Rysiu dał radę

Wczora z wieczora w towarzystwie Uli i przyjezdnego na jakąś frybździaną konferencję Y. poszłem do KTO na monodramę „Zapiski oficera Armii Czerwonej” na podstawie książki Zubowa. Grał Piotr Cyrwus.
Rzecz [sztuka] sama w sobie wstrząsająca, natomiast – jakkolwiek za znawcę gry aktorskiej się nie uważam nic a nic – Cyrwus mi się spodobał. Wiem, że ocenianie aktora jako człowieka przez pryzmat granych przez niego postaci świadczy o niedorozwoju umysłowym, aczkolwiek P.C. znacznie zyskał. Cóż, jednak w pewnym stopniu to szata zdobi człowieka. Razem z PT U. i Y. ratowaliśmy później poziom spotkania pospektaklowego, zmuszając Cyrwusa m.in. do odpowiedzi na pytania, czy grając tytułową postać, może zgodzić się ze zdaniem Napoleona, że między ludami Wschodu i Zachodu zieje niezasypywalna przepaść [przy tym pytaniu najbardziej się namotał, ha!], czy zdarzyło mu się, żeby ktoś na spektaktu razem z nim wiwatował na cześć Stalina i jak odnosi się do liftingowanej klasyki, czyli Makbeta na śmietniku. Nasze intelektualne, nietypowe i pełne głębi pytania doskonale i jaskrawo odcinały się poziomem od komunałów prawionych przez stado egzaltowanych nastolatek.
Z rzeczy innych – jogger najwyraźniej uchylił się od przyjęcia wczorajszej wiadomości, że K. dostała nareszcie pracę. Okolica cokolwiek prozaiczna w swoim chuligaństwie [os. Teatralne], ale praca jest w szkole i – last but not least – jak się nie ma, co się lubi, to się lubi ser podlaski.

Killig joke

– Stary, mam do ciebie prośbę – nie przychodź do mnie więcej w gości. Po twojej wizycie zginęły nam pieniądze.
– No coś ty! Chyba nie myślisz, że to ja wziąłem!
– Eeee, nie, wiem, że nie wziąłeś, bo je potem znaleźliśmy. Ale taki niesmak pozostał.

Kobieta po przejściach, mężczyzna z przyszłością

Ona. Rozwódka z dzieckiem. Z pracy do pracy, z rojeniami o wyjściu ze swojego małego Układziku. Jak śpiewa inny krakus, z głową w chmurach, a z **** na dnie.
On. Trochę programista, trochę wdrożeniowiec, trochę komputerowiec generyczny, trochę szczęśliwy mąż i ojciec [kolejność przypadkowa]. Z laby do pracy – trzygodzinne wyjście na rynek w godzinach pracy, bo akurat jakiś KoparaMan jednym nieostrożnym szarpnięciem łyżki pozbawił prądu niewłaściwą połowę miasta.
Ono. Miasto, gdzie nie można przejść się po Rynku o dowolnej porze, żeby nie pozabijać się o najbardziej nieoczekiwanych znajomych.
* * *
Kobieta po przejściach spotkała mężczyznę z przyszłością. Pogadali, powspominali, poszli. Każde w swoją stronę.
* * *
Czy już pisałem, że wyszedł nowy Grzędowicz? Co prawda niestety to nie horror, tylko jakieś SF [chiba]… ale to nie powinno przeszkadzać. Spoczywa w torbie i czeka na lepsze dni.

Ścinki

Przeczytane, obejrzane: „Zabić drozda” [mniam, jak ja uwielbiam klimaty lat …dziesiątych – a książka jeszcze z fotosami!], parę opowiadań z Dickowego „Krótkiego, szczęśliwego żywota brązowego oxforda” [Hm. Generalnie całą twórczość Dicka możnaby skwitować jednym wielkim „Hm!”], i „Opętanie” – gdyby Żona nie zgłaszała votum separatum w kwestii krzyków w środku seansu [i – gwoli sprawiedliwości – w środku nocy], poddałbym się klimatowi filmu bez reszty i zszedłbym pewnie na zawał.
* * *
„Stary dekret mocno śpi, stary dekret mocno śpi, my się go boimy, na palcach chodzimy, jak się zbudzi, będzie zły!…”
* * *
Żeby tak mi się chciało, jak mi się nie chce… Ech.
* * *

A jednak trzynasty.

Wamać. Zakręt za Tesco. Do domu niecały kilometr. Niczego nie zauważyłem.

Stówa. I dwa punkty. Brak pasów. No by to szlag. Nawet nie miałem argumentów, żeby się targować.
A weźcie wy się za łapanie bandytów! Tak, wiem, zatrzymanie niżej podpisanego nie grozi pobiciem ani nawet zelżeniem. A może powinno?…

Korporacyjne pierdu – pierdu

Menedżment Nokii się zebrał w sobie i analizę przedstawił:

Szefowie firmy dostarczającej technologie telekomunikacyjne prognozują, że jeszcze w tym roku czeka nas gwałtowwny rozwój rynku mobilnej rozrywki, głównie – serwisów muzycznych. Dzięki nim ściągniemy muzykę przez telefon i zapiszemy ją w pamięci albo posłuchamy jej na żywo przez sieć komórkową.

Tajesss. Oczyma wyobraźni widzę już gwałtowny rozwój segmentu kabli połączeniowych komórki->domowe HiFi. Audiofile odsłuchujący Chopina na swoich Siemensach z przenośnym zestawem kwadrofonicznym [Toyota do przewożenia głośników w zestawie] będą wniebowzięci.

Prognoza na przyszły rok to z kolei rozwój telewizji komórkowej, którą będziemy oglądać na żywo jako transmisję bezpośrednią lub zamówimy sobie ulubione programy w dowolnym czasie.

Okuliści chętnie podpisaliby się pod tą wizją, ale rzeczywistość odbiorników TV skrzeczy.

W 2007 roku rynek mają zalać mobilne gry, które mogą zagrozić tradycyjnym formom rozrywki multimedialnej.

Na przykład Madziong w wersji na komórki. Re-we-la-cja!

Użytkownicy będą mogli za pomocą przenośnych urządzeń korzystać z podstawowych aplikacji internetowych, jak WWW czy poczta, a także nagrywać wideo, robić zdjęcia, publikować własne materiały w Sieci w dowolnej formie (np. przez mobilny blog – elektroniczny pamiętnik).

A dla zagorzałych linuksiarzy, którym rozdzielczość wyświetlacza komórkowego wydaje się zbyt duża, oferujemy mobilną wersję lynksa.

Telefonia komórkowa może także przyczynić się do zasypania cyfrowej przepaści między Zachodem a rozwijającymi się krajami takimi jak Rosja, Polska czy kraje azjatyckie.

A świstak nie siedzi, bo poszedł się powiesić z rozpaczy po przeczytaniu mundrości tych analitykuff. Ja wiem, że premię kwartalną wyrobić trza, ale więcej finezji, więcej finezji!…
Aha całość jest na onecie.

Z szabelką na czołgi, czyli żenada constans

Politycy cyckają nas, jak chcą, podatki żyć nie dają, rozwinięcie jakiejkolwiek działalności gospodarczej to droga przez mękę, wolne media to mrzonka [vide ostatnie oświadczenia Wańkowej], afera goni aferę…
… a dwie sprawy, które w tak dużym stopniu zdołały wzbudzić w kilkunastu ostatnich miesiącach tyle emocji, to prohibicja w czasie wizyty papieskiej w Krakowie i manifestacja pederastów. Innymi słowy: okradajcie nas jak chcecie [i tak na was zagłosujemy], tylko pozwólcie nam chlać i p******ć wszystko, co się rusza i na drzewo nie ucieka.
Jestem pod wrażeniem.

Iluzje

Alegoria [trudne słowo] weekenduGeneralnie
to przy pomocy aparatu
chciałem sobie wmówić,
że przesłanie tego zdjęcia
[a przynajmniej to wyrażone explicite]
[explicite przez warstwę opisową, żeby
nie było niedomówień]
ma jakieś szanse bytu.
Prawda jest brutalna.
A pogoda jeszcze gorsza.
Będę tworzył PKB również jutro.
Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to,
że jestem trzeźwy, jak dzika świnia.
W końcu nikt nie mówił, że to nie będzie jogger artystyczny.
Pan Artysta dziękuje PT Sponsorom za udostępnienie materiałów do ekspozycji.
Update: „przesłanie” w sensie „mesidż”, nie w sensie „upload”, baranie jeden. To wyjaśnienie dla mnie, żebym któregoś dnia nie musiał się znów zastanawiać, o co mi wczoraj do jasnej Anielki chodziło.

Wielka Kołomyja Elementarna

Zaraza, no. Ledwo, porzuciwszy czarnosecinne i oszołomskie przekonania, że żydokomuna rządzi światem, zacząłem, pod światłym wpływem „GW” i „Rz” posępnym milczeniem ignorować światy astralne Stana Tymińskiego i istnienie lóż wolnomularskich, a tu zonk. Istnienie grupy trzymającej władzę, objawione mi przez „GW”, upchnąłem jakoś w moim światopoglądzie [acz rzeczony światopogląd skrzywił się niemożebnie i głośne, acz niepochlebne opinie na mój temat wydawać zaczął], ale dzisiejszych doniesień o tajemniczej sekcie, robiącej wodę z – przepraszam za wielkie słowa – mózgów naszych luminarzy, nijak ścierpieć nie mogę.
Jak to? Zali wżdy masoneria nie istnieje, bo to przecież woda na młyn wywrotowców w rodzaju starego Giertycha czy JKM [to w takim razie po cholerę należeli do niej Kościuszko, Waszyngton i inni?…], a nasze – baczność! – Elity – spocznij! – dają się jak pierwsza naiwna podebrać na lep prozaicznej sekty? O tempora, o mores. Adasiu, ratuj!