Przegląd multimedialny.

Ziemkiewiczowi z racji Viagry mać należy się drugi wpis. Książka jest imho zdecydowanie lepsza od Polactwa, głównie ze względu na szeroki zakres tematów. Jak już wspominałem, o ile tezy stawiane przez RAZa nie są niczym nowym dla miłośników jego twórczości, o tyle sposób argumentacji ciekawi bardzo – doborem mało znanych faktów, żelazną logiką i wykazywaniem paradoksów. Jeśli ktoś czytał Polactwo – polecam, Jeśli nie czytał – polecam tym bardziej.

* * *

Wreszcie udało mi się upolować Domofon. Książka lekka, łatwa i przyjemna – przynajmiej do setnej strony i o ile tak można mówić o horrorze. Chociaż… do wspomnianej setnej strony horroru nie jest za dużo, ale warsztat autora bardzo mi się podoba. Taka dobra książka w sam raz na weekend – chociaż dużo prawdopodobniejsze jest to, że połknę ją jeszcze dzisiaj, zaniedbując obowiązki rodzicielskie i domowe.

* * *

Niniejszym ogłaszam prywatny bojkot firmy Nestle, a żeby im akcje spadły, a kierownictwo mór wydusił. Do kukupłatków pododawali cedeki, „Pocahontas” i „Małą Syrenkę”. Nie miałem możliwości wcześniejszego obejrzenia tych dwóch wątpliwej jakości arcydzieł kinematografii światowej i tylko żałuję, że ten szok spotkał mnie w tak zaawansowanym wieku. Festiwal politpoprawności, ordynarne agitki bez żadnej próby kamuflażu, jednym słowem – gnioty, i to gnioty potworne. I mam problem, bo dziecku się to podoba… Szlag, na przyszłość trzeba to będzie wszystko oglądać przed wręczeniem. Bliscy w kolejce do opieprzu za niezweryfikowane prezenty.

Pytania niepokorne.

Dlaczego poligamia równoległa jest zakazana, a poligamia szeregowa – pięć rozwodów – jak najbardziej dozwolona?

* * *

Czy fonetyczne podobieństwo wyrazów lunapar i lunapark jest li aby na pewno tylko dziełem przypadku?

* * *

Dlaczego Leszek Balcerowicz staje się coraz bardziej podobny do Stefana Friedmana?

* * *

Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy? Gdzie jest najbliższa Pizza Hut?

Chcica.

Co jakiś czas nachodzi mnie chłopska odmiana babskiej pretensji pt. Nie mam co na siebie włożyć!. W moim wydaniu objawia się to cykliczną żądzą zakupów komputerowych. Nie inaczej jest od kilku dni. Łażą za mną: stara nowa grafika [czyli znany z poprzednich wpisów Radek, chwilowo przebywający w serwisie], nagrywarka DVD, pendrive, nowa karta CF do cyfraka, czytnik do tychże kart i jakiś kabel do komórki. Coś trza będzie z tego wybrać, bo się popłaczę 😀

Szulerzy

Jeśli siadasz przy tym stole zważ, że światło nie najlepsze,
a partnerzy w każdym razie przypadkowi,
popraw pludry, nim usiądziesz, i pod boki się podeprzyj,
bo pewności siebie brak nowicjuszowi.

Kart nie sprawdzaj – znakowane, ale nie daj znać, że wiesz to,
bo obrażą się i wstaną od stolika,
przegrasz tak czy owak, chyba, że oszukasz, ale zresztą
nie po kartach się poznaje przeciwnika.

Jacek Kaczmarski, „Szulerzy”

Dziwne przypadki braci Kaczyńskich i nie tylko w „Gazecie Polskiej” opisane.

W temacie zmiany czasu.

Ostra popijawa, opowieści mrożące krew w żyłach stają się coraz straszliwsze, coraz bardziej hardcorowe…
– Pewnego poranka – opowiada brother in arms – wstaję wypluty i przeżuty. Tupot białych mew, kalosz w pysku, klamka patrzy się na mnie z wyrzutem… Do tej pory nie wiem, jakim cudem zwlokłem się z wyra. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak dotarłem na przystanek… dojechałem do pracy… staję przed drzwiami do mojego pokoju firmowego i w tym momencie uświadamiam sobie z przeraźliwą jasnością, że dzisiaj jest…
– …niedziela? – zgaduje przyjaciel.
– Gorzej. PONIEDZIAŁEK.

Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego ten dowcip nie śmieszy nikogo poza mną. Mnie on rozwala na atomy.

Burdel w burdelu.

Posły chcą karania klientów burdeli. To jedne posły. Drugie posły chcą legalizacji burdeli. A trzecie posły chcą upubliczniania danych ich klientów. Obok pyszni się zdjęcie ilustracyjne do artykułu, jak dla mnie – klimatem i żywcem wyjęte z „Nowego Pompona”, przedstawiające [???] warszawską agencję towarzyską. Szczypanie się niestety nie pomaga, nie budzę się, a artykuł nie chce zniknąć. Tu, o.

Up and running.

Pierwszy rok studiów. Pierwszy kontakt z pecetem, haczenie laboratoryjnego DOSa, pierwsze Win3.11. I cały pierwszy rok [i parę następnych], straconych na Civilization, pod koniec roku odpalanej z shella z Lotusa123 [bo wszystkie inne shelle zostały zblokowane].
Czwarty rok studiów. Pierwszy kontakt z Win95.
Rok po ślubie. Pierwszy [i ostatni] RedHat zainstalowany na pierwszym własnym kompie, wtedy jeszcze nie mający żadnego praktycznego zastosowania. Ale radochę z samodzielnego odkrycia, czemu nie kompiluje się jądro [banalny i dość znany babol ze źle zlinkowaną jakąś biblioteką], pamiętam do dzisiaj.
Parę lat temu, pierwszy Slack postawiony w roli routera.
Wczoraj, dzisiaj. Samodzielnie rozwiązany problem z niebutującą się frybzdą, samodzielna lokalizacja starego jaja, odpalenie tegoż po długich bojach, rekompilacja nowego, odpalenie systemu już z dobrym jądrem. Plus wymiana huba, który zbiesił się był dokładnie w czasie wymiany ISP, a którego to huba jako problem udało mi się namierzyć dopiero parę godzin temu. W końcu po dwóch tygodniach od wymiany łącza mam w miarę bezproblemowo działający internet. Cholenie fajne uczucie.