QOTE

„Uczono mnie, że najlepiej atakować wolność, niszcząc myśl, ja jednak poszedłbym jeszcze dalej: dobrze jest atakować język, jesli chce się zniszczyć myśl. Pomimo bowiem strat, jakie zadały jej mass media, myśl może w najgorszym razie schronić się w fortecy indywidualnej inteligencji. Język tymczasem, wspólny dla całej zbiorowości, nie ma się gdzie ukryć. Gdy jednak myśl nie będzie miała do dyspozycji giętkiego i precyzyjnego języka, zginie z braku powietrza. Trzeba więc za wszelką cenę dążyć do wywołania procesów gnilnych w języku, dzięki czemu zniszczymy to, co chcemy zniszczyć: myśl. Aby to osiągnąć, musimy opanować w sposób możliwie najpełniejszy środowiska twórcze grupujące pisarzy, a także środowiska związane z oświatą i nauczaniem”. Na zakończenie [Aleksander – przyp. t.] posłużył się, z młodzieńczą werwą, sformułowaniem, które miało zapisać się w pamięci czytelników tekstu: „Gdy nasi przeciwnicy zaczną mieć podstawowe problemy z ortografią, zwycięstwo będzie bliskie”.

Vladimir Volkoff, „Montaż”, polecony przez W. Jurasza w którymś z jego podcastów. O matuchno moja, to doskonałe jest. Pierwszy od długiego czasu poważny kandydat do wyjścia z drzwiami ze strefy komfortu i popełnienia sążnistej recenzji.

QOTE

FH, „Dzieci Diuny”

Podczas dżihadu Fremeni wiele się dowiedzieli o dawnym Padyszachu Imperatorze Szaddamie IV. Ten osiemdziesiąty pierwszy władca z dynastii Corrinów, zasiadając na tronie Złotego Lwa i panując nad niezliczonymi planetami, wykorzystywał Arrakis jako poligon dla polityki, jaką miał nadzieję wprowadzić w całym Imperium. Jego gubernatorzy planetarni pielęgnowali tu chroniczny pesymizm, aby umocnić fundament swojej władzy. Zadbali o to, żeby wszyscy na Arrakis, nie wyłączając swobodnie wędrujących Fremenów, zetknęli się z rozlicznymi przypadkami niesprawiedliwości i nierozwiązywalnych problemów, nauczyli się uważać siebie za bezradnych ludzi, dla których nie ma już ratunku.

Zapiski propagatora faszyzmu.

W końcu wziąłem się za prawie-już-skompletowanego Bismarcka z Hachette. Dawno temu, kiedy z „młody i piękny” było aktualne coś więcej, niż tylko „i piękny”, uważałem taką formę modelarstwa za dziadostwo. Parę części na krzyż do poskręcania przez pół godziny w miesiącu – teraz doceniam to trochę bardziej, odszczekując zarzuty o nierealne szacowanie timingu.

Rzeczony model na fali walki z faszyzmem pozbawiony jest kompletnie wiadomo-jakich oznaczeń i chyba nawet bandery. I o ile na punkcie tzw. prawdy historycznej w modelach nie mam jakiegoś specjalnego świra, o tyle swastyka na czerwonym pasie dziobowym i rufowym musi być. Nie wchodząc w szczegóły – dzięki nieocenionemu A. próbowałem sitodruku, ale mankurty w sklepie plastycznym sprzedały mi farbę do czegokolwiek, byle nie do sitodruku, i cała operacja skończyła się pierwszym w życiu ręcznym malowaniem modelu [na razie pasa dziobowego]. Wyszło mocno średnio jak na model z aspiracjami, ale chyba całkiem dobrze, jak na pierwszy raz.

Ale ja nie o tym. W PL tego rodzaju operacje są w pełni dozwolone na użytek rekonstrukcji i takich tam, większy ból pleców mają z tym na Zachodzie i kilka scysji miało miejsce [inna sprawa, że organizowanie wystawy modelarskiej w Norymberdze ma podobny ciężar gatunkowy, co kongres zjednoczeniowy ONR w Jerozolimie]. Zakazują wszystkiego, jak leci, swastyk nie tylko niemieckich, ale estońskich, hinduskich, fińskich, chińskich, śmińskich i trińskich też. Pan w modelarskim pokazał mi sposoby na obchodzenie tych przepisów na Zachodzie: sprzedaż modeli z pociętymi kalkomaniami swastyk. Żeby chociaż to było na dwóch końcach kalkomanii; gdzie tam. Kalkomania swastyki przecięta jest na dwie części, jedna od drugiej oddalona o parę milimetrów. I cyk, dzięki takiemu sprytnemu zabiegowi zachodnia młodzież ani przez chwilę nie pomyśli o pójściu na ASP w ślady pewnego niedoszłego artysty [bo gdyby swastykę mieli na kalkomanii w jednym kawałku, to na ASP poszliby jak w dym]. A historia? Pieprzyć historię, nauczycielki są zbędne, mamy teraz nauczanie zdalne.

Ludzie nieustannie mnie śmieszą.

[a może zlikwidować ASP i problem rozwiąże się sam?]

.

Z czeluści internetów atakuje mnie klikalny kafelek niusa: „Jarosław Bieniuk skomentował mural na cześć Anny Przybylskiej jednym słowem”. Komentarz Bieniuka to jedno słowo, anchor tekst to dziesięć, a art pod linkiem – kolejnych fafnaście.

Kwintesencja współczesnego dziennikarstwa, rzekłbym.

[a ta notka niewiele lepsza]

QOTE

Ceremonialność to jeden z wymiarów życia akademickiego, oddalający je od praktyki; aby przetrwać w akacemickim świecie i osiągnąć tam istotne rezultaty, trzeba uczestniczyć w różnych ceremoniach, z których najważniejszym jest „wzajemna weryfikacja” przez kolegów-naukowców. Dlatego Taleb [w „Skin in the Game” – t.] pisze: „Jeśli powiesz coś nonsensownego, zostaniesz uznany za wariata. Ale jeśli zgromadzisz grupę dwudziestu osób, które stworzą akademię i będą mówić rzeczy nonsensowne, ale zaakceptowane przez kolektyw, to nagle okazuje się, że zachodzi „wzajemna weryfikacja” – i możesz już założyć wydział na uniwersytecie”.

Jarema Piekutowski, „Od foliowych czapeczek do seksualnej recesji”. Pierwsza książka socjologiczna, którą czytam w życiu.

.

Nie rozumiem tej ogólnoświatowej fascynacji Lovecraftem. Czytam właśnie „Zgrozę w Dunwich” i jedyne, co mnie przeraża, to to, że z każdą kolejną stroną napotkam jeszcze więcej przymiotników „straszny”, „przerażający”, niewyobrażalny” i „straszliwy”.
 
A opowiadanie, gdzie jakiś samotnik [„straszliwy i niewyobrażalny”, a jakże] dorasta w jakimś oderwanym od świata i [a jakże] „mrocznym” zamczysku w „niewyobrażalnej” [a jakże!] głuszy, po czym wbija się na imprezę, gdzie paraliżuje go przerażenie wskutek zobaczenia po raz pierwszy własnej mordy w lustrze, to już naprawdę szczyt grafomanii. No nic, jakoś zmęczę to do końca, może się rozkręci. W sposób mroczny, złowieszczy i nieogarnialny od eonów, a jakże.

Moja odpowiedź Dawidowi Myśliwcowi

Poprzedni wpis pojawił się 23.04.2020 na JoeMonsterze w godzinach rannych, relatywnie szybko wybił szambo i został skasowany wieczorem, po zainteresowaniu się nim Dawida Myśliwca z kanału YT „Uwaga, Naukowy Bełkot”, bez poinformowania mnie w jakikolwiek sposób. Z racji sposobu załatwienia sprawy na JM jest mi z tego powodu bardzo wszystko jedno; nie zamierzam kopać się z koniem. Poniżej to nagranie; mięsko zaczyna się gdzieś od 4:50, wcześniej skazani jesteście na autopromocję DM.

DM od czwartku wieczorem do soboty nie odpowiedział na prośbę o kontakt, zaczynamy więc bez niego.

Update 24.04: art wrócił na JM, bo suweren zaczął się dopytywać, o co ten cały shitstorm 😀 Nie wiem, na jak długo.

A oto moja odpowiedź – trudna podwójnie. Po pierwsze – z racji oczywistej asymetrii zasięgów, bo nie zdecydowałem jeszcze, czy po takim „sądzie kapturowym” będzie chciało mi się go jakkolwiek nawet próbować pchać na JM. Po drugie – z racji formy „polemiki”, jaką przypuścił na mój artykuł DM; nie mam w zwyczaju zniżać się do używanego tam niekiedy języka czy formy przekazu, choć i tak – w zestawieniu do komentarzy pod pierwotnym artykułem na JM – jest to swoisty Wersal, nieosiągalny dla większości komentatorów.

Długo wahałem się, czy odpowiedź uczynić maksymalnie merytoryczną, czy choć częściowo emocjonalną. Umiem „w zabiegi stylistyczne”, gwarantuję – co byłoby moją pisemną odpowiedzią na (…) ogólny IMHO „nadmiar formy” w przekazie DM – ale wychodząc z założenia, że „dłużej klasztora, niż przeora” i chcąc oszczędzić czas Czytelników, zdecydowałem się na opcję pierwszą. Stracę zapewne przez to kilka procent poklasku, znęconego w innych okolicznościach „dynamiczną formą” czy zawsze medialnym „zaorywaniem”, ale zainteresowanych faktyczną treścią zawsze będę miał przez to gdzie odesłać, a na zdaniu zbyt zabieganych… nieszczególnie mi zależy. Last but not least – mimo wszystko bardziej zależy mi wciąż na wyjaśnieniu swoich wątpliwości i zadawaniu pytań, niż na dobrostanie, wypływającym ze zgrabnej formy odcięcia się.

Najpierw jedna moja wielka wtopa i parę wyjaśnień. Jedziemy:

1. W przykładzie statystycznym z wielkością próby ordynarnie dałem ciała i nie tyle pomyliłem się, ile zwyczajnie zapomniałem o tym, że wielkość dopuszczalnego błędu w próbie statystycznej ze strony statystyka.az.pl jest wartością w punktach procentowych, a nie wartością błędu frakcji. Mój błąd. Kropka. Definitely. Bez dwóch zdań. Wytknął mi to już w komentarzu pod poprzednim wpisem Cichy i to On zbiera laury dla pierwszego. Faulem nieco mniejszym – że przy wypisywaniu parametrów zapomniałem explicite podać wielkość frakcji, którą faktycznie przyjąłem jako 10%, a którą DM odgadł prawdopodobnie metodą prób i błędów. Czy to zresztą w ogóle faul?…

2. Z wpływu pierwszego z powyższych błędów na wyliczenia nie zdałem sobie sprawy wskutek mojego niedbalstwa – ale też poza Cichym i DM nie przeczytałem o nim w żadnym z ponad setki komentarzy na JM, o czym jeszcze wspomnę. Żeby było śmieszniej, pierwotnie zamierzałem ten art podać właśnie – w charakterze wyjaśnienia wątpliwości, a nie [jak podaje video] jako „Ty pa, co o tym myślisz?” – do DM jako pytanie, dlaczego testów jednak się nie robi. Brak przemyślanego planu dał znać jednak o sobie drugi raz i pomysł umknął gdzieś w zalewie spraw bieżących.

Tyle moich popełnionych głupot do których się przyznaję bez bicia, a wykrycie których DM uznał za „falsyfikację całego artykułu”. Mam w nosie budowanie napięcia i napiszę to wprost – wyłapanie mojego oczywistego błędu nie tylko nie falsyfikuje całego tekstu, ale nawet nie czyni tego z moimi obiekcjami co do określenia liczby zarażonych. Szczegóły poniżej.

DM, co trzeba mu oddać, wchodzi z drzwiami, czyli [słusznie] niszczy moje wyliczenia… jako kontrapunkt przyjmując [i tym samym odjeżdżając ostro…] – uwaga! – „oficjalne 10 tys. zakażonych” [15:49] i na tym opiera swoje dalsze wyliczenia [które – cesarzowi co cesarskie – sprawiają, że próba staje się bezsensownie wielka]. I w tym miejscu ręce opadają mi do samej ziemi. Wyrzucam memy, które były tu w pierwszej wersji odpowiedzi i pytam: człowiek zarzucający mi manipulację i dyletanctwo opiera swoje kontrargumenty na podawaniu OFICJALNEJ liczby zakażeń jako wartości frakcji do dalszych badań? Czyli, że uważa, że – mówiąc po polsku – mamy tyle i tylko tyle zakażeń, ile ogłoszono? Żadnych niezdiagnozowanych?

Trzy pytania nasuwają się ledwo na rozgrzewkę:

a) skoro owe 10k [czy ogólnie: „oficjalna” liczba zakażeń] to faktyczna liczba zakażeń, bo przecież na tej podstawie DM opiera swój dalszy wywód i wyliczenia – to jak uzasadnić rozlegające się zewsząd [linkować, czy uwierzycie na słowo?] apele o więcej testów i skargi o to, że liczba testów jest niewystarczająca? Lekarzom skończyły się po prostu zabawki i wołają o więcej, bo im się zwyczajnie nudzi – czy może jednak owe 10k przyjął sobie DM jako „rzeczywistą liczbę zakażonych taką fajną, bo nie za dużą”?

b) jeśli nawet zarażonych po półtora miesiąca mamy ledwo jakieś 10k i jest to pełna liczba [no bo przecież DM w ten sposób obala moje wyliczenia!], to… nic się nie dzieje, mamy sukces, proszę się rozejść, wracamy do pracy. Szczyt pandemii w Polsce szacowany jest na koniec kwietnia [co czego jeszcze wrócę]. Zarazi się jeszcze trochę osób, ale przy podanych warunkach raczej nie zapełniłyby one np. Sieradza [40k+ mieszkańców], dobijając być może do ludności np. Międzyrzecza Podlaskiego [ok. 17k mieszkańców],

c) przy całej mojej sympatii dla mieszkańców Międzyrzecza Podlaskiego – Kochani, czy naprawdę nie uważacie, że ogłoszenie ogólnopolskiego, kilkunastotygodniowego lockdownu z powodu hipotetycznej zarazy, panującej w Waszym mieście, byłoby jednak pewnym przegięciem?…

[Ad b) Z tym szacowaniem szczytu to w ogóle ciekawa sprawa jest – badacz cytowany w Forbesie powyżej ustawia go na koniec kwietnia, badacze w artykule w „Polityce” określają go bardziej na lipiec (update 25.04 – a parę godzin temu min. Szumowski przesunął go na jesień). A lockdown wciąż trwa w najlepsze, nie wiadomo, do kiedy. Naukowcy nie widzą w tym, jak widać, żadnego problemu, zajęci glanowaniem „foliarzy”, dopraszających się o zwykłą próbę statystyczną].

W wariancie, w którym zakładamy, że chorych jest faktycznie tyle, ile podają oficjalne statystyki, testowanie próbki jest faktycznie bez sensu z uwagi na jej wielkość, wyliczoną przez DM. Tyle, że nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Likwidujemy lockdown, rozchodzimy się po prostu do domów i zachowując!!! dotychczasowy social distancing, zakaz większych zgromadzeń i maseczki wracamy do normalnego życia. Bo przecież zauważalna część TegoKraju łamie wg DM przepisy – a pomimo tego przez półtora miesiąca zachorowało ledwo 10k osób… A skoro przepisy są niemal martwe, to po co dodatkowo jeszcze ograniczać gospodarkę, skoro w sytuacji patologicznego obywatelskiego nieposłuszeństwa i tak choruje tyle z nas, co nic?

— tutaj zaczyna się dygresja i dodatkowe wyliczenia; w zasadzie można je pominąć —-

Ale może jednak źle zrozumiałem, może jednak NIE CHODZI NAM o owe 10k zarażonych, na które DM się powołuje, i może jednak wypadałoby przyjąć jakąś większą liczbę zarażonych do liczenia frakcji? Może dużo większą? Nie mam z tym absolutnie żadnych problemów. Przyjmijmy szacowaną wielkość frakcji na poziomie jednak 10% [czyli 3.8 miliona Polaków]. Z racji kilku przesłanek:

  • bo tak pokazują orientacyjnie dane z Gangelt i „Diamond Princess” [tak, wiem… ale lepszymi nie dysponujemy – nie z mojej winy],
  • bo [nawet dużo] wyższą frakcję pokazują dane dla Nowego Jorku,
  • bo 10% z błędem 1pp. [punktu procentowego!] to wciąż nie najmocniejsza statystyka i taka sobie odchyłka – ale chętnie zobaczę lepszą propozycję,
  • bo szanująca się ogólnopolska pandemia nie może w swoim apogeum mieć rozmiarów ludności Międzyrzecza Podlaskiego 🙂

Wbijam więc w kalkulator frakcję 10%, populację 38m, poziom istotności 1% i dopuszczalny błąd 1%. Wielkość próby – 5971. Lepiej?

Zamykając sprawę liczebności próby – nieszczęsny kalkulator umożliwia również ustawienie poziomu istotności na 5% [czyli zmniejszenie prawdopodobieństwa zmieszczenia się docelowej wartości frakcji w zadanym przedziale z 99% na 95% – to trochę „fuszerka statystyczna”, ale nie aż taka znów wielka]. W takim przypadku wielkość próby wyniesie 3457 osób.

Owszem. Dużo, o wiele więcej, niż moje pierwotne wyliczenia – ale to już omawialiśmy i przyznałem się. Jednocześnie – przy pewnych staraniach – wciąż realna liczba testów. Jednocześnie wciąż o parę rzędów wielkości mniej, niż rachunki DM.

DM popełnia błąd, wpadając w [nieświadomie] zastawioną przeze mnie pułapkę, której nie opisałem w poprzednim artykule: wychodzenie w obliczeniach od niewielkiej liczby zakażonych kwestionuje sens badań statystycznych, ale razem z nim kwestionuje również narrację o pandemii. „10 tysięcy zarażonych w Polsce przez półtora miesiąca i za moment zwalniamy tempo” to ma być pandemia?… Z kolei większa ilość zarażonych – to zgodnie z moimi tezami [dużo] niższa wielkość odsetka zarażonych, więc jednocześnie dużo niższe współczynniki śmiertelności, oraz wykonalne testy statystyczne na populacji.

Poprawność przyjętego [aktualnie… :D] rzędu wielkości próby potwierdzają zresztą badania niemieckie, o których pisałem już poprzednio, a których DM nie zauważył – Instytut Roberta Kocha uruchomił program testowy w takim celu, jaki opisuję. Wielkość pojedynczej próby to 5000 testów z banków krwi, próby mają być pobierane co dwa tygodnie. Czy Niemcy też robią to źle? Pożyjemy, zobaczymy…

Nawiasem mówiąc, owe 5k niemieckich [N=83m] testów to względnie blisko próby dla frakcji 10%, 1% błędu i 1% poziomu istotności [5971]. No ale to już moje zgadywanki.

— tutaj kończy się dygresja —

(…) Być może robimy błąd, przyjmując a priori jakieś założenia. I być może dla uporządkowania tematu i rozpoczęcia ustalania stanu faktycznego, czyli faktycznej liczby zakażonych, oczywiście tylko w danym momencie/dniu [bo zakładam, że DM nie będzie jednak upierał się przy oficjalnej liczbie wykrytych zakażonych jako faktycznej podstawie do jakichkolwiek wyliczeń], trzebaby było podejść do tematu… bez jakichkolwiek założeń. Nasz kultowy kalkulator ma i taką opcję – w sytuacji, kiedy nie możemy a priori założyć wielkości frakcji [czyli odsetka zarażonych], należy założyć 50% [w zasadzie jest to typowe podejście, zgodne ze sztuką]. Dla niezmienionych innych parametrów – N=38m, α=1%, e=1% – otrzymujemy wielkość próby, wynoszącą 16,580 osób. Sporo – ale jest to tylko próba „wstępna” i jednorazowa, dająca wstępny szacunek, z jakim odsetkiem zarażonych mamy do czynienia w Polsce. Czy jest to – jak chce DM – około 10 tys. osób w skali całej Polski, czy raczej odzwierciedlenie „moich” źródeł i mojego podejścia, bliżej w okolicach owych 4 milionów [btw. sam fakt, że dwa miesiące po wybuchu pandemii i miesiąc od lockdownu dyskutujemy o takich rozbieżnościach i każdy z nas ma swoje racje na ich obronę, powinien – niezależnie od moich podejrzeń czy hipotez – zapalać w głowach wielkie, migające czerwone światło z sygnałem dźwiękowym na dokładkę, że dotychczasowa heurystyka nie działa. Wciąż jak widać nie zapala…]

Wielkość próby na wspomnianym poziomie 16 tys. osób jest również wielkością dla „frakcji 50%”, czyli dla domyślnej sytuacji, w której ową nieznaną frakcję próbujemy dopiero oszacować. Sytuacja, w której odsetka zarażonych na covida w skali kraju nie znamy i próbujemy to właśnie określić, a DM ignorując to proponuje definiowanie wielkości próby dla „bazowej wielkości” 10 tysięcy zakażonych [co – abstrahując od niedostatecznej ilości testów – nie liczy się również z założeniem, że większość przejdzie covida bezobjawowo], nie jest nijak rozwiązaniem postawionego przeze mnie problemu – dlaczego nie przeprowadza się statystycznych testów na COVID? Wykazanie mojego błędu jest więc wykazaniem mojego błędu i niczym więcej – a już z pewnością nie jest to odpowiedź na postawione przeze mnie pytanie. Coś w typie: „Dlaczego nie kupisz sobie samochodu za 16 tysięcy?” „Zgłupiałeś? Porządne samochody zaczynają się od ośmiu milionów!”

Uzyskawszy w ten sposób dość dobre przybliżenie odsetka zarażonych w całej Polsce, kolejne próby – te dla badania dynamiki zachorowań – mogłyby mieć mniejszą lub znacznie mniejszą liczebność, w zależności od „wstępnej” wielkości frakcji. Prawdopodobnie – dla frakcji rzędu owych 10% – wynoszącą ok. 3-4 tys. osób.

DM ma oczywiście rację i pamiętać należy o „uroku błędu punktu procentowego”. 1% błędu dla naszego kraju to 380 tysięcy osób. O tyle technicznie rzecz biorąc wynik może różnić się na populacji generalnej. Sporo? Z jednej strony sporo – ale też na takiej wielkości błędu się „fiksujemy”. Przynajmniej kończymy z domysłami, czy kontakt z zarazą miało 50 tysięcy, 800 tysięcy, czy może 10 milionów osób. Znów – oczywiście w określonym momencie…

EDIT: Jeszcze raz: nie chodzi o uzyskanie dokładnej liczby/odsetka zarażonych. Uzyskanie odpowiedzi na tak postawione pytanie jest faktycznie niemożliwe, tj. uzyskiwalne dopiero przy ogromnych wielkościach próby, o których pisze DM [błąd istnieje i jest przecież nieunikniony, podobnie jak we wspomnianych sondażach przedwyborczych]. Naszym celem ma być po prostu określenie – przy próbie oscylującej w skrajnym wypadku w granicach powiedzmy maksymalnie 20k osób – rzędu wielkości odsetka zarażonych. Czy jest ich ułamek procenta [jak zdaje się twierdzić DM], czy parę procent [co też być może], czy może raczej bliżej 20% [co mogą sugerować dane ze świata]. Do niczego innego takie testy się nie przydadzą – ale też niczego więcej od nich nie oczekujemy. Samo stwierdzenie, że chorych jest ileś procent, to już potężny krok naprzód w szacowaniu parametrów pandemii. Bo dzisiaj nie jesteśmy pewni nawet tego.

Nie uciekam przy tym od mojego poprzedniego disclaimera: epidemiolodzy mają być może „swoją własną statystykę” [choć przypuszczam, że owa specyfika skupia się raczej na specyficznych założeniach doboru próby, niż na samej jej liczebności]. Ale – być może wbrew pozorom – zarówno ten, jak i poprzedni wpis powstał po to, żeby właśnie takie wątpliwości wyjaśnić. Serio.

O opłacalności

DM uważa, że zdemaskowanie błędu w moich obliczeniach falsyfikuje cały mój dalszy wywód. Wrócę jeszcze do tego – ale na razie sprawdźmy, jak nowe [i nowo pozyskane dane] zmienią obraz moich kalkulacji.

Szacowana w linku powyżej dzienna utrata PKB – na okrągło 1 mld zł. To już suma „bez procentów”. W komentowanym przez DM artykule przyjąłem jako punkt wyjścia dzienne PKB na poziomie 1.2 mld USD [czyli z grubsza 4x tyle – co by się zgadzało z uwaga na ok. 25% gospodarki objętej lockdownem], zastrzegając się jednak [cyt.], że „można spierać się, że 1,2 mld dolarów to bzdura, bo przecież nie staje cała gospodarka”, które to zastrzeżenie przechodzi bez echa [27:00].

Jak powyżej, można zastosować podejście niemieckie, gdzie populacja byłaby testowana co dwa tygodnie. Dla mnemotechnicznego uproszczenia, nie zmieniającego rzędu obliczeń, wezmę 6000 testów, wyjdzie „średnia dzienna” 600 testów dziennie [bo – przypominam – po pierwszym, dużym badaniu, dalsze mogą być prowadzone już na próbach prawdopodobnie nawet mniejszych, niż 6k].

„Cena równowagi” dla jednego testu nijak nie wywraca do góry nogami moich argumentów i dla takich wyliczeń wciąż pozostaje na poziomie 1.67 miliona złotych, czyli nieporównywalnym do standardowej ceny testu, wynoszącej – przypominam – ok. 500 zł. W sytuacji „albo lockdown – albo testy, być może skracające ten lockdown” tyle musiałby kosztować jeden test, żeby „nie mieć motywacji” do skracania lockdownu [bo „teoretycznie możemy kupić testy, z których wyjdzie, że lockdown już niepotrzebny, ale co zyskamy na skróceniu lockdownu, stracimy na zakupie testów”].

O pozornej „demaskacji demaskacji”

Znów wycinam mnóstwo uwag mało merytorycznych i odnoszę się do oryginalnego materiału DM. Wytknięcie mi błędu w obliczeniach nie tylko nie podważa „całego materiału”, jak chce DM [21:15], ale nawet nie kwestionuje zasadności przeprowadzania testów na populacji generalnej. Dla większego uporządkowania i z racji drobniejszych objętościowo kwestii część spraw i pytań postanowiłem w dalszej części ująć w punktach:

1. DM określa mnie mianem „jakiegoś typa z internetu” [7:07] i pyta o moje mizerne szanse znalezienia rozwiązania problemu, z którym najtęższe umysły borykają się od długiego czasu. Wychylam się jednak złośliwie z kąta, do którego zagania mnie DM, i ponownie pytam: dlaczego więc – skoro chyba wszyscy zgodzimy się na temat przydatności wskaźników frakcji w populacji dla szacowania skali problemu – takich badań wciąż się de facto nie przeprowadza? Dlaczego panuje chyba pełna zgoda, że takie wskaźniki byłyby przydatne – a jednocześnie, pomimo sensowności kosztowej, którą wykazałem, takich badań nie robi nikt albo prawie nikt? Czyżbym znów popełnił jakiś błąd, szacując [tym razem :)] wielkość początkowej próby na 16,000 osób? A jeśli z jakichś specjalnych „procedur statystyki epidemiologicznej” wynika, że próbka ma być większa, chętnie posłucham. Serio. DM pewnie też…

2. [7:30] DM zarzuca mi, że gdyby moje hipotezy [że „ktoś chce na tym zarobić”] były prawdziwe, ktoś prawdopodobnie by się wyłamał i przekazał te sekrety publice. DM popełnia tutaj błąd erystyczny pn. chochoł, gdyż nigdzie nie twierdzę, że są to „sekrety”, nadające się do „ujawniania”. W pierwszym tekście podlinkowałem, jak mi się wydawało, wystarczajaco wiele źródeł dla potwierdzenia swoich tez. Nie jest więc tak, że „nikt z tymi sekretami nie idzie do mediów” i jest to błąd logiczny DM. Są to rzeczy ogólnodostępne i do mediów zwyczajnie nie ma potrzeby z nimi chodzić. Poszczególne akty prawne czy wyceny aktywów może znaleźć każdy zainteresowany; to, czy na takie sprawy kieruje się uwagę opinii publicznej, rozmawia o tym w głównym wydaniu „Wiadomości” i na pierwszych stronach portali – to już zupełnie inna historia… To trochę tak, jak z szaleństwami giełdowymi: notowania są publicznie dostępne, ale ulica na akcje rzuca się dopiero wtedy, kiedy mówi się o nich w każdym wydaniu wiadomości. O sprawach, odbywających się przy okazji aktualnego kryzysu, zwyczajnie się nie mówi, choć są publicznie dostępne. I to wystarcza.

3. [8:12] W warstwie werbalnej nie chce mi się nawet tego komentować. W warstwie merytorycznej, a propos „pokazywania się”… w czwartek zaproponowałem DM wyjaśnienie paru kwestii dialogiem, przypominając się dodatkowo komentarzem na JM. Nie uzyskałem odpowiedzi. Czyżby „pokazywanie się” i sygnalizowanie chęci do dialogu na argumenty miały obowiązywać tylko jedną stronę? Czy mi się wydaje, czy rozmawiamy o standardach?

4. [9:20] Zasadę Pareto znamy i szanujemy, również we wzmiankowanym kontekście wyliczania liczby zgonów. DM każe mi uznać, że ratowanie życia ludzkiego jest ważniejsze od statystyk. Zgodziłbym się z tym – gdybyśmy rozmawiali o lekarzach, dorabiających jako statystycy na drugi etat, zmuszonych do wyborów pomiędzy obiema profesjami. Tak nie jest i zasadniczo lekarze zajmują się leczeniem ludzi, a statystycy – konstruowaniem narzędzi, mających lekarzom [i decydentom] pomagać, a przy okazji jak najmniej szkodzących obywatelom. Nie widzę tutaj żadnego konfliktu „priorytetyzacji”. Nie ma „konieczności wyboru”.

5. Jeśli DM narzeka [10:20] na to, że bywa zmuszany do walki z teoriami, „z którymi jest problem, bo opierają sie na prawdziwych danych”, to jest to tylko i wyłącznie jego problem. Zakładanie a priori, że „te teorie mimo wszystko są złe” [bo tak!], kojarzy mi się ze wszystkim, tylko nie z podejściem naukowym. A prezentowane przez DM [i innych] podejście, w myśl którego przyłapując mnie na jednym błędzie może falsyfikować mój cały tok rozumowania [nie będący absolutnie ciągiem zdarzeń przyczynowo – skutkowych!], proponuję zastosować do poniższego akapitu:

2+2=4. Prezydentem USA jest Donald Trump. Rządzą nami reptilianie. WordPress jest systemem zarządzania treścią.

Czy falsyfikacja jednej ze składowych powyższego akapitu obala prawdziwość wszystkich zdań akapitu, Panie DM? Czy jest to wnioskowanie, dopuszczone w nauce polskiej, z którą ma Pan zdaje się wiele wspólnego?

6. [12:14] Argument, że „sytuacja (zmian ilości zarażonych pod kątem stosowania badań losowych prób zarażonych – t.) może się zmieniać w czasie”… niczego nie zmienia. Można to zbadać w jednym momencie i uzyskać „migawkę”, można badać to w interwałach, co opisałem wcześniej, i uzyskać estymację trendu. Aktualnie nie robi się ani jednego, ani drugiego – vide p. 1.

7. [13:30] Myśl [że „nie możemy wnioskowaniem z próby szacować liczby zarażonych w populacji”] wypadałoby jakoś uzasadnić, jeśli – w odróżnieniu od mojego tekstu – „oranie” ma się odróżniać i opierać na podstawach merytorycznych. Tym bardziej, że dalej DM zaprzecza sam sobie, przeprowadzając testy na poprawnych parametrach i udowadniając, że to ma jednak merytoryczny sens [w przeciwieństwie do finansowego dla jakiejś nikłej frakcji – ale o tym już pisałem].

8. [14:00] DM przypisuje mi opinię, jakoby „ktoś czuwa nad tym, żebyśmy nie znali całej prawdy”. Jest to kolejny chochoł i wymysł… nie wiadomo skąd, bo nigdzie tak nie piszę. Nie znamy liczby zarażonych i jest to fakt – a to, że może rodzić to podejrzenia, że stoi za tym ktoś konkretny, to już nie moja zasługa i nie mój problem.

9. [33:00] Dlaczego nie stosujemy modelu szwedzkiego? „Bo nie jesteśmy Szwedami!” I dalej – modelowy dowód anegdotyczny, jak to DM widzi przez okno swojego mieszkania ludzi biegających bez maseczek.

Przepraszam, czy to dalej blog naukowy? Uzasadnianie decyzji strategicznych tym, co ktoś widzi przez okno?

Swoją drogą, podążając codziennie do i z pracy, mijam każdego dnia prawdopodobnie ok. 100-200 osób. Przez parę ostatnich dni specjalnie im się przyglądałem i każdego dnia widziałem dwie, w porywach trzy osoby bez maseczek. Ale ja na ogół nie zapuszczam się w żadne szemrane rejony. Pomijając anegdotyczność tej odpowiedzi – może DM mieszka po prostu w jakiejś wywrotowej dzielnicy i czas na przeprowadzkę w jakąś spokojniejszą okolicę?

10. [34:27] Pytam, bo się nie znam: czy kwalifikacje „zgonu na COVID-19” w Polsce i Szwecji są identyczne lub przynajmniej w takim stopniu podobne, żeby móc porównywać wskaźniki śmiertelności w obu tych krajach?

11. [35:30] Skoro „oficjalne źródła oparte są o rzetelną naukę”, to co zrobić ze żródłami należącymi do obszaru tejże rzetelnej nauki, prezentującymi jednak odmienną narrację, czasem – o zgrozo! – zbliżoną do mojej? Na przykład wspominanym już kilkukrotnie Johnem Ioannidisem ze Stanford Medical School i mnóstwem innych ekspertów, prezentujących odmienny od oficjalnego punkt widzenia?

I – nie. Oficjalna nauka NIE MÓWI w sprawie covid-19 jednym głosem. Na życzenie służę źródłami.

12. Początek na końcu, nie chce mi się przenumerowywać: tytuł „Dlaczego w dobie pandemii rządy na świecie nie chcą skorzystać z dobrodziejstw statystyki?”, który również oburzył DM, nie pochodzi ode mnie, lecz został dodany przez redakcję JM do publikacji artykułu. Tytuł, pod którym ja umieściłem ten tekst w sieci, brzmi: „Statystyka jako szczepionka na koronawirusa”. Notabene redakcja JM nie dość, że tak przejęła się filmem DM, że zdjęła mój artykuł bez powiadomienia czy dania racji, to jeszcze – kiedy czytelnicy zaczęli się dopytywać, o co cały ten zgiełk – przywróciła go, zmieniwszy ponownie tytuł na „Dlaczego w dobie pandemii rządy na świecie nie chcą policzyć chorych na podstawie losowej próby?” [który to tytuł też może budzić czyjeś zastrzeżenia; proponuję „Artykuł o koronawirusie”, wtedy dopiero będzie całkowicie apolitycznie i neutralnie].

Na koniec jeden wtręt osobisty, od którego naprawdę nie potrafię się powstrzymać: rozbawiające tak bardzo DM moje zastrzeżenie: „Nie jestem lekarzem, ale (…)” zostało ordynarnie przeinaczone tak, żeby pasowało do z góry założonej tezy. DM wykorzystuje to do wepchnięcia mnie w swój mindset, w myśl którego jak wiadomo każdy foliarz po takim disclaimerze zaczyna wymądrzać się na tematy tym zastrzeżeniem objęte. Tymczasem oryginalny mój akapit brzmi:

„Nie jestem lekarzem, nie będę wypowiadał się na temat biologii wirusa i mechanizmów jego rozprzestrzeniania się, bo się nie znam. Nie śledzę filmów na YT, demaskujących nienaturalne pochodzenie SARS-CoV-2 i chwilowo nie zastanawiam się, czy zmutował on samoistnie, czy może Chińczycy podrzucili go Amerykanom, czy jednak odwrotnie, a może to WHO nie gra jednak fair; nie umiałbym zresztą takich doniesień ocenić merytorycznie. Od paru tygodni jednak tułam się po przeróżnych forach z dwoma prostymi pytaniami, na które nikt nie chce albo nie potrafi udzielić mi odpowiedzi.”

Konia z rzędem temu, kto wskaże mi odstępstwo od wspomnianego disclaimera w treści pierwotnego artykułu. Uwaga techniczna: wzmianka o WHO może być trochę myląca; dotyczyła jego prochińskich sympatii i w oryginale zawierała link do artykułu, który usunąłem na prośbę naczelnego JM. Nie dotyczy ona zasadniczego pytania o brak opracowanych kryteriów „zgonów”.

Mindset DM striggerował się w tym miejscu również z innego powodu. Na widok owego triggera jak widać nie tylko zostałem błyskawicznie sklasyfikowany, ale także mindset odpuścił sobie dalszą uważną lekturę. Bo i po co, skoro tezy foliarzy znamy na pamięć? A że foliarz co i rusz wyskakuje z mindsetu – nie ma to jak widać komplenie żadnego znaczenia.

Jeden wykazany duży błąd do tej pory nie zmienia niczego w założeniach tekstu – ani nawet szczerze mówiąc w samym argumencie o próbie. Weźmy jednorazowo 16k osób bez apriorycznego zakładania frakcji [przy okazji – czy DM jako biegły w statystyce to gdzieś zaproponował?…], ucinając brzytwą Ockhama wszelkie jałowe spekulacje, a potem zastanówmy się, co robić dalej.

DM wbrew zapowiedziom nie sfalsyfikował żadnej postawionej w tym artykule tezy, od reszty opędzając się stosowaniem nieuczciwych sztuczek erystycznych [2, 8, 9], wg moich kryteriów – chamstwem [3], brakiem podejścia naukowego [5] i pewnie innymi chwytami, których do tej pory nie wyłapałem. Trzymając się jednak założenia przyjętego na początku – kwestie personalne powetuję sobie gdzie indziej, tutaj mając cień szansy odpowiedzi na choćby jedno postawione pytanie – ta przesympatyczna dyskusja pozwoliła mi na uporządkowanie sytuacji i lekkie przemodelowanie „pytania o mianownik”.

Choć – jak wspomniałem – do odpowiedzi na postawione przeze mnie pytania dyskusja owa wciąż nie przybliża nas ani na krok.