QOTE.

Taki spis błędów [w Javie, publikowany przez Oracle – t.] jest bardzo wartościowym źródłem wiedzy dla programistów. Można nawet głosować na swój ulubiony błąd. Błędy o największej liczbie głosów mają największą szansę poprawienia w kolejnej wersji pakietu JDK.

Cay S. Horstmann, „Java. Podstawy”.

Liczy się tylko Nauka.

Komórki nie wywołują raka. Nie ma związku pomiędzy używaniem telefonów komórkowych a przypadkami raka mózgu – stwierdzili australijscy naukowcy, powołując się na dane z 30 lat.

A fcalebonie. To już niemal pewne, że telefony komórkowe mogą być przyczyną raka mózgu. Według najnowszych badań, zleconych przez Światową Organizację Zdrowia, promieniowanie emitowane przez telefony komórkowe zwiększa ryzyko zachorowania na nowotwór mózgu.

ROTFL, co za nieuki. „Gigantyczne badanie przeprowadzone przez duński instytut onkologiczny na zawsze, miejmy nadzieję, przegania mit o rakotwórczych właściwościach telefonii komórkowej.”

Oh, really? – Osoby używające telefonów komórkowych dłużej niż 10 lat mają o prawie o 50 procent większe ryzyko zachorowania na nowotwór głowy w porównaniu do tych, którzy korzystali z nich krócej – mówi prof. Alicja Bortkiewicz z Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi. Przeprowadzona przez badaczkę i jej zespół analiza to pierwsza taka praca, która jednoznacznie dowodzi, że korzystanie z telefonów komórkowych jest wyjątkowo niebezpieczne.

Trzy czwarte książki motywacyjnej.

Po obie książki sięgnąłem z zachwytów Michała Śliwińskiego, twórcy Nozbe – aplikacji używanej przeze mnie praktycznie na okrągło do GTD. Ktoś mający hopla na punkcie produktywności – i w przeciwieństwie do jutuberów broniący się wynikami w postaci chociażby całkiem sporej firmy, i to w dodatku bez fizycznego biura – nie może przecież polecać byle czego. Michał twierdzi wręcz, że ksiązki te przeorały mu myślenie – podobnie zresztą, jak mi kiedyś panaallenowskie „GTD” właśnie. Głupotą byłoby nie skorzystać.

Nie pamiętam – a szukać mi się nie chce – czy pisałem już tutaj kiedykolwiek o moim podejściu do literatury motywacyjnej. Primo – uprasza się o niewrzucanie wszystkiego do jednego wora z racji zbyt dużej pojemności gatunku – jedni piszą o wspomnianym GTD, inni piszą „Sekret” [którego nie czytałem, ale się wypowiem!], wnioskowanie na całą populację generalnąmid_esencjalizm-1500px_5634 jest niemożnością. Secundo – niby to wszystko jest oklepane, niby hahahha, no kurde, stary, jak mam traktować poważnie książkę, w której gostek radzi mi skupić się, wyłączyć fejsa na czas pracy czy wyznaczyć sobie cele? No niby oklepane to jest… ale świat dziwnym trafem pełen jest osób, które przez trzy miesiące nie umieją wypełnić prostego arkusza [co rzutuje niezałożeniem firmy o potencjalnie wielkim przychodzie, a w kontekście wywałki poprzedniej firmy niewypełniającego – o jego pójściu w menele, i to dosłownie, bo żona z loserem zadawać się nie chce i precz wyrzuca]. Którego część stanowi niżej podpisany, zbierający się do innego pomysłu już od chyba roku, sorry, M.! Którego część… niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zmarnował okazji nie przez nierozeznanie czy brak kompetencji, ale przez własną indolencję. Ale na literaturę motywacyjną ponarzekać jest generalnie lekko, łatwo i przyjemnie – inną sprawą pozostaje, czy poza „postawieniem antytezy do indolencji” książki takie niosą jakąkolwiek wartość merytoryczną.

„Esencjalista” i „Jedna rzecz” niosą, traktując w zasadzie o podobnym przedmiocie. McKeown w „Esencjaliście” porusza kwestię zmniejszenia skutecznego zakresu spraw, będących przedmiotem naszego zainteresowania. „Skutecznego”, bo tak naprawdę esencjalista analizuje dużo więcej możliwości, niż statystyczny, ale do realizacji przyjmuje tylko rzeczy najważniejsze. Nieesencjalista łapie dziesięć srok za ogon, próbując ogarnąć wszystko na raz, robiąc to „kiedyś”… i nawet czasem cokolwiek z tego mu się udaje. W podejściu esencjalnym ważne jest, żeby analizować dużo więcej, bo tylko dzięki takiej analizie zyskujemy możliwość nieprzegapienia rzeczy naprawdę ważnych lub obiecujących.

Autor prezentuje podejście jak najbardziej słuszne, ale argumentacja i środki prowadzące do celu wypadają raczej biednie. Tutaj jakaś deklaracja misji, tam wywody o wpływie minimalizmu na klarowność, jeszcze gdzieś tam wywody o sile rutyny… Wszystko niby słuszne, a jednak podane w takiej formie, że do końca „Esencjalisty” dobrnąłem poniekąd jedynie z obowiązku. Jeśli ktoś chce znaleźć w formie książki argument za biedą umysłową całego „prądu motywacyjnego”, ta książka nada się idealnie. Sama koncepcja, jak wspomniałem, broni się dobrze, ale jej wykład to tragedia. Z całej książki użyteczną znajduję jakąś ćwiartkę.

* * *

Prosty rachunek matematyczny i już widać, że do tytułowych 3/4 książki motywacyjnej następny tytuł wniesie więcej. W ostatecznym rachunku faktycznie tak jest, ale po drodze bardziej buja.

Jedna rzecz„, autorstwa Gary’ego Kellera i Jaya [?] Papasana tezę, poruszoną w „Esencjaliście” stawia dużo mocniej, żeby nie rzecz ultraradykalnie. Wyznacz cel życiowy. Zastanów się, co może przybliżyć cię do niego w perspektywie powiedzmy pięcioletniej. Zastanów się, co do wspomnianego celu pięcioletniego może przybliżyć cię w perspektywie tego roku. Zastanów się, co musisz zrobić w tym tygodniu, żeby wpasować się w ciąg czynności, które mogłyby przybliżyć ci wspomniany cel roczny.

jedna-rzecz-w-iext43250485A potem zastanów się, jaka jest jedna rzecz, której osiągnięcie przybliży ci cel tygodniowy, którego osiągnięcie zbliży cię do celu rocznego, który zbliżyłby cię do celu pięcioletniego, który pomógłby ci w osiągnięciu twojego Opus Magnum. I zrób to w najbliższym czasie, odkładając wszystko inne, do cholery!

Pośmialiśmy się z literatury motywacyjnej, prawda? A czy twoja aktualna praca przybliża cię do celu rocznego, który zbliżyłby cię do celu pięcioletniego… etc. A skąd masz to wiedzieć, skoro nie zdefiniowałeś swojego Opus Magnum?

Książka powala na kolana. Sugestywną narracją na początku też. Ale „Jedna rzecz” urzeka przede wszystkim dosadnością rozprawienia się z mitami, wpajanymi nam od kołyski. O pochwale wielozadaniowości. O konieczności zdyscyplinowanego trybu życia. O potędze chęci. O [złym rozumieniu] konieczności równowagi życiowej. Gdyby książka kończyła się w połowie, byłaby idealna, z wyjaśnieniem analogii między łańcuchem zdarzeń a dominem, opowieścią o potędze koncentracji, podkreśleniem wagi zdrowego trybu życia i prawidłowego snu…

Niestety, kończy się dwakroć za późno, a lektura samej drugiej połowy prowadzi wręcz w nieuczęszczane rejony ocen ujemnych. Po suchym i precyzyjnym wykładzie następuje bowiem część praktyczna, pełna motywacyjnego pieprzenia, odklejonych wizualizacji i księżycowych rad. Parę [oczywiście wyrwanych tendencyjnie z kontekstu]: proś o pomoc – również tych, których pięć minut wcześniej spuściłeś na drzewo odmową. Przekraczaj bariery. Nie żałuj niczego. Koncentruj się na Jednej Rzeczy przez cztery godziny dziennie, najlepiej rano.

To zresztą nie do końca tak, że to wszystko jest całkiem odklejone. Jest raczej tak, że książkę wyrzuci do kosza osoba myśląca krytycznie, nie zaznajomiona z GTD – bo właśnie GTD wypełnia luki i niesmak, pozostawione przez lekturę „Jednej rzeczy”. I vice versa. Nie widzę sposobu – a raczej: widzę, ale widzę również jego cenę – na realizację celu przy pomocy samych tylko metod z Kellera. I to jest cena nieakceptowalna. Dopiero, gdy po lekturze i implementacji GTD „Jedna rzecz” utrafi w „pustkę myślową”, jaką pozostawia otwarta de facto kwestia priorytetyzacji i wyboru w określonej sekundzie życia [co – nie ukrywam – było dla mnie ciężkim orzechem do zgryzienia], kiedy mądre GTDowe zarządzanie strumieniem zadań komponuje się kapitalnie z Priorytetem, wtedy obie grupy technik prześlicznie wskakują na swoje miejsce, tworząc system idealny – przynajmniej dla mnie. Najpierw GTD, potem „Jedna rzecz”. I będzie grubo, powiadam.

Bardzo grubo.

A jaka jest Twoja Jedna Rzecz?

QOTD.

Ekipy budowlane wezmą udział w konkursie na postawienie nowego biurowca w stanie surowym. Zwycięska ekipa w ramach nagrody zostanie zatrudniona do wykonania robot wykończeniowych. Wszystkie postawione budynki bez względu na miejsce w konkursie stawiającej je ekipy zostaną własnością organizatora razem z nadesłanymi planami architektonicznymi ekip ktore niezakwalifikowaly sie do mozliwosci wcielenia swoich planow w zycie 🙂

Borysses na Spider’s Web o Hackathon ING. Sam bym tego lepiej nie ujął.

Inkąpetąs, część czternasta.

Szanowny Kandydacie, Szanowna Kandydatko! Nawet jeśli pracowałeś w sektorze wolnego czasu, branży rozrywkowej [or sth] i do Twoich obowiązków należało organizowanie imprez…

… daj swoje CV do przeczytania komuś innemu przed wysłaniem. Wpisanie w umiejętnościach „organizacja imprez” może zostać niewłaściwie odebrane.

Impresja poranna.

Przed chwilą w sklepiku osiedlowym zauważyłem Gazetę Polską. Jako cover story wieeelkie zdjęcie pani premier i wyjustowany do prawej, częściowo czymś zasłonięty z prawej strony tytuł:

Szydł

to porażk

Europ

Najpierw poczułem się z siebie dumny, jako że wydedukowałem, że gdzieś tam MUSI być dwukropek. A potem stwierdziłem, że czasy są takie, że od opcji politycznej zależy nawet interpunkcja. Gdyby to był „Newsweek” albo inne ścierwo, dwukropka wcale przecież nie musiałoby tam być…

Naturalny kontekst lewackiego hipstera.

hate_cards_810_500_55_s_c1Zły jestem na siebie od dłuższego czasu. Niby wiem, że byt określa świadomość, a jednak przechodząc obok jednej z tych lewackich jadłodajni [wicie – rozumicie, Massolit, Krowarzywa, tego typu] nie mogę się powstrzymać i zachodzę. Bo jedzenie pyszne – przynajmniej u moich bohaterów, choć będzie bez szczegółów.

Optycznie mi nie przeszkadza ten ich na jedno kopyto wystrój wczesnobolszewicki. Gdzie bym nie wszedł, wszędzie białe ściany jak w psychiatryku i bare metal [choć ostatnio pojawił się sporadyczny element full color – afisz z manifą], biorę więc, co trzeba i szybko wychodzę. A raczej: będę tak wychodził. Bo do bodajże przedwczoraj zostawiałem tam napiwki.

Kuźwa, ja rozumiem, że taki enturaż przyciąga specyficznego pracownika i że wannabe-koder albo inny biochemik pracować tam nie pójdzie, bo i po co? Zdaję sobie sprawę, że w takich knajpach zbiegają się żyły wodne, przyciągające zapewne studentów politologii, socjologii, bibliotekoznawstwa i gender studies. I być może tamtejsi pracownicy zaczynają zdawać sobie sprawę, że obsługa ekspresu za pieniądze to najlepsze, co może ich w życiu spotkać. Ale takiego schematyzmu i ponuractwa nie spotkałem jeszcze nigdzie – a uwierzcie, byłem kiedyś w Tesco, a po paru wódkach zdarza mi się dyskutować niekiedy nawet o polityce.

Jedno w drugie rurki, kolczyki, tatuaże, bryle w monstrualnych oprawkach i wzrost siedzącego psa, choć fryzjer koniecznie najmniej za pół średniej krajowej. I ten wzrok. Zero uśmiechu, zero życia, zniknęła nawet chęć naprawy świata. „Do widzenia” człowiek usłyszy jeszcze w odpowiedzi w połowie przypadków, ale na uśmiech czy ponapiwkowe „Dziękuję” nie ma absolutnie co liczyć.

Nie żebym był demonem seksu, ale tak, próbowałem uśmiechać się do obsługi. Razy paręnaście, przechodzących w parędziesiąt. Krew w piach. Z napiwkami to samo. W pewnym momencie przestałem wrzucać moniaki gwoli wsparcia sierot, a zacząłem gwoli eksperymentu naukowego – podziękują chociaż raz? Takiego wała. To może jedno z drugim chociaż się uśmiechnie? Ibidem. Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale inaczej nie chciałoby mi się pisać już piątego akapitu.

Lewicowość teoretyzująca w zasadzie jest nieszkodliwa. Żyjesz sobie ze swoimi poglądami, w skrytości ducha nadzieję mając, że któregoś dnia ktoś przyniesie Ci na tacy głowę proboszcza albo że w szaleństwie rewolucyjnym uda Ci się, excusez le mot, zamoczyć z jakąś zagraniczną pomocą domową – ale generalnie żyć się da. Tutaj mamy lewicowość praktyczną i To Jest Kuźwa Przerażające. Ci ludzie nie umieją odebrać nawet tak elementarnej lekcji życia, jaką jest zwykła życzliwość. Albo są już tak przerażająco urobieni, że może nawet umieją, ale „nie godzi” im się uśmiechać do drugiego człowieka, bo – cholera wie – kojarzy im się to ze służalczością? Pojęcia nie mam. Ciemny tłum kłębi się i wyciąga ręce, wciąż nie starcza i ciągle chce więcej, jak w „Jeszcze będzie przepięknie”.

A właśnie… naprawdę dopiero teraz przypomniałem sobie, gdzie widziałem podobne twarze. A raczej – kiedy.

Ostatnio – dwadzieścia parę lat temu.

A może to jednak faktycznie kwestia koloru ścian?

 

Vault 7.

According to a Wikileaks press release, the 8,761 newly published files came from the CIA’s Center for Cyber Intelligence (CCI) in Langley, Virginia. The release says that the UMBRAGE group, a subdivision of the center’s Remote Development Branch (RDB), has been collecting and maintaining a substantial library of attack techniques ‘stolen’ from malware produced in other states, including the Russian Federation.” As Wikileaks notes, the UMBRAGE group and its related projects allow the CIA to misdirect the attribution of cyber attacks by “leaving behind the ‘fingerprints’ of the very groups that the attack techniques were stolen from.”

Tu, o.

Wady Sony a6500, o których powinniście wiedzieć, a o których nikt Wam nie powie, bo i po co. Caveat emptor.

  1. Brak wifi w standardzie 5GHz. Najwyraźniej to wciąż żaden standard.
  2. Ekran odchyla się tylko w górę i w dół, a i to bez przekonania. O odchylaniu na boki pora zapomnieć.
  3. … takoż o odwróceniu ekranu „odsie”* „plecami” w sytuacji kadrowania wizjerem. Producent na szczęście to przewidział i w sofcie zamieścił nawet specjalną opcję konfiguracyjną pt. „Touch Pad area set.”, opisaną jako [cyt.] „Sets the area to be used for touch pad operations when shooting with the viewfinder. You can prevent unintentional operations caused by your nose [podkreślenie moje – t.], etc. touching the monitor.” Serio! UX level master. A skoro już o dokumentacji…
  4. … instrukcja w PDFie jest tylko po angielsku, natomiast po polsku [i prawdopodobnie w innych językach] – tylko w formie gustownego HTMLa. W sumie ma to sens, bo po co komu PDF?
  5. A dla tfurcuf PDFa stworzenie spisu treści to zbędny dodatek, dostępny zapewne za dodatkową opłatą jedynie w wyższych modelach. W sumie ma to sens, bo po co komu klikalny spis treści w dokumentacji liczącej ponad 400 stron? Twórcy spędzają zapewne moc czasu na forach, hejtując LibreOffice, w którym PDFa robi się jednym kliknięciem.
  6. PlayMemories Mobile [stowarzyszona aplikacja mobilna] odmawia współpracy w sytuacji odmowy dostępu do kontaktów. W sumie ma to sens, bo po co męczyć się z obsługą wyjątków, skoro wystarczy jeden IF? KISS my ass.

Zostańcie z nami, wracamy po przerwie na meliskę. To pisałem ja, Jarząbek, ledwo po jakichś trzech – czterech weekendowych godzinach korzystania z tego wynalazku. Aparat – teraz już na poważnie – zdaje się porażać poziomem, ale niepokojąco często jest to dla mnie poziom prezesa światowej korporacji, paradującego w śmierdzących gaciach i dziurawych skarpetkach.

* zdroworozsądkowo zdało mi się, że „odsie” znaczy „od siebie”. Tymczasem internety podają, jakoby „odsie” i „ksobie” [a nie „wiśta” i „hetta”] były komendami dla konia do skrętu w lewo i prawo, respectively. Trzecia prawda góralska, rzekłbym; „hetta” i „wiśta” do skręcania konia za pacholęctwa mego wołała cała wieś, nikt „odsie” i „ksobie” nie używał, stąd też moje zdroworozsądkowe podejście. Ufff…

Źle patrzycie, ludzie.

Parę dni temu internety obiegł dowcip, że w związku z [zatwierdzoną już] karą do 25 lat więzienia za fałszowanie faktur bardziej będzie opłacało się zabić kontrolera. Dowcip średnio śmieszny, nawiasem mówiąc, ale DGCC.

Za płotem – kończące się powoli vacatio legis unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych, dające organom możliwość nałożenia kar w wysokości – orkiestra, tusz – od 10 do 20 milionów euro.

* * *

Ze śp. Usenetu i nie tylko pamiętam dyskusje z przeróżnymi lewakami na temat kary śmierci. Tłumaczenia, że odstrasza, były kwitowane śmiechem. LOL, jak odstrasza, skoro nie odstrasza? Liczy się tylko i wyłącznie nieuchronność kary. W zasadzie powinienem się cieszyć, że nasza argumentacja dotarła do tych pustych, czerwonych łbów, że zrozumieli rolę surowości kary… Ale po drodze znów coś się spieprzyło – jak zawsze, gdy sprawa jest z lewakiem.

Wrobić kogoś w morderstwo czy gwałt [zagrożony aktualnie w zasadzie wymiarem niższym, niż fałszowanie faktur] jest relatywnie ciężko – szczególnie w to pierwsze. Wrobić kogoś w fałszowanie faktur albo w niewłaściwe przetwarzanie danych osobowych – stokroć łatwiej, szczególnie w to drugie. Tym bardziej, że nie jest potrzebny zamiar – wystarczy głupi kierownik, błąd w procedurze albo nieogarnięty pracownik. Czy wiesz np., że najmniej wykroczeniem przeciwko przepisom o ochronie danych osobowych może być nawet wysłanie komuś jakiejkolwiek „listy z d.o.” w arkuszu kalkulacyjnym?

To wszystko tu i teraz, w erze społecznościówek, telefonów komórkowych i telefonicznych akwizytorów Orange, gdzie prywatność jest starą, smutną dziwką, i niczym więcej. Paranoja.

* * *

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Hund begrabnięty leży zupełnie gdzie indziej.

Jeśli Moloch [RP/UE] rozzuchwali się [„nie ma takiej niegodziwości, do której nie posunąłby się skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy” – a wspomniane koło łagodnych i liberalnych nawet przecież nie stały], może dojść do sytuacji, w której biznes będzie tylko i wyłącznie albo domeną facetów z cojones del hierro, albo mających dobre umocowanie w rzeczywistości i pewność, że stoją za wysoko, żeby pojawiły się na nich „zlecenia”. A reszcie podjęcie ryzyka zwyczajnie się nie opłaci, bo taki kaliber sankcji finansowych czy karnych, niechby i potencjalny, zwyczajnie przestanie się kalkulować. Chyba, żeś podpięty pod układ gwarantujący nie tyle „nietykalność” [bo to okaże się tylko pochodną długości szukania, bo ludzi niewinnych braknie], ale właśnie „nieszukalność”. I w całej Europie – a może nie tylko tutaj – nastanie nowa normalność.

Czasy, w których epokę kolesiostwa i łapówkarstwa będziemy wspominać z przepotężną nostalgią, a „ich” biznesu nie zakłóci już żaden przypadkowy wolny rynek.