.

Nie rozumiem tej ogólnoświatowej fascynacji Lovecraftem. Czytam właśnie „Zgrozę w Dunwich” i jedyne, co mnie przeraża, to to, że z każdą kolejną stroną napotkam jeszcze więcej przymiotników „straszny”, „przerażający”, niewyobrażalny” i „straszliwy”.
 
A opowiadanie, gdzie jakiś samotnik [„straszliwy i niewyobrażalny”, a jakże] dorasta w jakimś oderwanym od świata i [a jakże] „mrocznym” zamczysku w „niewyobrażalnej” [a jakże!] głuszy, po czym wbija się na imprezę, gdzie paraliżuje go przerażenie wskutek zobaczenia po raz pierwszy własnej mordy w lustrze, to już naprawdę szczyt grafomanii. No nic, jakoś zmęczę to do końca, może się rozkręci. W sposób mroczny, złowieszczy i nieogarnialny od eonów, a jakże.

Moja odpowiedź Dawidowi Myśliwcowi

Poprzedni wpis pojawił się 23.04.2020 na JoeMonsterze w godzinach rannych, relatywnie szybko wybił szambo i został skasowany wieczorem, po zainteresowaniu się nim Dawida Myśliwca z kanału YT „Uwaga, Naukowy Bełkot”, bez poinformowania mnie w jakikolwiek sposób. Z racji sposobu załatwienia sprawy na JM jest mi z tego powodu bardzo wszystko jedno; nie zamierzam kopać się z koniem. Poniżej to nagranie; mięsko zaczyna się gdzieś od 4:50, wcześniej skazani jesteście na autopromocję DM.

DM od czwartku wieczorem do soboty nie odpowiedział na prośbę o kontakt, zaczynamy więc bez niego.

Update 24.04: art wrócił na JM, bo suweren zaczął się dopytywać, o co ten cały shitstorm 😀 Nie wiem, na jak długo.

A oto moja odpowiedź – trudna podwójnie. Po pierwsze – z racji oczywistej asymetrii zasięgów, bo nie zdecydowałem jeszcze, czy po takim „sądzie kapturowym” będzie chciało mi się go jakkolwiek nawet próbować pchać na JM. Po drugie – z racji formy „polemiki”, jaką przypuścił na mój artykuł DM; nie mam w zwyczaju zniżać się do używanego tam niekiedy języka czy formy przekazu, choć i tak – w zestawieniu do komentarzy pod pierwotnym artykułem na JM – jest to swoisty Wersal, nieosiągalny dla większości komentatorów.

Długo wahałem się, czy odpowiedź uczynić maksymalnie merytoryczną, czy choć częściowo emocjonalną. Umiem „w zabiegi stylistyczne”, gwarantuję – co byłoby moją pisemną odpowiedzią na (…) ogólny IMHO „nadmiar formy” w przekazie DM – ale wychodząc z założenia, że „dłużej klasztora, niż przeora” i chcąc oszczędzić czas Czytelników, zdecydowałem się na opcję pierwszą. Stracę zapewne przez to kilka procent poklasku, znęconego w innych okolicznościach „dynamiczną formą” czy zawsze medialnym „zaorywaniem”, ale zainteresowanych faktyczną treścią zawsze będę miał przez to gdzie odesłać, a na zdaniu zbyt zabieganych… nieszczególnie mi zależy. Last but not least – mimo wszystko bardziej zależy mi wciąż na wyjaśnieniu swoich wątpliwości i zadawaniu pytań, niż na dobrostanie, wypływającym ze zgrabnej formy odcięcia się.

Najpierw jedna moja wielka wtopa i parę wyjaśnień. Jedziemy:

1. W przykładzie statystycznym z wielkością próby ordynarnie dałem ciała i nie tyle pomyliłem się, ile zwyczajnie zapomniałem o tym, że wielkość dopuszczalnego błędu w próbie statystycznej ze strony statystyka.az.pl jest wartością w punktach procentowych, a nie wartością błędu frakcji. Mój błąd. Kropka. Definitely. Bez dwóch zdań. Wytknął mi to już w komentarzu pod poprzednim wpisem Cichy i to On zbiera laury dla pierwszego. Faulem nieco mniejszym – że przy wypisywaniu parametrów zapomniałem explicite podać wielkość frakcji, którą faktycznie przyjąłem jako 10%, a którą DM odgadł prawdopodobnie metodą prób i błędów. Czy to zresztą w ogóle faul?…

2. Z wpływu pierwszego z powyższych błędów na wyliczenia nie zdałem sobie sprawy wskutek mojego niedbalstwa – ale też poza Cichym i DM nie przeczytałem o nim w żadnym z ponad setki komentarzy na JM, o czym jeszcze wspomnę. Żeby było śmieszniej, pierwotnie zamierzałem ten art podać właśnie – w charakterze wyjaśnienia wątpliwości, a nie [jak podaje video] jako „Ty pa, co o tym myślisz?” – do DM jako pytanie, dlaczego testów jednak się nie robi. Brak przemyślanego planu dał znać jednak o sobie drugi raz i pomysł umknął gdzieś w zalewie spraw bieżących.

Tyle moich popełnionych głupot do których się przyznaję bez bicia, a wykrycie których DM uznał za „falsyfikację całego artykułu”. Mam w nosie budowanie napięcia i napiszę to wprost – wyłapanie mojego oczywistego błędu nie tylko nie falsyfikuje całego tekstu, ale nawet nie czyni tego z moimi obiekcjami co do określenia liczby zarażonych. Szczegóły poniżej.

DM, co trzeba mu oddać, wchodzi z drzwiami, czyli [słusznie] niszczy moje wyliczenia… jako kontrapunkt przyjmując [i tym samym odjeżdżając ostro…] – uwaga! – „oficjalne 10 tys. zakażonych” [15:49] i na tym opiera swoje dalsze wyliczenia [które – cesarzowi co cesarskie – sprawiają, że próba staje się bezsensownie wielka]. I w tym miejscu ręce opadają mi do samej ziemi. Wyrzucam memy, które były tu w pierwszej wersji odpowiedzi i pytam: człowiek zarzucający mi manipulację i dyletanctwo opiera swoje kontrargumenty na podawaniu OFICJALNEJ liczby zakażeń jako wartości frakcji do dalszych badań? Czyli, że uważa, że – mówiąc po polsku – mamy tyle i tylko tyle zakażeń, ile ogłoszono? Żadnych niezdiagnozowanych?

Trzy pytania nasuwają się ledwo na rozgrzewkę:

a) skoro owe 10k [czy ogólnie: „oficjalna” liczba zakażeń] to faktyczna liczba zakażeń, bo przecież na tej podstawie DM opiera swój dalszy wywód i wyliczenia – to jak uzasadnić rozlegające się zewsząd [linkować, czy uwierzycie na słowo?] apele o więcej testów i skargi o to, że liczba testów jest niewystarczająca? Lekarzom skończyły się po prostu zabawki i wołają o więcej, bo im się zwyczajnie nudzi – czy może jednak owe 10k przyjął sobie DM jako „rzeczywistą liczbę zakażonych taką fajną, bo nie za dużą”?

b) jeśli nawet zarażonych po półtora miesiąca mamy ledwo jakieś 10k i jest to pełna liczba [no bo przecież DM w ten sposób obala moje wyliczenia!], to… nic się nie dzieje, mamy sukces, proszę się rozejść, wracamy do pracy. Szczyt pandemii w Polsce szacowany jest na koniec kwietnia [co czego jeszcze wrócę]. Zarazi się jeszcze trochę osób, ale przy podanych warunkach raczej nie zapełniłyby one np. Sieradza [40k+ mieszkańców], dobijając być może do ludności np. Międzyrzecza Podlaskiego [ok. 17k mieszkańców],

c) przy całej mojej sympatii dla mieszkańców Międzyrzecza Podlaskiego – Kochani, czy naprawdę nie uważacie, że ogłoszenie ogólnopolskiego, kilkunastotygodniowego lockdownu z powodu hipotetycznej zarazy, panującej w Waszym mieście, byłoby jednak pewnym przegięciem?…

[Ad b) Z tym szacowaniem szczytu to w ogóle ciekawa sprawa jest – badacz cytowany w Forbesie powyżej ustawia go na koniec kwietnia, badacze w artykule w „Polityce” określają go bardziej na lipiec (update 25.04 – a parę godzin temu min. Szumowski przesunął go na jesień). A lockdown wciąż trwa w najlepsze, nie wiadomo, do kiedy. Naukowcy nie widzą w tym, jak widać, żadnego problemu, zajęci glanowaniem „foliarzy”, dopraszających się o zwykłą próbę statystyczną].

W wariancie, w którym zakładamy, że chorych jest faktycznie tyle, ile podają oficjalne statystyki, testowanie próbki jest faktycznie bez sensu z uwagi na jej wielkość, wyliczoną przez DM. Tyle, że nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Likwidujemy lockdown, rozchodzimy się po prostu do domów i zachowując!!! dotychczasowy social distancing, zakaz większych zgromadzeń i maseczki wracamy do normalnego życia. Bo przecież zauważalna część TegoKraju łamie wg DM przepisy – a pomimo tego przez półtora miesiąca zachorowało ledwo 10k osób… A skoro przepisy są niemal martwe, to po co dodatkowo jeszcze ograniczać gospodarkę, skoro w sytuacji patologicznego obywatelskiego nieposłuszeństwa i tak choruje tyle z nas, co nic?

— tutaj zaczyna się dygresja i dodatkowe wyliczenia; w zasadzie można je pominąć —-

Ale może jednak źle zrozumiałem, może jednak NIE CHODZI NAM o owe 10k zarażonych, na które DM się powołuje, i może jednak wypadałoby przyjąć jakąś większą liczbę zarażonych do liczenia frakcji? Może dużo większą? Nie mam z tym absolutnie żadnych problemów. Przyjmijmy szacowaną wielkość frakcji na poziomie jednak 10% [czyli 3.8 miliona Polaków]. Z racji kilku przesłanek:

  • bo tak pokazują orientacyjnie dane z Gangelt i „Diamond Princess” [tak, wiem… ale lepszymi nie dysponujemy – nie z mojej winy],
  • bo [nawet dużo] wyższą frakcję pokazują dane dla Nowego Jorku,
  • bo 10% z błędem 1pp. [punktu procentowego!] to wciąż nie najmocniejsza statystyka i taka sobie odchyłka – ale chętnie zobaczę lepszą propozycję,
  • bo szanująca się ogólnopolska pandemia nie może w swoim apogeum mieć rozmiarów ludności Międzyrzecza Podlaskiego 🙂

Wbijam więc w kalkulator frakcję 10%, populację 38m, poziom istotności 1% i dopuszczalny błąd 1%. Wielkość próby – 5971. Lepiej?

Zamykając sprawę liczebności próby – nieszczęsny kalkulator umożliwia również ustawienie poziomu istotności na 5% [czyli zmniejszenie prawdopodobieństwa zmieszczenia się docelowej wartości frakcji w zadanym przedziale z 99% na 95% – to trochę „fuszerka statystyczna”, ale nie aż taka znów wielka]. W takim przypadku wielkość próby wyniesie 3457 osób.

Owszem. Dużo, o wiele więcej, niż moje pierwotne wyliczenia – ale to już omawialiśmy i przyznałem się. Jednocześnie – przy pewnych staraniach – wciąż realna liczba testów. Jednocześnie wciąż o parę rzędów wielkości mniej, niż rachunki DM.

DM popełnia błąd, wpadając w [nieświadomie] zastawioną przeze mnie pułapkę, której nie opisałem w poprzednim artykule: wychodzenie w obliczeniach od niewielkiej liczby zakażonych kwestionuje sens badań statystycznych, ale razem z nim kwestionuje również narrację o pandemii. „10 tysięcy zarażonych w Polsce przez półtora miesiąca i za moment zwalniamy tempo” to ma być pandemia?… Z kolei większa ilość zarażonych – to zgodnie z moimi tezami [dużo] niższa wielkość odsetka zarażonych, więc jednocześnie dużo niższe współczynniki śmiertelności, oraz wykonalne testy statystyczne na populacji.

Poprawność przyjętego [aktualnie… :D] rzędu wielkości próby potwierdzają zresztą badania niemieckie, o których pisałem już poprzednio, a których DM nie zauważył – Instytut Roberta Kocha uruchomił program testowy w takim celu, jaki opisuję. Wielkość pojedynczej próby to 5000 testów z banków krwi, próby mają być pobierane co dwa tygodnie. Czy Niemcy też robią to źle? Pożyjemy, zobaczymy…

Nawiasem mówiąc, owe 5k niemieckich [N=83m] testów to względnie blisko próby dla frakcji 10%, 1% błędu i 1% poziomu istotności [5971]. No ale to już moje zgadywanki.

— tutaj kończy się dygresja —

(…) Być może robimy błąd, przyjmując a priori jakieś założenia. I być może dla uporządkowania tematu i rozpoczęcia ustalania stanu faktycznego, czyli faktycznej liczby zakażonych, oczywiście tylko w danym momencie/dniu [bo zakładam, że DM nie będzie jednak upierał się przy oficjalnej liczbie wykrytych zakażonych jako faktycznej podstawie do jakichkolwiek wyliczeń], trzebaby było podejść do tematu… bez jakichkolwiek założeń. Nasz kultowy kalkulator ma i taką opcję – w sytuacji, kiedy nie możemy a priori założyć wielkości frakcji [czyli odsetka zarażonych], należy założyć 50% [w zasadzie jest to typowe podejście, zgodne ze sztuką]. Dla niezmienionych innych parametrów – N=38m, α=1%, e=1% – otrzymujemy wielkość próby, wynoszącą 16,580 osób. Sporo – ale jest to tylko próba „wstępna” i jednorazowa, dająca wstępny szacunek, z jakim odsetkiem zarażonych mamy do czynienia w Polsce. Czy jest to – jak chce DM – około 10 tys. osób w skali całej Polski, czy raczej odzwierciedlenie „moich” źródeł i mojego podejścia, bliżej w okolicach owych 4 milionów [btw. sam fakt, że dwa miesiące po wybuchu pandemii i miesiąc od lockdownu dyskutujemy o takich rozbieżnościach i każdy z nas ma swoje racje na ich obronę, powinien – niezależnie od moich podejrzeń czy hipotez – zapalać w głowach wielkie, migające czerwone światło z sygnałem dźwiękowym na dokładkę, że dotychczasowa heurystyka nie działa. Wciąż jak widać nie zapala…]

Wielkość próby na wspomnianym poziomie 16 tys. osób jest również wielkością dla „frakcji 50%”, czyli dla domyślnej sytuacji, w której ową nieznaną frakcję próbujemy dopiero oszacować. Sytuacja, w której odsetka zarażonych na covida w skali kraju nie znamy i próbujemy to właśnie określić, a DM ignorując to proponuje definiowanie wielkości próby dla „bazowej wielkości” 10 tysięcy zakażonych [co – abstrahując od niedostatecznej ilości testów – nie liczy się również z założeniem, że większość przejdzie covida bezobjawowo], nie jest nijak rozwiązaniem postawionego przeze mnie problemu – dlaczego nie przeprowadza się statystycznych testów na COVID? Wykazanie mojego błędu jest więc wykazaniem mojego błędu i niczym więcej – a już z pewnością nie jest to odpowiedź na postawione przeze mnie pytanie. Coś w typie: „Dlaczego nie kupisz sobie samochodu za 16 tysięcy?” „Zgłupiałeś? Porządne samochody zaczynają się od ośmiu milionów!”

Uzyskawszy w ten sposób dość dobre przybliżenie odsetka zarażonych w całej Polsce, kolejne próby – te dla badania dynamiki zachorowań – mogłyby mieć mniejszą lub znacznie mniejszą liczebność, w zależności od „wstępnej” wielkości frakcji. Prawdopodobnie – dla frakcji rzędu owych 10% – wynoszącą ok. 3-4 tys. osób.

DM ma oczywiście rację i pamiętać należy o „uroku błędu punktu procentowego”. 1% błędu dla naszego kraju to 380 tysięcy osób. O tyle technicznie rzecz biorąc wynik może różnić się na populacji generalnej. Sporo? Z jednej strony sporo – ale też na takiej wielkości błędu się „fiksujemy”. Przynajmniej kończymy z domysłami, czy kontakt z zarazą miało 50 tysięcy, 800 tysięcy, czy może 10 milionów osób. Znów – oczywiście w określonym momencie…

EDIT: Jeszcze raz: nie chodzi o uzyskanie dokładnej liczby/odsetka zarażonych. Uzyskanie odpowiedzi na tak postawione pytanie jest faktycznie niemożliwe, tj. uzyskiwalne dopiero przy ogromnych wielkościach próby, o których pisze DM [błąd istnieje i jest przecież nieunikniony, podobnie jak we wspomnianych sondażach przedwyborczych]. Naszym celem ma być po prostu określenie – przy próbie oscylującej w skrajnym wypadku w granicach powiedzmy maksymalnie 20k osób – rzędu wielkości odsetka zarażonych. Czy jest ich ułamek procenta [jak zdaje się twierdzić DM], czy parę procent [co też być może], czy może raczej bliżej 20% [co mogą sugerować dane ze świata]. Do niczego innego takie testy się nie przydadzą – ale też niczego więcej od nich nie oczekujemy. Samo stwierdzenie, że chorych jest ileś procent, to już potężny krok naprzód w szacowaniu parametrów pandemii. Bo dzisiaj nie jesteśmy pewni nawet tego.

Nie uciekam przy tym od mojego poprzedniego disclaimera: epidemiolodzy mają być może „swoją własną statystykę” [choć przypuszczam, że owa specyfika skupia się raczej na specyficznych założeniach doboru próby, niż na samej jej liczebności]. Ale – być może wbrew pozorom – zarówno ten, jak i poprzedni wpis powstał po to, żeby właśnie takie wątpliwości wyjaśnić. Serio.

O opłacalności

DM uważa, że zdemaskowanie błędu w moich obliczeniach falsyfikuje cały mój dalszy wywód. Wrócę jeszcze do tego – ale na razie sprawdźmy, jak nowe [i nowo pozyskane dane] zmienią obraz moich kalkulacji.

Szacowana w linku powyżej dzienna utrata PKB – na okrągło 1 mld zł. To już suma „bez procentów”. W komentowanym przez DM artykule przyjąłem jako punkt wyjścia dzienne PKB na poziomie 1.2 mld USD [czyli z grubsza 4x tyle – co by się zgadzało z uwaga na ok. 25% gospodarki objętej lockdownem], zastrzegając się jednak [cyt.], że „można spierać się, że 1,2 mld dolarów to bzdura, bo przecież nie staje cała gospodarka”, które to zastrzeżenie przechodzi bez echa [27:00].

Jak powyżej, można zastosować podejście niemieckie, gdzie populacja byłaby testowana co dwa tygodnie. Dla mnemotechnicznego uproszczenia, nie zmieniającego rzędu obliczeń, wezmę 6000 testów, wyjdzie „średnia dzienna” 600 testów dziennie [bo – przypominam – po pierwszym, dużym badaniu, dalsze mogą być prowadzone już na próbach prawdopodobnie nawet mniejszych, niż 6k].

„Cena równowagi” dla jednego testu nijak nie wywraca do góry nogami moich argumentów i dla takich wyliczeń wciąż pozostaje na poziomie 1.67 miliona złotych, czyli nieporównywalnym do standardowej ceny testu, wynoszącej – przypominam – ok. 500 zł. W sytuacji „albo lockdown – albo testy, być może skracające ten lockdown” tyle musiałby kosztować jeden test, żeby „nie mieć motywacji” do skracania lockdownu [bo „teoretycznie możemy kupić testy, z których wyjdzie, że lockdown już niepotrzebny, ale co zyskamy na skróceniu lockdownu, stracimy na zakupie testów”].

O pozornej „demaskacji demaskacji”

Znów wycinam mnóstwo uwag mało merytorycznych i odnoszę się do oryginalnego materiału DM. Wytknięcie mi błędu w obliczeniach nie tylko nie podważa „całego materiału”, jak chce DM [21:15], ale nawet nie kwestionuje zasadności przeprowadzania testów na populacji generalnej. Dla większego uporządkowania i z racji drobniejszych objętościowo kwestii część spraw i pytań postanowiłem w dalszej części ująć w punktach:

1. DM określa mnie mianem „jakiegoś typa z internetu” [7:07] i pyta o moje mizerne szanse znalezienia rozwiązania problemu, z którym najtęższe umysły borykają się od długiego czasu. Wychylam się jednak złośliwie z kąta, do którego zagania mnie DM, i ponownie pytam: dlaczego więc – skoro chyba wszyscy zgodzimy się na temat przydatności wskaźników frakcji w populacji dla szacowania skali problemu – takich badań wciąż się de facto nie przeprowadza? Dlaczego panuje chyba pełna zgoda, że takie wskaźniki byłyby przydatne – a jednocześnie, pomimo sensowności kosztowej, którą wykazałem, takich badań nie robi nikt albo prawie nikt? Czyżbym znów popełnił jakiś błąd, szacując [tym razem :)] wielkość początkowej próby na 16,000 osób? A jeśli z jakichś specjalnych „procedur statystyki epidemiologicznej” wynika, że próbka ma być większa, chętnie posłucham. Serio. DM pewnie też…

2. [7:30] DM zarzuca mi, że gdyby moje hipotezy [że „ktoś chce na tym zarobić”] były prawdziwe, ktoś prawdopodobnie by się wyłamał i przekazał te sekrety publice. DM popełnia tutaj błąd erystyczny pn. chochoł, gdyż nigdzie nie twierdzę, że są to „sekrety”, nadające się do „ujawniania”. W pierwszym tekście podlinkowałem, jak mi się wydawało, wystarczajaco wiele źródeł dla potwierdzenia swoich tez. Nie jest więc tak, że „nikt z tymi sekretami nie idzie do mediów” i jest to błąd logiczny DM. Są to rzeczy ogólnodostępne i do mediów zwyczajnie nie ma potrzeby z nimi chodzić. Poszczególne akty prawne czy wyceny aktywów może znaleźć każdy zainteresowany; to, czy na takie sprawy kieruje się uwagę opinii publicznej, rozmawia o tym w głównym wydaniu „Wiadomości” i na pierwszych stronach portali – to już zupełnie inna historia… To trochę tak, jak z szaleństwami giełdowymi: notowania są publicznie dostępne, ale ulica na akcje rzuca się dopiero wtedy, kiedy mówi się o nich w każdym wydaniu wiadomości. O sprawach, odbywających się przy okazji aktualnego kryzysu, zwyczajnie się nie mówi, choć są publicznie dostępne. I to wystarcza.

3. [8:12] W warstwie werbalnej nie chce mi się nawet tego komentować. W warstwie merytorycznej, a propos „pokazywania się”… w czwartek zaproponowałem DM wyjaśnienie paru kwestii dialogiem, przypominając się dodatkowo komentarzem na JM. Nie uzyskałem odpowiedzi. Czyżby „pokazywanie się” i sygnalizowanie chęci do dialogu na argumenty miały obowiązywać tylko jedną stronę? Czy mi się wydaje, czy rozmawiamy o standardach?

4. [9:20] Zasadę Pareto znamy i szanujemy, również we wzmiankowanym kontekście wyliczania liczby zgonów. DM każe mi uznać, że ratowanie życia ludzkiego jest ważniejsze od statystyk. Zgodziłbym się z tym – gdybyśmy rozmawiali o lekarzach, dorabiających jako statystycy na drugi etat, zmuszonych do wyborów pomiędzy obiema profesjami. Tak nie jest i zasadniczo lekarze zajmują się leczeniem ludzi, a statystycy – konstruowaniem narzędzi, mających lekarzom [i decydentom] pomagać, a przy okazji jak najmniej szkodzących obywatelom. Nie widzę tutaj żadnego konfliktu „priorytetyzacji”. Nie ma „konieczności wyboru”.

5. Jeśli DM narzeka [10:20] na to, że bywa zmuszany do walki z teoriami, „z którymi jest problem, bo opierają sie na prawdziwych danych”, to jest to tylko i wyłącznie jego problem. Zakładanie a priori, że „te teorie mimo wszystko są złe” [bo tak!], kojarzy mi się ze wszystkim, tylko nie z podejściem naukowym. A prezentowane przez DM [i innych] podejście, w myśl którego przyłapując mnie na jednym błędzie może falsyfikować mój cały tok rozumowania [nie będący absolutnie ciągiem zdarzeń przyczynowo – skutkowych!], proponuję zastosować do poniższego akapitu:

2+2=4. Prezydentem USA jest Donald Trump. Rządzą nami reptilianie. WordPress jest systemem zarządzania treścią.

Czy falsyfikacja jednej ze składowych powyższego akapitu obala prawdziwość wszystkich zdań akapitu, Panie DM? Czy jest to wnioskowanie, dopuszczone w nauce polskiej, z którą ma Pan zdaje się wiele wspólnego?

6. [12:14] Argument, że „sytuacja (zmian ilości zarażonych pod kątem stosowania badań losowych prób zarażonych – t.) może się zmieniać w czasie”… niczego nie zmienia. Można to zbadać w jednym momencie i uzyskać „migawkę”, można badać to w interwałach, co opisałem wcześniej, i uzyskać estymację trendu. Aktualnie nie robi się ani jednego, ani drugiego – vide p. 1.

7. [13:30] Myśl [że „nie możemy wnioskowaniem z próby szacować liczby zarażonych w populacji”] wypadałoby jakoś uzasadnić, jeśli – w odróżnieniu od mojego tekstu – „oranie” ma się odróżniać i opierać na podstawach merytorycznych. Tym bardziej, że dalej DM zaprzecza sam sobie, przeprowadzając testy na poprawnych parametrach i udowadniając, że to ma jednak merytoryczny sens [w przeciwieństwie do finansowego dla jakiejś nikłej frakcji – ale o tym już pisałem].

8. [14:00] DM przypisuje mi opinię, jakoby „ktoś czuwa nad tym, żebyśmy nie znali całej prawdy”. Jest to kolejny chochoł i wymysł… nie wiadomo skąd, bo nigdzie tak nie piszę. Nie znamy liczby zarażonych i jest to fakt – a to, że może rodzić to podejrzenia, że stoi za tym ktoś konkretny, to już nie moja zasługa i nie mój problem.

9. [33:00] Dlaczego nie stosujemy modelu szwedzkiego? „Bo nie jesteśmy Szwedami!” I dalej – modelowy dowód anegdotyczny, jak to DM widzi przez okno swojego mieszkania ludzi biegających bez maseczek.

Przepraszam, czy to dalej blog naukowy? Uzasadnianie decyzji strategicznych tym, co ktoś widzi przez okno?

Swoją drogą, podążając codziennie do i z pracy, mijam każdego dnia prawdopodobnie ok. 100-200 osób. Przez parę ostatnich dni specjalnie im się przyglądałem i każdego dnia widziałem dwie, w porywach trzy osoby bez maseczek. Ale ja na ogół nie zapuszczam się w żadne szemrane rejony. Pomijając anegdotyczność tej odpowiedzi – może DM mieszka po prostu w jakiejś wywrotowej dzielnicy i czas na przeprowadzkę w jakąś spokojniejszą okolicę?

10. [34:27] Pytam, bo się nie znam: czy kwalifikacje „zgonu na COVID-19” w Polsce i Szwecji są identyczne lub przynajmniej w takim stopniu podobne, żeby móc porównywać wskaźniki śmiertelności w obu tych krajach?

11. [35:30] Skoro „oficjalne źródła oparte są o rzetelną naukę”, to co zrobić ze żródłami należącymi do obszaru tejże rzetelnej nauki, prezentującymi jednak odmienną narrację, czasem – o zgrozo! – zbliżoną do mojej? Na przykład wspominanym już kilkukrotnie Johnem Ioannidisem ze Stanford Medical School i mnóstwem innych ekspertów, prezentujących odmienny od oficjalnego punkt widzenia?

I – nie. Oficjalna nauka NIE MÓWI w sprawie covid-19 jednym głosem. Na życzenie służę źródłami.

12. Początek na końcu, nie chce mi się przenumerowywać: tytuł „Dlaczego w dobie pandemii rządy na świecie nie chcą skorzystać z dobrodziejstw statystyki?”, który również oburzył DM, nie pochodzi ode mnie, lecz został dodany przez redakcję JM do publikacji artykułu. Tytuł, pod którym ja umieściłem ten tekst w sieci, brzmi: „Statystyka jako szczepionka na koronawirusa”. Notabene redakcja JM nie dość, że tak przejęła się filmem DM, że zdjęła mój artykuł bez powiadomienia czy dania racji, to jeszcze – kiedy czytelnicy zaczęli się dopytywać, o co cały ten zgiełk – przywróciła go, zmieniwszy ponownie tytuł na „Dlaczego w dobie pandemii rządy na świecie nie chcą policzyć chorych na podstawie losowej próby?” [który to tytuł też może budzić czyjeś zastrzeżenia; proponuję „Artykuł o koronawirusie”, wtedy dopiero będzie całkowicie apolitycznie i neutralnie].

Na koniec jeden wtręt osobisty, od którego naprawdę nie potrafię się powstrzymać: rozbawiające tak bardzo DM moje zastrzeżenie: „Nie jestem lekarzem, ale (…)” zostało ordynarnie przeinaczone tak, żeby pasowało do z góry założonej tezy. DM wykorzystuje to do wepchnięcia mnie w swój mindset, w myśl którego jak wiadomo każdy foliarz po takim disclaimerze zaczyna wymądrzać się na tematy tym zastrzeżeniem objęte. Tymczasem oryginalny mój akapit brzmi:

„Nie jestem lekarzem, nie będę wypowiadał się na temat biologii wirusa i mechanizmów jego rozprzestrzeniania się, bo się nie znam. Nie śledzę filmów na YT, demaskujących nienaturalne pochodzenie SARS-CoV-2 i chwilowo nie zastanawiam się, czy zmutował on samoistnie, czy może Chińczycy podrzucili go Amerykanom, czy jednak odwrotnie, a może to WHO nie gra jednak fair; nie umiałbym zresztą takich doniesień ocenić merytorycznie. Od paru tygodni jednak tułam się po przeróżnych forach z dwoma prostymi pytaniami, na które nikt nie chce albo nie potrafi udzielić mi odpowiedzi.”

Konia z rzędem temu, kto wskaże mi odstępstwo od wspomnianego disclaimera w treści pierwotnego artykułu. Uwaga techniczna: wzmianka o WHO może być trochę myląca; dotyczyła jego prochińskich sympatii i w oryginale zawierała link do artykułu, który usunąłem na prośbę naczelnego JM. Nie dotyczy ona zasadniczego pytania o brak opracowanych kryteriów „zgonów”.

Mindset DM striggerował się w tym miejscu również z innego powodu. Na widok owego triggera jak widać nie tylko zostałem błyskawicznie sklasyfikowany, ale także mindset odpuścił sobie dalszą uważną lekturę. Bo i po co, skoro tezy foliarzy znamy na pamięć? A że foliarz co i rusz wyskakuje z mindsetu – nie ma to jak widać komplenie żadnego znaczenia.

Jeden wykazany duży błąd do tej pory nie zmienia niczego w założeniach tekstu – ani nawet szczerze mówiąc w samym argumencie o próbie. Weźmy jednorazowo 16k osób bez apriorycznego zakładania frakcji [przy okazji – czy DM jako biegły w statystyce to gdzieś zaproponował?…], ucinając brzytwą Ockhama wszelkie jałowe spekulacje, a potem zastanówmy się, co robić dalej.

DM wbrew zapowiedziom nie sfalsyfikował żadnej postawionej w tym artykule tezy, od reszty opędzając się stosowaniem nieuczciwych sztuczek erystycznych [2, 8, 9], wg moich kryteriów – chamstwem [3], brakiem podejścia naukowego [5] i pewnie innymi chwytami, których do tej pory nie wyłapałem. Trzymając się jednak założenia przyjętego na początku – kwestie personalne powetuję sobie gdzie indziej, tutaj mając cień szansy odpowiedzi na choćby jedno postawione pytanie – ta przesympatyczna dyskusja pozwoliła mi na uporządkowanie sytuacji i lekkie przemodelowanie „pytania o mianownik”.

Choć – jak wspomniałem – do odpowiedzi na postawione przeze mnie pytania dyskusja owa wciąż nie przybliża nas ani na krok.

Statystyka jako szczepionka na koronawirusa.

To jest pierwsza część nieplanowanego minicyklu. Część drugą – zawierającą link do vloga „Uwaga! Naukowy Bełkot” oraz moją na niego odpowiedź – można znaleźć tutaj. Komentarze do filmu DM usunąłem – odnoszę się do niego w drugiej części wpisu.

– Dlaczego mamy kwarantannę i wyłączoną gospodarkę? – Wiadomo, koronawirus. – Koronawirus co? – Jak to co? Większa zaraźliwość, większa śmiertelność. – A skąd to wiemy? – Z danych. – Ale z jakich danych?

I w tym momencie zaczyna robić się nieprzyjemnie.

W dobie masowej walki z fake newsami, promowaniem nauki, gdzie się tylko da, i opieraniu się wszem i wobec na twardych danych naukowych, w walce z zarazą mamy do czynienia ze zdumiewającą ignorancją na najwyższych szczeblach i z decyzjami podejmowanymi praktycznie bez jakichkolwiek rzetelnych danych.

Nie jestem lekarzem, nie będę wypowiadał się na temat biologii wirusa i mechanizmów jego rozprzestrzeniania się, bo się nie znam. Nie śledzę filmów na YT, demaskujących nienaturalne pochodzenie SARS-CoV-2 i chwilowo nie zastanawiam się, czy zmutował on samoistnie, czy może Chińczycy podrzucili go Amerykanom, czy jednak odwrotnie, a może to WHO nie gra jednak fair; nie umiałbym zresztą takich doniesień ocenić merytorycznie. Od paru tygodni jednak tułam się po przeróżnych forach z dwoma prostymi pytaniami, na które nikt nie chce albo nie potrafi udzielić mi odpowiedzi.

Zacznijmy od absolutnych podstaw. Współczynnik zgonów, stanowiący praktyczną podstawę do jakichkolwiek dyskusji o śmiertelności czy niebezpieczeństwie koronawirusa, a w konsekwencji mający stanowić podstawę do jakichkolwiek decyzji, to ułamek. Licznikiem w tym ułamku jest liczba zgonów, mianownikiem – liczba stwierdzonych zakażeń.

I ani licznik, ani mianownik nie są liczone w sposób, nie budzący wątpliwości. Nie wiemy, ile osób zmarło, nie wiemy, ile osób jest zakażonych. A na podstawie tego braku wiedzy zatrzymujemy całą światową gospodarkę.

Licznik

Czas na pierwsze pytanie, dotyczące licznika ułamka – osób „zmarłych na COVID-19”:

Dlaczego wciąż – pomimo ogłoszenia stanu pandemii przez WHO – brak jednolitych, globalnych miar „umieralności na koronawirusa”, przez co kryteria te są dowolnie stosowane przez poszczególne kraje, co w konsekwencji stanowi o całkowitej nieporównywalności statystyk w poszczególnych krajach i przyczynia się do zwiększania paniki?

Wtrącenie w poprzednim pytaniu zrobiłem nieco na wyrost, bo przejście od epidemii do pandemii nie jest oparte na żadnych liczbach. WHO zmieniło w ostatnich latach definicję pandemii, charakteryzując ją jako rozprzestrzenianie się nowej choroby na całym świecie, przez co – póki co teoretycznie – grozić nam może nawet pandemia kataru. Ale nazwa „pandemia” budzi przecież większy respekt.

Nie kłóćmy się jednak o definicję. Znacznie większe znaczenie ma uznanie, kto właściwie zmarł na koronawirusa. Pomijając szum informacyjny, w świecie daje się zauważyć podział na reguły, które na użytek tego artykułu nazwałem roboczo „szkołą włoską” i „szkołą niemiecką”. Szkoła włoska każe za „zgon na covid” uznać osobę, u której stwierdzono obecność koronawirusa. Szkoła niemiecka – osobę, u której choroby „odwirusowe” stały się główną przyczyną śmierci.

Najbardziej znanym przypadkiem jest jedna z pierwszych ofiar wirusa w Polsce, mieszkanka Łańcuta, u której stwierdzono wirusa, a która zmarła na sepsę po urodzeniu dziecka. W Polsce przypadków takich nie wlicza się do ogólnej liczby ofiar koronawirusa. We Włoszech zostałaby prawdopodobnie do nich zaliczona.

Na ile istotna jest ta różnica? Cóż, mając pełną świadomość potencjalnej niereprezentatywności danych, posłużę się przykładem z Małopolski. W momencie pisania tego tekstu zmarłych „na covid” odnotowano 14 osób, zmarłych „z covidem” – 18. Przyjmę więc nie do końca karkołomne założenie, że zgrubną wielkością „odchyłki” może być około 20%. I to w warunkach społeczeństwa polskiego, odchylonego raczej zdrowotnie „in plus” od np. Włoch.

Pamiętajmy cały czas, że te wartości, wyliczone tak czy inaczej, stanowią podstawę doniesień medialnych, kształtując zarówno naszą percepcję sytuacji, jak i rządowe decyzje. W interesie więc wszystkich winno być jak najbardziej precyzyjne określenie tych wielkości.

Żeby dać ostateczne pojęcie, z jakim niedbalstwem / brakiem kompetencji podchodzi się do liczby zgonów – cytat z onetu: „We Francji liczenie zmieniono na początku kwietnia, aby dodać liczbę zgonów w domach opieki, co spowodowało wzrost liczby ofiar o ponad 3 tys. W Nowym Jorku oficjalna liczba ofiar śmiertelnych koronawirusa gwałtownie wzrosła do ponad 10 tys., kiedy władze zaczęły obejmować osoby, które nie wykazały pozytywnego wyniku testów na COVID-19, ale przypuszczano, że umarły z tego powodu.” A w Hiszpanii opozycja zarzuca rządowi wręcz zaniżanie liczby ofiar.

Mianownik

Na banalnie proste pytanie „Ile osób w Polsce jest zarażonych koronawirusem?” częsta odpowiedź brzmi: „Nie wiemy, ilu, nie mamy tylu testów, żeby przebadać wszystkich”. Bzdura, bzdura, kłamstwo i manipulacja.

Drugie pytanie brzmi więc tak:

Dlaczego – poza kilkoma przypadkami w skali całego świata – nikt nie analizuje wirusa na populacji generalnej?

Do znajomości liczby zarażonych nie potrzebujemy badać wszystkich Polaków. Wystarczy przebadać odpowiednio dobraną losową próbkę Polaków podobnie, jak bada się preferencje polityczne, szacując na jej podstawie odsetek zarażonych w całej Polsce. Kilka takich próbek co kilka dni – i możemy szacować tempo przyrostu zarażonych, uodpornionych i w krótkim czasie opracować realne prognozy przebiegu epidemii oraz – w oparciu o rzetelne dane, nie estymaty – liczyć słynny współczynnik R. Dlaczego nikt nie wykonuje w Polsce takich badań, a zamiast tego jesteśmy z samej góry bombardowani informacjami, że „nie mamy pojęcia, kiedy to się skończy”?

Obliczenie wielkości próbki [czyli ilości testów do przeprowadzenia], dającej miarodajne wyniki, nie jest niczym trudnym dla studenta po pierwszym półroczu statystyki [edit 2020-04-25: …i pamiętającego ze studiów wszystkie zmienne we wzorze 🙂 O skreślony akapit rozsierdził się właśnie słusznie DM. Poprawione wyliczenia znajdziecie w drugiej części wpisu – tutaj wspomnę tylko, że pierwsza próba to ok. 16 tys. osób, potem prawdopodobnie znacznie mniej]. Przykładowy kalkulator ze strony statystyka.az.pl daje nam próbkę 239 osób [N=38m, α=1%, e=5%]. Mówiąc po polsku – tyle losowo wybranych osób należy przebadać w Polsce, żeby z 99% prawdopodobieństwem oszacować liczbę zarażonych na SARS-CoV-2 z maksymalnym błędem w granicach 5%. Metoda ta jest cudowna również dlatego, że pozwala na elastyczną manipulację budżetem – dysponując większym budżetem możemy zrobić więcej testów, co pozwoli nam na osiągnięcie mniejszego marginesu błędu lub większego prawdopodobieństwa osiągniętego wyniku. A nie mając dużych pieniędzy czy wielu testów – możemy skupić się na wersji budżetowej, czyli przeprowadzić badania mniej dokładnie, ale za to taniej. Ale nawet tak uzyskane rezultaty będą o rząd wielkości lepsze i dokładniejsze, niż rządowo-medialne „nie wiemy, kiedy się to skończy”.

„Ale nie ma na to pieniędzy!”

A pieniądze na zamknięcie połowy kraju bez jakichkolwiek danych są?

PKB Polski w 2019 r. to 593 mld USD. Królowa algebra podpowiada proste dzielenie, ale będę łaskawy i zamiast 0.3% dziennie przyjmę 0.2%, czyli na okrągło 1,2 mld USD. Tyle tracimy [znów teoretycznie – nie wszystko przecież jest zamknięte] z racji dziennego lockdownu gospodarki. Zakładając 10 takich badań cyklicznych co kilka lub kilkanaście dni – co pozwoli nam na monitoring tempa pandemii, szybkości zarażania, w miarę dokładnej daty jej szczytu i czego tylko dusza zapragnie – dostajemy 120 mln dolarów na pojedyncze badanie. A dzieląc to na 239 [liczba testów w badaniu] – wychodzi na to, że jeden test na SARS-CoV-2 [z opłaceniem ankieterów, badania, kosztami administracyjnymi, etc.] musiałby kosztować ponad pół miliona dolarów, żeby zamiast ich zrobienia warto było przetrzymać Polskę w śpiączce jeden dzień dłużej, niż jest to absolutnie konieczne. Nawet jeśli okaże się [a pewnie się okaże], że w wyniku dociekliwości bieglejszych w statystyce, testów trzeba jednak wykonać więcej lub dużo więcej, skala i proporcje końcowego rachunku nie zmienią się tak czy inaczej.

Aktualnie jeden test nie kosztuje oczywiście pół miliona dolarów. Kosztuje maksymalnie 500 zł.

Można spierać się, że 1,2 mld dolarów to bzdura, bo przecież nie staje cała gospodarka. Można kwestionować wielkość próby losowej – nie znam się, prawdopodobnie epidemiolodzy mają własną metodologię, wynikającą chociażby z faktu istnienia ognisk zarazy. Nie zmieni to jednak prostej konstatacji – zastosowanie miar i metod statystycznych zaczęłoby zwracać się już wtedy, jeśli dzięki nim lockdown możnaby skrócić choćby o jeden dzień.

Można argumentować, że barierę stanowi liczba wykwalifikowanego personelu do obsługi testów na COVID-19. Można się z tym zgodzić tylko wtedy, kiedy założymy, że w obecnej sytuacji procedury testowe przeprowadzane są zgodnie z regułami sztuki. Tak jednak się nie dzieje – mamy więc sytuację „krótkiej kołdry”, kiedy to możliwości testowe i tak nie wystarczają na pokrycie zapotrzebowania. Rozpoczęcie testów na populacji miałoby natomiast jedną zasadniczą zaletę – zapobiegłoby wstrzymywaniu gospodarki ponad miarę.

IHME szacuje, że „w najgorszych dniach zarazy będzie potrzebnych w Polsce ponad 700 łóżek na oddziałach intensywnej terapii i ponad 600 respiratorów. To grubo poniżej „mocy przerobowych” polskich szpitali, które tych łóżek mają co najmniej 5.000. Nawet gdyby sprawdziła się najbardziej negatywnie „odchylona” prognoza, zakładająca, że w najgorszym dniu będzie potrzebnych aż 1.800 łóżek na intensywnej terapii – szpitale powinny wytrzymać napór chorych na Covid-19.” – pisze Maciej Samcik. A wobec 600 potrzebnych respiratorów Polska ma do dyspozycji 10,000.

Wygląda więc na to, że przez brak powyższych badań spłaszczyliśmy krzywą mocno za mocno, czyli lockdown – w takiej czy innej formie – będzie trwał [co najmniej] kilkanaście dni za dużo. Jak przełoży się to na nasze portfele, inflację i bezrobocie – pozostawię bez komentarza.

„Ale nie ma testów!”

Kolejna bzdura. W zależności od mainstreamowego kanału, w Polsce wykonywanych jest między kilka a kilkanaście tysięcy testów dziennie.

„Naprawdę nikt nie robi testów na populacji generalnej?”

W Polsce – nie słyszałem. Na całym świecie zrobiono półtora testu.

Żartowałem, dwa. Warunki testowania na populacji generalnej spełnia z grubsza test, przeprowadzony w mieście Gangelt w Westfalii, zwanym „niemieckim Wuhan„, gdzie pospołu z zakażonymi bawiono się na festynie. Fakty: śmiertelność w populacji Gangelt wynosi 0.37%. Styczność z COVID-19 miało ok. 15% badanych.

Brakująca „połowa testu” to badania pasażerów i załogi statku wycieczkowego  „Diamond Princess”. 18 marca, półtora miesiąca po stwierdzeniu zarażenia u pierwszego pasażera, zarażenie stwierdzono u 712 osób na 3711 [19,18%], zmarło 10 osób [1,4% zakażonych]. Z racji kwarantanny załogi i pasażerów wycieczkowca dane te mogą posłużyć jako pewien punkt odniesienia – nie udało mi się niestety znaleźć informacji o liczbie osób z wykształconą odpornością, ale fakt, że nawet przy dwudziestoprocentowej zaraźliwości śmiertelność nie szybuje, powinien dać do myślenia. Tym bardziej, że wyniki zarażalności na wycieczkowcu zbliżone są do wyników z Gangelt i dają podstawy do ostrożnego wyciągania ogólniejszych wniosków… Na przykład takich, że słynne już twierdzenie kanclerz Merkel o 60-70% Niemców, którzy zostaną zarażeni koronawirusem może dość mocno mijać się z prawdą.

Pozwoliłem sobie na mały, nieuprawniony eksperyment myślowy. Na moment pisania tych słów – połowa kwietnia – w Polsce zmarły 292 osoby. Covid-19 jest z nami z grubsza od półtora miesiąca. W tym czasie w Gangelt i na „Diamond Princess” zachorowało ok. 20% próby, więc również całkiem arbitralnie przyjąłem, że z racji procedur kwarantanny choruje u nas połowa z tego – 10% ludności, czyli powiedzmy 3,8 miliona osób. Jaki to odsetek zarażonej ludności [o odniesieniu tego do całości populacji nie mówiąc], zostawiam do samodzielnego przeliczenia. Podpowiem tylko, że mniej, niż 0,01%…

Instytut Roberta Kocha zamierza po Wielkanocy uruchomić testy próbek krwi w całych Niemczech, po 5 tysięcy próbek co dwa tygodnie. Pierwsze wyniki mają być znane na początku maja – podaje cytowana wcześniej „Wyborcza”.

Po kilku miesiącach lockdownu…

I jeszcze jedno: podawanie w mianowniku wskaźnika śmiertelności liczby wykonanych, pozytywnych testów na SARS-CoV-2 – poza oczywistym fałszowaniem rzeczywistości – stwarza jeszcze jedną okazję do zaciemniania wyniku. Chodzi mianowicie o sposób testowania. Wielu badaczy zastanawia się, skąd tak duże różnice w śmiertelności pomiędzy Włochami a Niemcami. Jednym z wyjaśnień jest metodologia testowania. Niemcy i Włochy pod tym względem różni praktycznie wszystko, od ilości przeprowadzonych testów i średniego wieku testowanej osoby poczynając. Im starsza osoba, tym większe prawdopodobieństwo zgonu. I na odwrót – im młodszą osobę testujemy, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że wraz z mianownikiem zwiększy się licznik, czyli że testowana osoba umrze.

Podsumowując – wszelkie wskaźniki statystyczne koronawirusa w obecnej formie to policzek dla nauki i obraza dla zdrowego rozsądku. A jednak na ich podstawie podejmuje się decyzje, wiążące dla całych państw.

Kreska ułamkowa

Podchodząc do zagadnienia czysto technicznie, bez uprzedzeń i założonych tez, wyjaśnienia tak zdumiewającej ignorancji w tak podstawowych sprawach [nie mam na myśli pandemii per se, tylko reakcje „czynników oficjalnych”] mogą być dwa: głupota lub premedytacja. Z góry oświadczam, że pierwsze jest praktycznie nie do obrony – technicznie nie jest po prostu możliwe, żeby niemal żaden rząd na świecie nie miał w swoich szeregach osoby, która choćby otarła się o zagadnienia statystyczne na poziomie kursu podstawowego.

Jak mawiał Arthur Conan Doyle, „Gdy odrzucisz to, co niemożliwe, wszystko pozostałe, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą.” A ciekawym zajęciem może w tych czasach być odstawienie „przekazu dnia” i rzut oka na „wydarzenia towarzyszące”.

W świecie bez stabilnego systemu monetarnego [a takie oparcie dawał tylko system oparty na złocie] kryzysy zdarzają się średnio raz na 8-9 lat. Od 2008 roku upłynęło nieco więcej czasu, a stan pandemii jest wprost idealną okazją do wyciśnięcia z kryzysu, ile się da, i to bez „skutków ubocznych” – szczególnie mocno polecam ten materiał. Z czystym sumieniem można teraz rozłożyć ręce i powiedzieć: „To nie my, to zaraza…”. Dla każdego coś „miłego”:

  • dla strażników wolności obywatelskich – aktualne uprawnienia dla Policji, straży miejskiej czy ograniczenia swobód nie tyle ograniczają nasze prawa w oparciu o „siłę wyższą”, ile są zwyczajnie bezprawne,
  • dla aktywistów – manewry dokoła terminu wyborów,
  • dla osób z zainteresowaniami ekonomicznymi – stosowane „tarcze” powodują pogłębianie odmętu dalszego zadłużania społeczeństw na rzecz najbogatszych. Senat USA na przykład wyłączył do końca roku posiedzenia FED spod zakresu działania tzw. Sunshine Act, czyli – mówiąc ogólnie – prawa o informacji publicznej,
  • dla krytyków systemu bankowego – za oceanem opad rąk budzi relacja wielkości wsparcia dla np. biznesu lotniczego [4 mld USD] do [kolejnego] praktycznego bailoutu banków [454 mld USD]. Linie lotnicze z dnia na dzień potraciły większość swoich przychodów, niemal całkowicie zamarł ruch pasażerski – a jednak okazuje się, że sto razy więcej od nich straciły… banki!,
  • na polskim podwórku – kontrast pomiędzy szybkością decyzji NBP o stopach procentowych, w efekcie czego jesteśmy krajem, w którym najbardziej na świecie nie opłaca się oszczędzać, a utrzymującą się niepewnością choćby co do decyzji ZUS o zniesieniu składek za 3 miesiące dla przedsiębiorstw poniżej 9 osób,
  • dla łowców fake newsów – bezzasadne sianie paniki i kłamliwe przedstawianie ofiar katastrofy łodzi z 2013 r. jako rzekomych ofiar koronawirusa,
  • dla etyków – powrót metody triażu i jego nowej odmiany hiszpańskiej, selekcji najbardziej wartościowych społecznie,
  • dla wierzących – wymuszone pustki w kościołach, wracające spory doktrynalne i dalsze pogłębianie podziałów,
  • dla psychologów – alienacje, uzależnienie dzieci od internetu, wzrost przemocy domowej i pogłębianie uzależnień.

I tak dalej, i tym podobne; przykłady można mnożyć w nieskończoność.

Powtórzę: to NIE SĄ „obiektywne skutki pandemii”, nad którymi należałoby rozłożyć bezradnie ręce i przejść do porządku dziennego. Tak mówią decydenci. To są konsekwencje działań, podjętych w sytuacji braku rzetelnych danych. Wszystko to, co powyżej, obciąża osoby, które – z głupoty lub z premedytacji – popełniają grzech zaniedbania zebrania podstawowych danych.

Tak wygląda świat bez nauki, o którą przed wybuchem pandemii biło się pół internetu.

Nawiasem mówiąc, Daniel Kahneman – laureat Nagrody Nobla z ekonomii – w swojej rewelacyjnej książce „Pułapki myślenia” dokonuje ciekawego spostrzeżenia: komunikaty o wielkościach, mające uwrażliwić nas na zagadnienie, eksponują wartości bezwzględne [czyli liczby]. Jeśli chcemy, żeby komunikowana wielkość miała mniejsze znaczenie dla odbiorcy, należy użyć wartości procentowych. Dużo mniejsze wrażenie robi na przykład informacja, że samobójstwa stanowią 1.40% ogółu przyczyn śmierci na świecie [do czego jeszcze wrócę], niż że od początku roku samobójstwo popełniło ok. 250 tysięcy osób, prawda? W jaki sposób media przekazują nam w większości informacje o koronawirusie – procentowo czy w wartościach bezwzględnych – pozostawiam ocenie Czytelników.

„To co mamy robić?”

Zdecydowanie naciskać na zbieranie rzetelnych danych jako podstaw do podejmowania racjonalnych decyzji – jak najszybciej! Domagać się od mediów, rządu, decydentów statystycznych podstaw każdej decyzji – szczególnie tych, godzących bezpośrednio w nasze portfele. Bez takich danych sens wydaje się mieć jedynie zakaz większych zgromadzeń, social distancing i nakaz maseczek. Każda inna decyzja świadczy o braku odpowiedzialności i szerszego spojrzenia na świat. Na szczęście problem zaczyna być dostrzegany przez zawodowców od analizy danych, choć powoli i z dużym opóźnieniem – ale czy nie jest już na to za późno?

Bez wiarygodnych statystycznie, realnie szacujących ryzyko badań, wprowadzanie czy przedłużanie dalszych ograniczeń osobistych czy gospodarczych staje się działaniem z pogranicza sabotażu i krańcowego idiotyzmu. Czy naprawdę stać nas na to, żeby z powodu choroby o hipotetycznej śmiertelności rzędu np. 0.5% wstrzymywać całą gospodarkę światową na dalszy rok? W imię mantry „nie wiadomo przecież, ile to jeszcze potrwa”?

„A Włochy?”

Na najgorsze, włoskie statystyki ma wpływ kumulacja kilku czynników, właśnie niekoniecznie powiązanych ściśle z samą pandemią:

  • „duży licznik”, czyli zaliczanie do ofiar COVID-19 również zmarłych z innych przyczyn, w których organizmach po prostu stwierdzono obecność koronawirusa,
  • „mały mianownik”, czyli niewielka liczba testów, która zawyża współczynniki śmiertelności, przeprowadzanych dodatkowo głównie w grupach wysokiego ryzyka,
  • relatywnie wiekowe społeczeństwo włoskie,
  • brak zachowania nawet podstawowych środków ostrożności osobistej – z największym zaniedbaniem, jakim było dopuszczenie do meczu LM Atalanta – Valencia [co nawiasem mówiąc przyczynić się również mogło do „statystyk” hiszpańskich – tuż obok idiotycznej decyzji o dopuszczeniu do marszu 100 tysięcy feministek].

Włochy potwierdzają tylko moją smutną tezę – wysokie współczynniki śmiertelności wyglądają dramatycznie, ale nie ma żadnych podstaw do wyciągania na ich podstawie wniosków na np. populację innych krajów europejskich. Ciekawym kontrprzykładem może być Szwecja, gdzie na przekór kasandrycznym prognozom nie dzieje się nic albo prawie nic. Co polecam pod rozwagę tym, którzy jak ognia piekielnego boją się „niewielerobienia”.

„Nie zamierzasz ratować swojej rodziny?”

I takie pytanie pada zawsze, prędzej czy później.

Owszem, zamierzam – co do izolacji grupy szczególnego ryzyka, którą są osoby starsze, zgadzają się wszyscy. Z zachowaniem rozsądku, rozglądając się dokoła. A każdego, stawiającego sprawę w ten sposób, proszę o odpowiedź na poniższe:

  • jaka jest różnica dla zdrowia pomiędzy izolowaniem starszych i rozsądnym „distancingiem” całej reszty, a izolowaniem starszych i zamykaniem połowy kraju?
  • jaki sens będzie mieć ratowanie starszych przez zamykanie całej Polski, jeśli za pół roku braknie pieniędzy i pracy na zakup lekarstw dla uratowanych pół roku wcześniej?
  • czy wołał(a)byś tak samo za drakońskimi środkami ostrożności, gdyby okazało się, że po wprowadzeniu jednolitych statystyk media nie mogą straszyć cię już dłużej 15% śmiertelnością wśród seniorów, tylko wskaźnikiem na poziomie zbliżonym lub niewiele większym od zwykłej grypy, powiedzmy 2-3%? Czy z powodu dwu- lub trzyprocentowej śmiertelności – i to tylko w najbardziej narażonej grupie! – też zamykasz centra handlowe, zakazujesz zakupów w galeriach i ograniczasz udział we Mszach do pięciu osób?
  • czy aby na pewno walka o te kilka punktów procentowych prawdopodobieństwa warta jest wielomiesięcznego braku kontaktu z żywym człowiekiem?

Last but not least – aktualnie ofiarą koronawirusa padło na świecie ok. 146 tys. osób [oczywiście z wszystkimi zastrzeżeniami jak powyżej, z kwalifikacją ciał zmarłych „z koronawirusem” jako zmarłych „na koronawirusa”, realna liczba zgonów jest więc prawdopodobnie dużo niższa]. W tym samym czasie dwudziestkę najczęstszych przyczyn zgonów na świecie otwierają zgony przy porodzie, stanowiące YTD przyczynę ok. 220 tysięcy zgonów, czyli ok. 1.23% całości. Niechlubne pierwsze miejsce przypada chorobie wieńcowej, odpowiedzialnej za 2.7 mln zgonów od początku roku, tj. ponad 15%.

Przy całej świadomości nieszczęścia indywidualnych przypadków – czy ktokolwiek słyszał o zamknięciu choćby jednego sklepu czy kawiarenki dla zmniejszenia liczby wypadków samochodowych [425 tys. ofiar od początku roku], samobójstw [250 tys.] czy chorób nerek [360 tys.]?

Coda

Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.

[FH, „Diuna”]

Na koniec zostawiłem trzy chyba najciekawsze linki:

Do czego może doprowadzić nadmierny strach i brak obserwacji tego, co dzieje się za kulisami, można przeczytać w eseju „Kto zyska na zniszczeniu gospodarki?”.

Wątpliwości – w eseju Johna Ioannidisa z Uniwersytetu Stanford o podejmowaniu decyzji bez danych.

A jak zwalczać zarazę, opierając się na danych, które mamy, w szczególności o efektach różnych podejść do budowania odporności stadnej – w artykule „No, epidemics do not stop by Magic”.

Patrzmy rządom na ręce, ufajmy nauce i Opatrzności.

Remedium pozorne.

Przed godziną uświadomiłem sobie, że ta cała politpoprawność nie ma nic wspólnego już nawet nie tyle ze zdrowym rozsądkiem, ale nawet z literalnym znaczeniem zbitki „polityczna poprawność”. Przykład?

Nietrudno zgodzić się ze stwierdzeniem, że nasi żółci bracia to w USA wciąż mniejszość, prawda? A mniejszości należy wspierać, prawda?

Od czterech odcinków czekam na nadreprezentację żółtej mniejszości w netfliksowym „Wiedźminie” i doczekać się nie mogę.

Taka jakby korporacja.

Kilka dni temu uświadomiłem sobie, że praktykant, który przemknął przez moją zamiejską stanicę w lipcu, był pierwszą osobą w historii, która przemknęła przez nas, a której nie miałem okazji zobaczyć w ogóle na oczy.

Wczoraj – drobny incyNdent bezpieczeństwa; na drukarki wjeżdżają jakieś koreańskie manifesty polityczne. Zgłosił to nasz człowiek, p.o. admina z gościem od RODO karczują niezamawiane dodatki z Chroma, a ja się przewracam w domu ze zmęczenia. Innymi słowy, dwóch umyślnych łazi mi po serwerze [w poszukiwaniu trzeciego ;)], a ja mam ledwo ogólną wiedzę o tym, co się odp^H^H^Hwyrabia. Całkiem niedawno – rzecz jeszcze kompletnie nie do pomyślenia.

Wygląda, że rośniemy. Jeszcze tylko ogarnąć zarządzanie finansowe i będzie zupełnie git. Oczywiście, dopóki coś znienacka nie pierdyknie, jak to bywa w takich przypadkach.

Apologetycznie.

Żródło: https://beginningstreatment.com/the-difference-between-hallucinations-and-delusions/
Żródło: https://beginningstreatment.com

Najlepszy dowód na głupotę i irracjonalność ateizmu? Właśnie obserwujemy go na żywo.

Słuszność tezy – bezustannie podpieranej np. dowodami w postaci wiary w horoskopy / New Age – że potrzeba transcendencji zakodowana jest w każdym z nas znacznie głębiej, niż tylko na poziomie głupich tłumaczeń typu „objaśniania świata” czy „tłumaczenia własnych porażek”, potwierdza się właśnie znowu w całej swojej cyklicznej okazałości.

Nie da się otworzyć lodówki, żeby nie wyskoczyła z niej Olga Tokarczuk jej zawiasy nie zaskrzypiały zachęcająco do pójścia na wybory. W tym miejscu mógłbym znów powyżywać się stylistycznie, barwnie opisując miejsca i okoliczności, z których kompletnie nie znani mi ludzie, o kompletnie nie znanych mi poglądach, zachęcają mnie, kompletnie nie znając moich poglądów, do pójścia na wybory. Ale nie mam czasu – a i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi.

Za cholerę, naprawdę za cholerę nie rozumiem raison d’être, stojącej za masową nagonką [w znaczeniu naganiania, nie nagonki ;)] na ów proces. Serio, od wielkiej biedy da się zrozumieć, że na wybory naganiają [nazwiska przypadkowe] Hołdys, Morawiecki, Zandberg czy Braun. Ciężko zakładać racjonalnie, że na wezwanie np. jakiegoś „salonowca” radośnie do urny pobiegnie zwolennik Konfederacji. Albo odwrotnie. To jeszcze nosi jakieś znamiona sensu.

Ale te wszystkie ekscytacje bardziej lub mniej statystycznych? Radosne statusy na fejsie, tyrady przeróżnych w przekaziorach, artykuły prasowe… Serio? Nie potrafię wytłumaczyć tego niczym innym, jak albo całkowitym zdziecinnieniem – że ojciec dał ośmiolatkowi kierownicę, żeby troszkę nią pokręcił, a dorosły i tak pojedzie tam, gdzie ma jechać – albo myśleniem magicznym. Że pojedynczy głos cokolwiek zmieni. Że ktoś o nas zadba. Że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. A czy utyskiwanie już „dzień po” na społeczeństwo niedorosłe do demokracji – na co nawiasem mówiąc znów się zanosi – nie przypomina pretensji o niewysłuchane modlitwy?

A ja? Idę, dlaczego mam nie iść. Idę z ekscytacją, jaka towarzyszy mi na ogół przy załatwianiu potrzeb fizjologicznych. Rozumiejąc z przerośniętym wyrachowaniem, że pojedynczy mój – i Twój – głos równy jest co do siły rażenia mocy lajka pod kolejnym niusem o przemocy czy pożarze Notre Dame. Rozumiejąc, że realnie można wpłynąć na świat nie nieuzasadnionym entuzjazmem, ale albo górą szmalu, albo zaangażowaniem na najmniej pół etatu. Popierdółką nikt niczego jeszcze nie zmienił.

Zakładając, że jednak nie wszyscy głosujący są infantylni, resztę rozentuzjazmowanych tym cyrkiem w przerwie na kawę mogę oskarżyć więc jedynie o podświadome poszukiwanie sacrum. QED.

Z zamyśleń porannych.

JKM napisał swego czasu, że być może za wybuchającymi co jakiś czas antysemityzmami stoją sami Żydzi, żeby – bardzo mocno upraszczając – nie pozwolić zgnuśnieć genom i „utrzymywać w kondycji” swoich; w II WŚ ginęli szeregowi Żydzi, wybitne jednostki siedziały na Manhattanie i w Szwajcarii. Jakby nie patrzeć, od czasów antycznych Żydzi są jedyną grupą etniczną, która ze swoją kulturą, wiarą i tradycją przetrwała do dzisiaj. Messori tłumaczy to po chrześcijańsku, obietnicą Narodu Wybranego, JKM w ten sposób… Cóż, fakt faktem i dobrze byłoby go jakoś wytłumaczyć, bezalternatywne nabzdyczanie się na hipotezy słabe jest.

Zwracam jednak uwagę, że jeśli hipoteza JKM jest prawdziwa, to prowadzi to nas do stokroć bardziej niepokojących wniosków.

Jeśli „robienie źle” swoim – w różny sposób – długofalowo okazuje się skuteczne, to wypada zastanowić się nad „robieniem źle” Polakom. W takim wariancie:

  • jeśli wierzyć opozycji, Morawiecki i spółka de facto „robią dobrze, robiąc źle”, czyli hartują nas przez ucisk. Co w sumie nie odbiega od prawdy aż tak bardzo, po komunie wyszliśmy całkiem zahartowani [nie licząc braku elit],
  • jeśli wierzyć tejże opozycji, oni sami chcą Polsce zrobić źle, robiąc jej dobrze – w warunkach cieplarnianych Polska sczeźnie w wyuczonej bezradności,
  • jeśli wierzyć rządowi, prowadzi nas ku zagładzie – chcąc nam zrobić dobrze, robią nam de facto źle, podobnie jak planuje to opozycja.

A teraz handlujcie z tym.

Zimny wychów potomstwa, cz. XC – kontynuujemy!

– Tatuś, wiesz, że umiem udawać komórkę?
– Ta? A jak?
– A tak. Mmmmm… mmmmm… mmmmmmm… mmmmmmm…
– Niezłe. A nabrałaś tak kogoś?
– Tak, naszą panią od matematyki. We wtorek zrobiłam tak na lekcji, a pani zaczęła biegać i krzyczeć, żebyśmy wreszcie wyłączyli ten telefon.

Starsze w zbliżonym wieku dostawało uwagę za bicie kolegę po głowie termosem, więc w sumie nie panikuję.