Remedium pozorne.

Przed godziną uświadomiłem sobie, że ta cała politpoprawność nie ma nic wspólnego już nawet nie tyle ze zdrowym rozsądkiem, ale nawet z literalnym znaczeniem zbitki „polityczna poprawność”. Przykład?

Nietrudno zgodzić się ze stwierdzeniem, że nasi żółci bracia to w USA wciąż mniejszość, prawda? A mniejszości należy wspierać, prawda?

Od czterech odcinków czekam na nadreprezentację żółtej mniejszości w netfliksowym „Wiedźminie” i doczekać się nie mogę.

Taka jakby korporacja.

Kilka dni temu uświadomiłem sobie, że praktykant, który przemknął przez moją zamiejską stanicę w lipcu, był pierwszą osobą w historii, która przemknęła przez nas, a której nie miałem okazji zobaczyć w ogóle na oczy.

Wczoraj – drobny incyNdent bezpieczeństwa; na drukarki wjeżdżają jakieś koreańskie manifesty polityczne. Zgłosił to nasz człowiek, p.o. admina z gościem od RODO karczują niezamawiane dodatki z Chroma, a ja się przewracam w domu ze zmęczenia. Innymi słowy, dwóch umyślnych łazi mi po serwerze [w poszukiwaniu trzeciego ;)], a ja mam ledwo ogólną wiedzę o tym, co się odp^H^H^Hwyrabia. Całkiem niedawno – rzecz jeszcze kompletnie nie do pomyślenia.

Wygląda, że rośniemy. Jeszcze tylko ogarnąć zarządzanie finansowe i będzie zupełnie git. Oczywiście, dopóki coś znienacka nie pierdyknie, jak to bywa w takich przypadkach.

Apologetycznie.

Żródło: https://beginningstreatment.com/the-difference-between-hallucinations-and-delusions/
Żródło: https://beginningstreatment.com

Najlepszy dowód na głupotę i irracjonalność ateizmu? Właśnie obserwujemy go na żywo.

Słuszność tezy – bezustannie podpieranej np. dowodami w postaci wiary w horoskopy / New Age – że potrzeba transcendencji zakodowana jest w każdym z nas znacznie głębiej, niż tylko na poziomie głupich tłumaczeń typu „objaśniania świata” czy „tłumaczenia własnych porażek”, potwierdza się właśnie znowu w całej swojej cyklicznej okazałości.

Nie da się otworzyć lodówki, żeby nie wyskoczyła z niej Olga Tokarczuk jej zawiasy nie zaskrzypiały zachęcająco do pójścia na wybory. W tym miejscu mógłbym znów powyżywać się stylistycznie, barwnie opisując miejsca i okoliczności, z których kompletnie nie znani mi ludzie, o kompletnie nie znanych mi poglądach, zachęcają mnie, kompletnie nie znając moich poglądów, do pójścia na wybory. Ale nie mam czasu – a i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi.

Za cholerę, naprawdę za cholerę nie rozumiem raison d’être, stojącej za masową nagonką [w znaczeniu naganiania, nie nagonki ;)] na ów proces. Serio, od wielkiej biedy da się zrozumieć, że na wybory naganiają [nazwiska przypadkowe] Hołdys, Morawiecki, Zandberg czy Braun. Ciężko zakładać racjonalnie, że na wezwanie np. jakiegoś „salonowca” radośnie do urny pobiegnie zwolennik Konfederacji. Albo odwrotnie. To jeszcze nosi jakieś znamiona sensu.

Ale te wszystkie ekscytacje bardziej lub mniej statystycznych? Radosne statusy na fejsie, tyrady przeróżnych w przekaziorach, artykuły prasowe… Serio? Nie potrafię wytłumaczyć tego niczym innym, jak albo całkowitym zdziecinnieniem – że ojciec dał ośmiolatkowi kierownicę, żeby troszkę nią pokręcił, a dorosły i tak pojedzie tam, gdzie ma jechać – albo myśleniem magicznym. Że pojedynczy głos cokolwiek zmieni. Że ktoś o nas zadba. Że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. A czy utyskiwanie już „dzień po” na społeczeństwo niedorosłe do demokracji – na co nawiasem mówiąc znów się zanosi – nie przypomina pretensji o niewysłuchane modlitwy?

A ja? Idę, dlaczego mam nie iść. Idę z ekscytacją, jaka towarzyszy mi na ogół przy załatwianiu potrzeb fizjologicznych. Rozumiejąc z przerośniętym wyrachowaniem, że pojedynczy mój – i Twój – głos równy jest co do siły rażenia mocy lajka pod kolejnym niusem o przemocy czy pożarze Notre Dame. Rozumiejąc, że realnie można wpłynąć na świat nie nieuzasadnionym entuzjazmem, ale albo górą szmalu, albo zaangażowaniem na najmniej pół etatu. Popierdółką nikt niczego jeszcze nie zmienił.

Zakładając, że jednak nie wszyscy głosujący są infantylni, resztę rozentuzjazmowanych tym cyrkiem w przerwie na kawę mogę oskarżyć więc jedynie o podświadome poszukiwanie sacrum. QED.

Z zamyśleń porannych.

JKM napisał swego czasu, że być może za wybuchającymi co jakiś czas antysemityzmami stoją sami Żydzi, żeby – bardzo mocno upraszczając – nie pozwolić zgnuśnieć genom i „utrzymywać w kondycji” swoich; w II WŚ ginęli szeregowi Żydzi, wybitne jednostki siedziały na Manhattanie i w Szwajcarii. Jakby nie patrzeć, od czasów antycznych Żydzi są jedyną grupą etniczną, która ze swoją kulturą, wiarą i tradycją przetrwała do dzisiaj. Messori tłumaczy to po chrześcijańsku, obietnicą Narodu Wybranego, JKM w ten sposób… Cóż, fakt faktem i dobrze byłoby go jakoś wytłumaczyć, bezalternatywne nabzdyczanie się na hipotezy słabe jest.

Zwracam jednak uwagę, że jeśli hipoteza JKM jest prawdziwa, to prowadzi to nas do stokroć bardziej niepokojących wniosków.

Jeśli „robienie źle” swoim – w różny sposób – długofalowo okazuje się skuteczne, to wypada zastanowić się nad „robieniem źle” Polakom. W takim wariancie:

  • jeśli wierzyć opozycji, Morawiecki i spółka de facto „robią dobrze, robiąc źle”, czyli hartują nas przez ucisk. Co w sumie nie odbiega od prawdy aż tak bardzo, po komunie wyszliśmy całkiem zahartowani [nie licząc braku elit],
  • jeśli wierzyć tejże opozycji, oni sami chcą Polsce zrobić źle, robiąc jej dobrze – w warunkach cieplarnianych Polska sczeźnie w wyuczonej bezradności,
  • jeśli wierzyć rządowi, prowadzi nas ku zagładzie – chcąc nam zrobić dobrze, robią nam de facto źle, podobnie jak planuje to opozycja.

A teraz handlujcie z tym.

Skazani na propagandę, czyli jak zjeść ciastko i mieć ciastko.

Widzieliście „Skazanego na śmierć”? Obiecuję, że wiele nie zaspoiluję.

S1:O7. Akcja w męskim więzieniu o zaostrzonym rygorze. Jeden z więźniów to gwałciciel-homoseksualista – z tych, co to żywemu nie przepuszczą, szczególnie w męskim więzieniu o zaostrzonym rygorze. W więźniu otacza się mocno zbudowanymi gośćmi, tych słabiej zbudowanych bierze pod swoje skrzydła i nie tylko skrzydła [swoją drogą, „siedzieć komuś w kieszeni” nabiera nowego znaczenia, #kmwtw]… Schwytanemu strażnikowi odbiera zdjęcie jego w zasadzie dorosłej córki i opowiada mu o niej różne rzeczy…

I teraz najlepsze. Z więźnia uciec trzeba kupą, bo taki chytry gryplan, bo tak chce leżyser, bo zobowiązania towarzyskie… Złodupca nie wtajemniczamy w gryplan – w pewnych okolicznościach sam się wtajemnicza. Robi się szarpanina i wszystko wychodzi na jaw. A w tej szarpaninie jeden bohater szarpie drugiego z niedowierzaniem:

– Dopuściłeś pedofila do tajemnicy?

Po obejrzeniu takich ujęć przekonanie połowy świata, że wojnę wywołali i 6 milionów w Auschwitz pozabijali nie żadni tam Niemcy, tylko jacyś naziści, to naprawdę małe miki.

Inkąpetąs, część szesnasta.

Tego jeszcze nie grali.

Sama rozmowa, jak rozmowa, nic szczególnego. Poza odpowiedzią na pytanie, dlaczego chce się przebranżowić. Bo w zawodzie nie ma dla niej pracy, tak mówi.

Absolwentka matematyki, chwali się znajomością R [więc pewnie jakiegoś pytonga też]. W Krakowie.

Nie no, serio. Jestem w stanie serio serio zrozumieć, że może jej to nie interesować. Że nie lubi kodować, że to zwyczajnie nie jej broszka. Ale ona twierdzi, że nie ma dla niej pracy. Eksplicytywnie, rzekłbym. Są widać rzeczy w niebie i na ziemi, o których nie śniło się nawet waszym fizjologom.

O rynku pracownika.

Są serwisy typu GoWork, te wszystkie linkediny, etc… A w nich – opowieści, jak nam źle, jak szefowie januszują, jakie buraki i wogle.

A mi marzy się serwis dla pracodawców. Założony odpowiednio daleko, żeby nie objęła go żadna chromolona jurysdykcja rodowska. Gdzie możnaby zapisywać opinie o kandydatach do pracy, którzy umawiają się na rozmowę, a potem ani nie przychodzą, ani nie zadzwonią, ani nawet telefonu nie odbiorą. Miałby pewnie duże powodzenie, bo na każdy taki wpis potencjalny pracodawca miałby około godziny czasu.

Niech to wszystko już pierdyknie. Mocno, głośno i wyraźnie. Proszę.

O Stefanie.

Niesioł.

Nie chodzi mi o rzucanie kamieniem… znaczy… no, nieważne. Chodzi o to, że to Stefanek Lakmusowy naszego podzielonego społeczeństwa.

12f04789eaa51ed84f12d30948cd-is-hypocrisy-the-greatest-threat-to-human-societies
Żródło: debate.org

Bo gdyby patrzeć bez uprzedzenia, zacietrzewienia, itp., to jego temat to obiektywnie samograj dla antyklerykałów. Z tego, co dociera do publiki, to niemal klasyczne „modli się pod figurą, a diabła ma za skórą”. Młyn na wodę dla wszelkich antyklerykałów, przeciwników KK, publiki „Kleru”, itp. I nie piszę tylko o jego ostatnim wyczynie – z mało chrześcijańskiego języka [delikatnie mówiąc] kojarzę człowieka jeszcze od czasów ZChNu. A potem było tylko gorzej.

A tymczasem – cichosza. Może selektywnie media odbieram, ale jakoś nie spotkałem się z jakimś masowym wywlekaniem przewag Stefana w kontekście krytyki KK. Jak idzie na Kościół, to leci każdy możliwy ksiądz ze standardowym katalogiem onetowych grzechów, prawdziwe czy domniemane faryzejstwo okołoPiSowskie, pedobeary, ostatnio memy ze Smarzowskiego, trafi się czasem Michalkiewicz… A o Stefanie – nic albo prawie nic. Wy wiecie dlaczego i ja wiem dlaczego – bo on nie z tych, w których walić należy. To, że wystawia się na strzał [powtórzę: nie oceniam – stwierdzam fakty], a z tej racji nie dzieje mu się nic albo prawie nic – to dla mnie koronny dowód tego, że poczucie racji w polityce już dawno straciło sens [przynajmniej dla tych, którzy KK nie przepuszczą przy żadnej innej okazji, czyli Sami Wiecie Komu], zastąpione prymitywnym trybalizmem.

I w naprawę Rzplitej uwierzę dopiero wtedy, kiedy antyklerykały zaczną masowo mieszać Niesioła z błotem obok całej reszty atakowanych katolików z prawej strony na głównej onetu.