Zaczynają się schody.

Miało być pięknie, wyszło jak zwykle. Wczoraj przylepiłem pierwszą widoczną.

.

Na dziobie pamiętałem różnicę ok. 1 mm, ale dzisiaj postanowiłem obejrzeć to jeszcze raz. I ręce mi opadły. W zasadzie wszystko do poprawki, nie podoklejało się do wręg, Dukaj i Lem znów w robocie. Miałem nadzieję na doklejenie całości szkieletu głównego pokładu, ale muszę jeszcze widać posiedzieć nad tym, co jest.

Eksperymentuję z klejami, bo butapren od Dragona lelawy siakiś się zrobił. Kiepsko trzyma, konsystencji zero, przez co od nowa uczę się nabierać go na drucik. Wróbelki na konradusie ćwierkają, że to przez dbającą o moje zdrowie unię [różnicy zapachowej nie widzę… a kto zadba o zszargany przez tych ćwoków mój system nerwowy?…] Kupiłem introligatorski PVAGlue Technicqll. Rewelacyjnie trzyma, świetny do dużych powierzchni [kleiłem nim deck do szkieletu i złego słowa powiedzieć nie mogę], do małych pewnie też, ponoć bezbarwny… szkoda tylko, że kiepski aplikator, milimetrowej rureczki nie będę czyścił za każdym razem. MS Polimer też trzyma nieźle, ale niestety jego konsystencja wyklucza precyzyjne stosowanie na dłuższą metę. W odwodzie jeszcze chyba jakiś cyjanopan, ale nawet nie otwierałem.

Sam model rewelacyjnie dopasowany, klei się na razie bardzo przyjemnie. Morale w zespole wyśmienite, zostańcie Państwo z nami, wracamy po reklamach.

Rozwiązanie konkursu.

Ostatnio ogłoszony konkurs nie przyniósł rozstrzygnięcia. Pokazane na ostatnim zdjęciu wręgi należą bowiem do brytyjskiej owcy bojowej [ang. battlesheep]. A dzisiaj – wręgi nieco mniejszym luzem.

Owce [hm… owoce?] tego miotu noszą zaszczytne oznaczenia HMS [ang. Her Majesty’s Sheep]. Uwaga: w języku angielskim „owca” jest rodzaju żeńskiego, co może wydawać się dziwne, ale do jednostki bojowej nie wypada mówić przecież „ty baranie”, kurde.

Nagroda pocieszenia wędruje do Klisowskiego, który bardzo ambitnie próbował, ale wyszło jak zwykle, hahaha! Nagrodę – sześć sezonów przygód sympatycznego okręciku „Shaun the Ship” – prześlemy albo nie, niech sam se ściągnie.

Ścinki.

Ogary poszły w las. Wczoraj. A wróciły [z łupem] dzisiaj, co jest co najmniej dziwne [kudos to Poczta Polska]. Z relacją – stay tuned, będzie się [prawdopodobnie] działo; w przyszłym tygodniu montuję półkę w kuchni i jedziemy.

* * *

Obejrzane „Oczy szeroko zamknięte”. I kilka niepokojących wrażeń.

Film – a w zasadzie jeszcze niedawno jego obrazoburczą wymowę – współczesny widz może skwitować jedynie wzruszeniem ramion. Zaiste przeszliśmy daleką drogę… niekoniecznie w dobrą stronę imo. To raz.

Dwa – film trzyma poziom do jakichś dwóch trzecich fabuły. Obraz w zasadzie skandalizujący kończy się niemalże kinem familijnym i napięcie całkowicie siada, poprzedzone notabene dość przewidywalnymi zwrotami fabuły.

Trzy – patrz p. 1.

Cztery – nieustająco pozostaję pod wrażeniem historii – lawiny wydarzeń, spowodowanej jedną, w sumie przypadkową rozmową. Ale kinoman ze mnie żaden, więc i pewnie w gruncie rzeczy zachwycać się nie ma czym. Choć film naprawdę dobry.

* * *

Męczę „Czarne oceany”. Książka re-we-la-cyj-na, ale zastój w czytaniu, o którym chyba już kiedyś pisałem, trzyma i nie chce puścić. Książkę powycierałem już na wszystkich możliwych i niemożliwych rogach, a mimo to w dalszym ciągu jestem dopiero w połowie; w tym przypadku akurat faktycznie stokroć bardziej sprawdziłby się za przeproszeniem – apage! – jakiś kindle, gdyby nie fakt, że właśnie tracę do mania takowego motywację. Kwadratura koła.

Dukaj jakoś nigdy mi nie podszedł [w sensie że kupuję w jego wydaniu nawet książkę telefoniczną], ale „Oceany” są lekturą naprawdę nieprzeciętną, co dowodzi przydatności nawet tak z pozoru obmierzłych blogasków, jak… zresztą mniejsza z tym 😛 Obawiam się, że gdy wreszcie to skończę, lektura żadnej innej książki sf-f nie będzie taka, jaką sobie zamierzyłem. A zresztą zobaczymy.

* * *

Na fali bailoutów [za chwilkę Słowenia – to jakiś flashmob?…], kryzysów, TARPów et consortes męczy mnie – lepiej późno, niż wcale, jak mawiał stary Żyd, spóźniając się na pociąg – dostrzeżona z właściwym wiekowi starczemu refleksem dopiero teraz dramatycznie banalna, acz niepokojąca konstatacja: na Matkę Ziemię, ludzie nie mogą być przecież aż tak głupi! Widząc, że wszystkie polityki antykryzysowe nic nie dają, już dawno powinni byli wpaść przynajmniej na to, żeby spróbować czegoś innego. Niepróbowanie – wykluczając oberkretynizm, choć wykluczaniem tym przeczę w ten sposób jakiejś regule prakseologicznej, nie pamiętam nazwy – otwiera drzwi do niepokojącego wniosku: ktoś gdzieś szykuje nam wyjątkowo parszywy pasztet. Kurczę blade, jeszcze 2-3 lata i opcja chilijsko – mongolska [jako plan B; na razie dobrze nam tu i nigdzie nie zamierzam się ruszać, choć ostatnio moje podejście do patriotyzmu emigracyjnego chwieje się w posadach; póki co jak zawsze, gdy nie chce mi się o tym pisać, obiecam Wam kolejną sążnistą notkę na temat, kończąc nieśmiertelnym JONCL…] stanie się realna; pytanie, czy będ[ę|ziemy] mieć tyle czasu.

Z tym pasztetem jako jedyną opcją żartowałem. Istnieje przecież drugie wyjaśnienie: kopanie puszki w górę coraz bardziej stromej ulicy. Skończy się podobnie, ale o ileż łatwiej będzie nam wegetować ze świadomością, że wrobiono nas wskutek prozaicznego bezjajstwa, niźli premedytacji, nespa?