Z porannej prasóweczki.

Tym razem będzie nieco inaczej i nieco obszerniej.

W czwartek katole churchingowali i z tej okazji wszyscy zostaliśmy przymuszeni do uznania ich pradygmatu kulturowego i nie mogliśmy pójść do korpo sprzedawać pakietów Internet + telefon. W ogóle mieliśmy bardzo nerwowy dzień, bo nie było „Wyborczej” i trudno nam było powiedzieć, co myślimy o zjawiskach ze świata polityki i lajfstajlu.

Poszliśmy więc z korpokolektywem na sojowe sushi. Przypałętał się za nami nowy z Tarnowa, który uznał jednak, że za „zdechło rybe” on 30 zł nie zapłaci, bo za to może pójść do mięsnego i nakupić schabu na kotlety. Tłumaczyliśmy mu, że soja jest ekologiczna i neutralna światopoglądowo; można z niej uzyskać sushi, fairtrade’owe mleko do kawuni ze starbunia, kiełki do grillowania i że w ten sposób nikogo nie dyskryminujemy, nie skrzywdzimy osobozwierząt i zapewnimy krótszy tydzień pracy dla lesbijskiej feminokomuny z Kenii, która starannie selekcjonuje dla nas najlepszej jakości ziarna kawy na potrzeby Starbusia.

Nowy tylko parsknął śmiechem, rzucił w nas cebulą i uciekł z sushi baru. Na pewno poszedł celebrować rocznicę cudu nad Wisłą: bijąc kotlety, wyobrażał sobie, że to bolszewicy xD Szkoda tylko, że ucierpiały na tym bezbronne osoboświnie, które pewnie wolałyby pójść z nami na sushi, ale nowy nie zapytał ich o zdanie.

Na miejscu dedykowanych służb rozpracowywanie środowisk mających dostęp do twardych narkotyków, a w szczególności ich nowych, mocniejszych odmian, rozpocząłbym właśnie od inwigilacji redaktorów, prowadzących „Młodych, Wykształconych i z Wielkich Ośrodków” w „Do Rzeczy”, bo oni tak co tydzień, o ile mogę wnioskować z okazyjnie kupowanych egzemplarzy. Aż się zdenerwowałem i, lekce sobie ważąc ostatnie nomen omen przecieki na temat Fukushimy, zanabyłem sushi. Ale soya-free. Nie jestem młody, nie jestem wykształcony czy nie rezyduję w wielkim ośrodku miejskim, kochany pamiętniczku?

Niedyskretny urok stabilizacji.

Któregoś dnia obudziłem się i pomyślałem sobie, że warto skorzystać z opcji w telefonie, umożliwiającej planowanie wydarzeń powtarzających się. W ten sposób lekko, łatwo i przyjemnie ustawione mam przypomnienia o backupach [wstrzymajcie paluszki, szydercy, wiem o automatach do tego, ale mam pilniejsze sprawy na głowie], opłatach i takich tam. A do tego dochodzi wyczekiwanie – no dobra, czekanie – co miesiąc na gazetkę, newsletter, zamknięcia miesiąca i wyrób paszy dla kostki olapowej. I pewnie jeszcze kilka innych spraw, o których teraz nie pamiętam. O, dzisiaj wypada jeden backup, potem trzeba uzupełnić arkusz. A wieczorem pójdę do kiosku.

System sprawdza się niemal perfekcyjnie. Pozostaje tylko jeden, coraz bardziej przykry, skutek uboczny: „kiedy minął ten miesiąc?…”. Wcale mnie to nie cieszy, jak mawiali w „Historii kina w Popielawach”.

Umowa.

Wysłałem mu PDFa z umową, żeby standardowo wydrukował, podpisał dwa egzemplarze i wysłał pocztą, ja jeden podpiszę i mu odeślę [zwolennicy podpisu elektronicznego won!]. A ten mózg wzion, wydrukował, podpisał, podpisany egzemplarz zeskanował dwa razy, dołączył kopie obu skanów do maila i czeka na mój podpis na jednym egzemplarzu.

I teraz mam problem, kochany pamiętniczku: posłać mu podpisany przeze mnie egzemplarz, czy tylko owego skan? I jak mam usunąć z otrzymanego maila ten skan, który podpisany mu odeślę?

AAA A może praca w dziale predykcji?

Swego czasu, z zupełnie offtopicznej okazji, na n3miastym joggerze pozwoliłem sobie wyrazić przypuszczenie [komć 9 i n.], że niedługo nasze własne telewizornie zaczną nas szpiegować, bo zrobienie lewego użytku z poinstalowanych po – tak, dokładnie tej marki nawet użyłem! – SmartTVs kamerach jest tylko kwestią czasu. Spostrzeżenie moje zostało skwitowane wówczas – składam to naprawdę na karb retoryki, bom pogodny i uraz w zasadzie niepamiętający – jako idiotyczne, choć oczywiście bardziej, niż prawdopodobne.

Tamże minęło dwadzieścia strzałów znikąd i dostajemy to.

Minęło pięćdziesiąt strzałów znikąd – proroctwa branżowe nie spełniają się tak, o [zanim spadający sterowiec rypnie o ziemię, też musi upłynąć vacatio zeppelinis, ale to już zupełny offtopic] – i mamy to. W SmartTV, jakżeby inaczej.

Pięćdziesiąt milionów CHF w używanych banknotach [połowa może być w BTC] i macie przebieg piątkowej sesji NASDAQ z dokładnością do punktu przez całe notowanie. Tylko poważne oferty. Po odejściu od kasy reklamacji się nie uwzględnia się.

Hejnał w Zamościu.

Miałem napisać notkę o hejnale zamojskim… ale wszystko już zostało opisane i cały misterny plan w hejnał. Nasza niedawna cicerone miała jeszcze inną wersję. Wg niej, władze Krakowa zaproponowały Janowi Zamoyskiemu „restrukturyzację” podupadłej naonczas Akademii Krakowskiej. Zamoyskiemu w to było graj – zaszczyt i spełnienie ambicji w jednym – ale nominację utrącił ponoć senat Akademii; nie będzie nam tu żaden redneck [daj nam, Opatrzności, więcej takich rednecków!…] i praszczur wynalazców jakowychś szwedzkich stołów porządków swoich wprowadzał i czegokolwiek reformował…

Cóż. W tej materii nic od tamtego czasu się nie zmieniło.

Przynajmniej w Krakowie.

Jedna zagadka Wszechświata mniej.

Pamiętacie Dziką Mrówkę Nie Tego Perepeczki? A dzietam… Drobnych złośliwości pod adresem wieku Lurkerów oszczędzę, albowiem łacno mogłyby się one obrócić w grube złośliwości pod adresem mojego. No ale mniejsza.

W „Tam-tamach”, dopływając do brzegów Afryki, któryś z bohaterów [hm… Tata?] recytuje dwie zwrotki rozwiązanej dzisiaj Zagadki Wszechświata [„Afryka dzika, śniona tyle razy…”], która siedziała mi we łbie, odkąd zasadniczo przestałem chodzić z drabiną na truskawki i której dotychczas nie mogłem wyguglać, mimo wielokroć podejmowanych prób. Dzisiaj znalazłem, umrę spokojniejszy. Gdyby w kimś jeszcze siedziało to od, kehm, kilkunastu lat…

Ladies, Gentlemen, i ty, księże proboszczu… Kazimierz Wierzyński, „Podróż do Afryki”. Zerżnięte bezczelnie stąd.

Gdzieś za witryną dostrzec siedem słoni.
Albo żyrafę na marce Niassy
I już odjeżdżać! Tylko raz się dzwoni
Na afrykańską podróż w ananasy.

Wprost na ulicy wsiadam do wagonu,
Rozkładam bagaż i przez okno patrzę
Na świat bajeczny tego iluzjonu,
Który się kręci w głowie, jak w teatrze.

A gdy do domu, pełny dziwnych zdarzeń,
Dobiję jakoś, to stara kanapa
Jest, by jacht z gniazdem bocianiem dla marzeń,
A serce w piersi, jak w kieszeni mapa.

Ściany rozstąpią się, i wielkie morze
Ląd mój pożegna sekretnym szelestem,
A papierosów dym błękitne zorze
Zawiesi ponad niknącym Triestem.

Afryko dzika, śniona tyle razy,
W żółte na mapie malowana kreski!
Już widać twoje wśród piasków oazy,
I już kołysze mię kanał Sueski.

Sfinks mi się kłania, a w dali, na przedzie
Aden połyska minaretów sławą!
Tu, kapitanie, niech sternik wywiedzie
Jacht na ocean i skręci na prawo!

Wygasły Kibo znowu się zadymi
I brzeg oświetli lampionem pożaru,
Na wjazd mój będzie skokami dzikiemi
Tańczyć sam wielki sułtan Zanzibaru.

Rozdziawią paszcze z dziwu krokodyle
I wyprostują swe garby wielbłądy,
Strusie, kryjące łeb w piaskowym pyle,
Wstaną, szpalerem otaczając lądy.

A głowa pełna murzyńskich wyrazów
I dróg Stanleya bez pryzm i bez darni,
Wśród niewidzianych nigdy krajobrazów
Zbłądzi, jak w cudach magicznej latarni.

W tej panoramie dopłynę bez troski,
Niczem wśród Lloyda najdroższych cenników,
Na Madagaskar, gdzie hrabia Beniowski
Raz w noc przeczyta mi coś z pamiętników.

I zwierzy mi się, że w morzu, na górze
Wyspy, gdzie z dawna już nikt nie zazierał,
Duch jakiś chodzi w francuskim mundurze,
Ktoś, jak banita, i ktoś, jak generał.

Wywieście gwiezdną banderę okrętu,
Niech go pozdrowi wśród morskiej zawiei,
Gdy kompas palcem pokaże u skrętu
Złote wybrzeże z Przylądka Nadziei.

Dal się wyłoni z mgieł nieodgadniona
I świat powieścią Jules Verna się wyda,
Życie wyprawą w cuda Robinsona,
A każdem miastem będzie Atlantyda.

Jachcie mój lekki! Już ostatni sygnał
I już ostatnia po drodze depesza!
Wiatr żagle twoje do Kadyksu przygnał
I serce mapę na kołku już wiesza.

Już nic bocianie gniazdo nie wywróży,
Iluzjon w głowie kręcić się przestanie.
Wysiadać! Koniec cudownej podróży
Snów karawaną po fatamorganie!