Browar Żywiec.

W joggerowym prekambrze linkowałem tutaj „Powrót” autorstwa wzmiankowanych. Tematu wtedy nie ciągnąłem, bo primo ledwo wyszedłem naonczas z nieprawdopodobnie ambitnych podśmiechujek typu „Browar Żywiec? Graj te same palcówki jednocześnie na paru gitarach, a zaistnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że przez nieuniknione rozjazdy rytmiczne uzyskasz pseudogłębię aranżacyjną”, secundo nie kojarzę, żeby wtedy udało mi się znaleźć coś więcej. A dzisiaj – prosz. Nie dość, że zmądrzałem, to jeszcze cała płyta tej piosenki turystycznej [co to, do kroćset, jest „piosenka turystyczna” btw?] znalazła się w tzw. międzyczasie na YT. Indżoj.

A „Jaworzynę” przearanżował nawet… Bayer Full. Też do wyszukania, gdyby ktoś miał tyle samozaparcia. W sumie.. indżoj. A nawet indżoj tambien, bo na teledysku wjeżdża el mariachi z paluchami na ochnastym progu, normalnie Meksyk. ¡Ay ay ay ay!

Powroty, powroty, powroty.

Do wannabe-kontrolowanego życia.

Na serwerze jako git-człowiek zainstalowałem właśnie git-serwer. Nie żebym jakoś megadevelopował [a szkoda] – kod, który piszę ad hoc to tu, to tam, rozłazi[ł] mi się po pińciuset laptokach, na czym cierpiały moje nerwy, mój czas [tylko ja wiedziałem, jak, gdzie, komu, kiedy i po co się to uruchamia], moja kasa [parę pożytecznych żniwiareczek paru stron z racji bajzlu musiało wziąć paromiesięczne wolne] i moje poczucie własnej wartości. Repo już jest, teraz tylko poprzerabiać to na moduły ze wspólnym menu [rotfl] i będzie grać i buczeć i ogólnie git.

Wczora z wieczora udało mi się wreszcie zgrać – również z pińciuset dysków – zrzuty z płyt na odpalony wreszcie domowy serwer. Po straconym wieczorze z rhythmboksem, który żądanie odegrania czegokolwiek z share’a lanowego okazał się traktować nader wybiórczo, zainstalowałem banshee i jestem oczarowany, wszystko chodzi od Pana Kopa, w tle ściąga okładki… Cud miód malyna normalnie. Mieszkanie słyszy muzykę pierwszy raz od jakiegoś pół roku, żyj szybko, kochaj mocno i umieraj młodo. Roboty z tym jeszcze od metra i ciut ciut, w tzw. międzyczasie narosła przepotężna jak na mnie ilość płyt do zgrania, w przerwach trzeba będzie jeszcze pousuwać duplikaty, popracować nad tagami i pousuwać rzeczy, które się zaplątały przypadkiem skądkolwiek, ale widać jak nie koniec, to przynajmniej Gryplan.

W przeciwieństwie do nieogarnialnego zbioru zdjęć i wideł z przerażającym zbiorem [i archiwum] genealogicznym, gdzie warunkiem koniecznym przekazania pracy tzw. przyszłym pokoleniom jest najmniej wskazanie jakichś spójnych danych…

… ale przynajmniej jest Gryplan. Zarówno w kwestiach porządkowych, jak i – nawet w zaniedbanym ostatnio zarysie – sprawach ciutkę ważniejszych [choć całkowity porządek to na dziś mission impossible]. A to już w moim przypadku bardzo dużo. Przynajmniej tyle, żebym rzadziej myślał w kategoriach KASZANY!