy. Zastanów się, co może przybliżyć cię do niego w perspektywie powiedzmy pięcioletniej. Zastanów się, co do wspomnianego celu pięcioletniego może przybliżyć cię w perspektywie tego roku. Zastanów się, co musisz zrobić w tym tygodniu, żeby wpasować się w ciąg czynności, które mogłyby przybliżyć ci wspomniany cel roczny.

jedna-rzecz-w-iext43250485A potem zastanów się, jaka jest jedna rzecz, której osiągnięcie przybliży ci cel tygodniowy, którego osiągnięcie zbliży cię do celu rocznego, który zbliżyłby cię do celu pięcioletniego, który pomógłby ci w osiągnięciu twojego Opus Magnum. I zrób to w najbliższym czasie, odkładając wszystko inne, do cholery!

Pośmialiśmy się z literatury motywacyjnej, prawda? A czy twoja aktualna praca przybliża cię do celu rocznego, który zbliżyłby cię do celu pięcioletniego… etc. A skąd masz to wiedzieć, skoro nie zdefiniowałeś swojego Opus Magnum?

Książka powala na kolana. Sugestywną narracją na początku też. Ale „Jedna rzecz” urzeka przede wszystkim dosadnością rozprawienia się z mitami, wpajanymi nam od kołyski. O pochwale wielozadaniowości. O konieczności zdyscyplinowanego trybu życia. O potędze chęci. O [złym rozumieniu] konieczności równowagi życiowej. Gdyby książka kończyła się w połowie, byłaby idealna, z wyjaśnieniem analogii między łańcuchem zdarzeń a dominem, opowieścią o potędze koncentracji, podkreśleniem wagi zdrowego trybu życia i prawidłowego snu…

Niestety, kończy się dwakroć za późno, a lektura samej drugiej połowy prowadzi wręcz w nieuczęszczane rejony ocen ujemnych. Po suchym i precyzyjnym wykładzie następuje bowiem część praktyczna, pełna motywacyjnego pieprzenia, odklejonych wizualizacji i księżycowych rad. Parę [oczywiście wyrwanych tendencyjnie z kontekstu]: proś o pomoc – również tych, których pięć minut wcześniej spuściłeś na drzewo odmową. Przekraczaj bariery. Nie żałuj niczego. Koncentruj się na Jednej Rzeczy przez cztery godziny dziennie, najlepiej rano.

To zresztą nie do końca tak, że to wszystko jest całkiem odklejone. Jest raczej tak, że książkę wyrzuci do kosza osoba myśląca krytycznie, nie zaznajomiona z GTD – bo właśnie GTD wypełnia luki i niesmak, pozostawione przez lekturę „Jednej rzeczy”. I vice versa. Nie widzę sposobu – a raczej: widzę, ale widzę również jego cenę – na realizację celu przy pomocy samych tylko metod z Kellera. I to jest cena nieakceptowalna. Dopiero, gdy po lekturze i implementacji GTD „Jedna rzecz” utrafi w „pustkę myślową”, jaką pozostawia otwarta de facto kwestia priorytetyzacji i wyboru w określonej sekundzie życia [co – nie ukrywam – było dla mnie ciężkim orzechem do zgryzienia], kiedy mądre GTDowe zarządzanie strumieniem zadań komponuje się kapitalnie z Priorytetem, wtedy obie grupy technik prześlicznie wskakują na swoje miejsce, tworząc system idealny – przynajmniej dla mnie. Najpierw GTD, potem „Jedna rzecz”. I będzie grubo, powiadam.

Bardzo grubo.

A jaka jest Twoja Jedna Rzecz?

QOTD.

Ekipy budowlane wezmą udział w konkursie na postawienie nowego biurowca w stanie surowym. Zwycięska ekipa w ramach nagrody zostanie zatrudniona do wykonania robot wykończeniowych. Wszystkie postawione budynki bez względu na miejsce w konkursie stawiającej je ekipy zostaną własnością organizatora razem z nadesłanymi planami architektonicznymi ekip ktore niezakwalifikowaly sie do mozliwosci wcielenia swoich planow w zycie 🙂

Borysses na Spider’s Web o Hackathon ING. Sam bym tego lepiej nie ujął.