Przeczytaj, zanim wyparujesz.

Putin chce najechać Europę. Wie już o tym każdy. Podbił Krym. Najechał Ukrainę. Gruzję najechał. Nie ma dnia, żeby nie mówiono o tym w mediach.

Ale zaplanowany cel [tj. wyrąbanie przecinki do Morza Czarnego, bez którego Rosja pozostawałaby mocarstwem tylko teoretycznie] osiągnął… a pod Kijowem wciąż go nie widać. Coś te ciągoty imperialne mało przekonujące.

No ale przecież najechał Krym. I Gruzję. I prowokuje incydenty międzynarodowe.

Zgoda. Przelatuje swoimi samolotami nad okrętem, urządzającym manewry w pobliżu rosyjskich wód terytorialnych. Nie mając zresztą w tym kompletnie umiaru, bo co i rusz przechwytuje natowskie samoloty, znajdujące się w pobliżu ruskich granic. To tu, to tam

Ale najechał Krym. I wzmacnia siły w obwodzie kaliningradzkim. Nawet „Newsweek” cytuje Antoniego Macierewicza mówiącego, że Rosja szykuje się do wojny z NATO. A ostatniomajowe [nie wiem, kiedy skończę wreszcie ten szkic…] „Do Rzeczy” – Szeremietiewa. Jakoś tak mam, że patrząc na przemawiające unisono elyty łapię się za portfel lub za serce, w zależności od okoliczności.

Trudno, żeby nie wzmacniali, skoro na terytorium RP mają znaleźć się bataliony wojsk amerykańskich i tarcza antyrakietowa.

Mi to chyba nic nie dogodzi. Sojusznicy wypinają się na nas – źle, realizują swoje zobowiązania – jeszcze gorzej…

55o7c2

A może to jednak nie tak?

Aktualna sytuacja geopolityczna wygląda dokładnie, jak przeciwieństwo starego przysłowia, że przyjaciół należy mieć blisko, a wrogów – daleko. Jako tako liczące się geopolitycznie, a bliskie nam Niemcy nastawione są – przynajmniej pod kątem wojny z Rosją – wyjątkowo pacyfistycznie. Wiernych przyjaciół [przynajmniej w warstwie deklaratywnej] mamy dwóch: Wielką Brytanię, odległą o nas o całą Europę i nie dającą podstaw do przypuszczeń, że jakby co, to zachowają się szczególnie inaczej, niż w AD’39, oraz USA, którym zebrało się na odpieranie rosyjskiej agresji [i, o czym już pisałem, zajęcia Krymu!] akurat na naszym terytorium z dużą dozą prawdopodobieństwa, że z ową Rosją będą bohatersko walczyć do ostatniego Polaka. Wielcy przyjaciele Polaków z dziada pradziada tak zresztą dbają o nasze zdolności obronne, że w naszym interesie od parunastu lat nie kwapią się nawet do zniesienia wiz wjazdowych…

No i osławiona zasada jednomyślności NATO, która może stać się dla nas gwoździem do trumny. Bo w razie czego na poparcie w ewentualnym konflikcie przez Grecję, która, wydrenowana kryzysem i wspólną walutą, w dowolnej chwili może nas sprzedać Putinowi za czapkę gruszek, czy Turcję, gdzie Erdogan rozgrywa swoje karty, jak chce [czego przykładem kryzys migracyjny] nie postawiłbym złamanego grosza. Czy wspominałem o Niemcach, którym na razie do ewentualnej wojny nijak nie po drodze?

Is fecit, cui prodest

Zarzut, jakoby to Rosja parła do konfrontacji, ciężko traktować poważnie w sytuacji, w której w latach 1991-2016 nie miała ona w Zachodnim Okręgu Wojskowym ani jednego związku taktycznego w sile dywizji lub wyższej [źródło]. Tak właśnie – ordynarny satrapa Putler, [który podbił Ukrainę, etc.] nie miał – do niedawna – na ów podbój wyszykowanej nawet dywizji! Co zresztą nie przeszkodziło mu w czasie wojny w Osetii – przechodząc do zdolności manewrowych – przerzucić drogą lotniczą i kolejową w ciągu paru dni 8000 żołnierzy i 700 pojazdów [wiki]. Jak to się ma do rotującej, międzynarodowej szpicy szybkiego reagowania w sile równej połowie tego kontyngentu…

Owszem, nielubiany sąsiad próbuje nas uzależnić energetycznie [kudos do „rusofobów z dziada pradziada” ze wskazaniem na Pawlaka i jego kliki PO-PSL, podpisującego lojalkę gazpromowską]. Owszem, działa wywiad. Owszem, do tej pory nie dostaliśmy wraku Tupolewa [bo i po co, skoro poprzedni „rusofobowie z dziada pradziada” położyli nań lagę?] To wszystko prawda; pierwsza prawda, nie spodziewajcie się tutaj sarkazmu.

Tylko że to tak wskazuje na plany inwazji, jak moje plany podboju rynku. To, że konkurencji życzę z całego libertariańskiego serca wszystkiego najgorszego, z premedytacją podrzucam im fałszywe wyceny zleceń i przeglądam ich bilanse nie oznacza raczej, że zaczaję się z bejzbolem na prezesów i rozpocznę proces monopolizowania rynku na siłę.

To nie Rosja ma niespłacalny dług, z którego nie ma szans wyjść inaczej, jak tylko przez reset. To nie Rosja staje się coraz bardziej państwem policyjnym [a przynajmniej to nie ex-rosyjscy whistleblowerzy opowiadają o powszechnej inwigilacji obywateli]. To nie Rosja posiada walutę światową, dzięki której żyje na koszt całego świata, i której to waluty nadchodzący kres zwiastuje jakościową zapaść w gospodarce. To NIE POD ROSJĘ wreszcie nasze dzielne elyty rychtują przecież całkiem zgrabny pakiet ustaw – ponadpartyjne przyzwolenie na 1066 [„bratnią pomoc”, której PiSowi wcale niespieszno uchylać, mimo bogoojczyźnianego zadęcia…], eksterytorialność urządzeń tarczy [na której zresztą Biedroń i okolica wyszli jak Zabłocki na mydle], ustawę antyterrorystyczną czy wreszcie zapis w ustawie węglowodorowej, umożliwiający wojewodzie kasację każdego postanowienia gminy. To nie Rosja dała zielone światło na zestrzeliwanie samolotów amerykańskich czy brytyjskich podczas interwencji w Syrii. To nie Amerykanom ani Brytyjczykom Turcja dostarczyła wyśmienitego casus belli, jakim było zestrzelenie myśliwca, który to casus belli pozostał niewykorzystany. To nie Rosja wreszcie zagrożona jest utratą statusu światowego mocarstwa dzięki Chinom…

Is fecit cui prodest. O nie-otaczaniu przez Rosję terytorium USA wianuszkiem państw sprzyjających nie chce mi się nawet pisać, a mapek nawet zamieszczać; zainteresowani, jeśli dotąd doczytali, mogą przypomnieć sobie, co działo się, kiedy bracia Kacapowie chcieli przetransportować ichniejszą „tarczę antyrakietową” na Kubę.

Program imprez okolicznościowych

Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi – nie sądzę, żeby wojna miała rozpocząć się od fizycznej agresji Rosji; ciężko byłoby sfabrykować wiarygodną wersję takiej agresji, nawet biorąc pod uwagę stopień współczesnego zdurnienia lemingozy.

Z drugiej zaś strony, jeśli tarcza w Redzikowie ma stać się czymś więcej, niż atrapą, to na ewentualną „false flag” dopiero po jej zarakietowaniu może okazać się za późno, bo perspektywa jej odparowania w trybie instant wydaje się być aż nazbyt oczywista [pamiętajcie, że kacapskie wejście w Syrii spowodowało masowy stukot opadających zachodnich szczęk]. Jeśli więc ten czarny pasjans ma wyjść, dwa terminy – a nawet jeden – wydają się niepokojąco pasować. Szczyt NATO wbrew pozorom wydaje się niezagrożony; stężenie oficjeli na warszawski cm2 każe wątpić, żeby rozgrywających stać było na takie ryzyko i taki gambit. Krakowskie ŚDM pasują tutaj dużo bardziej, dobra eksplozja w prime time [nie mylić z papabenedyktową eksplozją dobra] mogłaby wiele zdziałać pod kątem zrobienia odpowiedniego PR.

Co oczywiście nie znaczy, że po bezbolesnym zakończeniu ŚDM będziemy mogli odetchnąć z ulgą. Pamiętajcie, że nawet Macierewicz i Szeremietiew przestrzegają nas przed zbliżającą się wojną z Rosją. Na wątpliwe szczęście zawałowców deadline tego łżeproroctwa wypada wcześniej, niż planowany koniec budowy tarczy w 2018, bo nasze pikawki mogłyby tego nie wytrzymać. Moje fusy z kawy mówią mi, że jeśli dojdzie do przesilenia, to całkiem prawdopodobnie przed listopadem, bowiem mający spore szanse na zwycięstwo Trump nie wygląda na specjalnie zainteresowanego wojną światową; zdająca się mieć powiązania z wszelakiej maści „jastrzębiami” Hillary – i owszem.

Oczywiście, jeśliby ktoś domagał się takiego zapewnienia, bardzo chciałbym się mylić. Ale naprawdę ciężko zbudować spójną konstrukcję myślową w przeciwną stronę…

 

Te weekendy nas wykończą.

Nie ukrywam, z racji a) religijnych oraz b) czysto ludzkich jestem zwolennikiem niepracowania w weekendy i święta. Ale ostatnio zmieniam zdanie.

Stres związany ze spędzeniem czasu na łonie rodziny musi dla niektórych być tak potworny, że [znów] na początku weekendu wolą popełnić samobójstwo, niż posiedzieć z małżonkiem, dziatkami i dziadkami. No bo w to, że oficer SKW nie chciał pograć w scrabble, chyba nikt nie wątpi? A jeśli wątpi, to zapewne zmieni zdanie na początku przyszłego tygodnia, kiedy znane będą już wyniki badań.

EDIT 0527: zaśby komuś chciało się czekać do początku przyszłego tygodnia. Czynniki stwierdziły już dzisiaj, że sugestie, jakoby nie chciał być pogranym w scrabble, są oczywiście wyssane z palca. Nie chciał pograć w scrabble i już. Jak widać z narracji, udział osób trzecich w pogrywaniu został definitywnie wykluczony.

No to już jest kurna skandal.

Niby mamy państwo neutralne światopoglądowo. Niby wszyscy wiemy, że klerowi zależy jedynie na utrzymywaniu ciemnoty wśród mas. Niby wiemy, że prawdziwie otwarty umysł może być chowany jedynie na lekturze Dzieł Wybranych Adama Michnika [poważnie, jest taka seria wydawnicza!]. Niby wiemy, że katolik rozumiejący definicję „polimer z grupy poliakrylanów otrzymywany przez polimeryzację akryloamidu” to hipostaza [w znaczeniu potocznym, oczywiście – i to jeszcze jaka, LOL xD]. A jak przychodzi do szczegółów, to na odpór kreciej robocie brakuje sił i czujności.

Ot, choćby rekrutacja do gimnazjów. Młode umysły, wiedzy chłonne [bo narodowca to wiadomo, pałą przez łeb, ale błędem statystycznym trafi się jakiś oczytany – albo zwyczajnie większy – i wtedy chcąc nie chcąc trzeba wznieść się na poziom argumentów] i ich rodzice szukają porządnych szkół z dobrymi wynikami. A tutaj porażka. Zamiast poprosić o pomoc jakiś instytut badania opinii publicznej, stworzyć jakiś sondaż i przepytać ankietowanych, faszyści z MENu, wespół z ich kolesiami pismakami, umyślili sobie rankingi szkół wg średnich ocen na egzaminach gimnazjalnych. I potem przedostają się do prasy takie nieodpowiedzialne przecieki [źródło: Gazeta Krakowska]:

Średni procentowy wynik egzaminu gimnazjalnego [początek rankingu krakowskiego], część humanistyczna [2012]:

Publiczne Gimnazjum o. Pijarów: 90,7%

Prywatne Gimnazjum im. M. Reja: 87,2%

Salezjańskie Gimnazjum Publiczne: 86,9%

Prywatne Gimnazjum, ul. Stroma: 86,7%

Społeczne Gimnazjum im. Słowackiego: 84,8%

A w drugiej piątce jest jeszcze gorzej, są jeszcze 3 sekciarskie szkoły. Podejrzewam – nie sprawdzałem, szczerze mówiąc – że z innymi częściami gimboegzaminu jest podobnie.

* * *

Hahahaha, żartowałem. No przecież nikt obyty nie będzie brał na poważnie wyników procentowych, gdzie wiadomo, że dzieci prywaciarzy mają lepszy start i w ogóle mają lepsze warunki do nauki [rodzice się nakradli, więc dzieci mają z górki]. Nie mówiąc o tym, że powyższy ranking pochodzi z 2012 r. Do celów porównawczych w oświacie wymyślono EWD aka Edukacyjną Wartość Dodaną, czyli miernik oparty na delcie między egzaminami końcowymi a wstępnymi, czyli faktyczną „wartość edukacyjną” szkoły. Na szczęście mamy nowsze, lepsze dane, obrazujące czołówkę rankingu EWD w Krakowie [źródło: Dziennik Polski].

1. Publiczne Gimnazjum nr 52 Ojców Pijarów im. ks. St. Konarskiego

2. Prywatne Gimnazjum nr 8 im. Mikołaja Reja

3. Katolickie Gimnazjum im. Świętej Rodziny z Nazaretu

4. Społeczne Gimnazjum nr 7 im. Juliusza Słowackiego

5. Gimnazjum Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu

* * *
Zaraz, moment… Tego, no… nie macie co robić, tylko czytać jakieś nic nie wnoszące notki? Zajmijcie się czymś innym, z pewnością jakaś hydra reakcji znów gdzieś indziej w internetach podniosła właśnie łeb.

Endomondo? Srsly?

8b45913695_przyjaciel_piotrCo jakiś czas biegam dokoła Błoń. Dokładnie tę samą trasę, nic wielkiego na [nieustający] początek, za to parę ostatnich przebieżek – uzbrojony w technikę. Zapisy w endomondo pokazują kolejno: 3.55km, 3.21km, 3.17km, 3.15km. A już myślałem, że ktoś faktycznie wykorzystuje to do pomiarów czegokolwiek.

 

Lityński i Patton.

Łonet reklamuje [wyczerpując i tak resztki mojej cierpliwości względem] debatę oksfordzką na temat „Dlaczego nie warto umierać za ojczyznę” z udziałem Jana Lityńskiego [jedynego znanego mi czerwonego programisty; Cichy się nie liczy, bo przy JL to niemal ultrakatolicki libertarianin]. Na onej – Lityński oburzony stwierdza, że oponenci tak w ogóle to by pouciekali, a w szczególe – że nie chcą umierać za ojczyznę, tylko za nią zabijać.

Fajna sprawa, że doczekałem się wreszcie szerszego nagłośnienia idei debat oksfordzkich. Z niecierpliwością czekam na sponosorowane przez Onet debaty „Dlaczego warto grodzić się przed emigrantami”, „Dlaczego warto piętnować homoseksualistów” oraz „Dlaczego część wspólna zbiorów feministek i ładnych kobiet to zbiór pusty”. Ale w gruncie rzeczy nie o to mi dzisiaj idzie.

Pan Lityński, jako zasłużony lewak, odznaczony na wszelki wypadek zarówno przez L. Kaczyńskiego, jak i Komorowskiego [zupełnie jak mój kolega, który nie mogąc zdecydować się na którąś opcję polityczną, wziął i urodził się profilaktycznie drugiego maja, żeby wszędzie mieć blisko] poglądy ma, jakie ma, a piętnowanie lewackich poglądów byłoby kopaniem leżącego. Ale potępienia chęci zabijania za ojczyznę i nieznajomości Pattona darować nie mogę – zauważcie, ile wykazuję dobrej woli, zakładając u niego nieznajomość, a nie nic gorszego.

I want you to remember that no bastard ever won a war by dying for his country. He won it by making the other poor, dumb bastard die for his country.

No patrzcie Państwo, młodzież nie chce kolejnych bohaterskich porażek, nieprawdopodobne. Jest nadzieja.

PS. Debaty oczywiście nie oglądałem, ale pisząc notkę, oparłem się na źródle najwiarygodniejszym z możliwych, czyli na owej autorach. Kto sieje wiatr, zbiera burzę.

Jesteś samotny? Ubezpiecz auto.

(…) NNW na X tys i Ass Premium na PL i UE (…)

Wychodzi na to, że z nimi [agentem, nie towarzystwem ubezpieczeniowym] nie da się nudzić. Poprzednim razem nie dorzuciła pakietu dla singli, ale za to przesłała mi w gratisie całą wewnętrzną korespondencję z ustalaniem ceny. I nawet nie doszukałem się w niej żadnych pejoratywnych określeń na swój temat, ha!

Jak rozpocząć naukę edycji video w Blenderze i nie uciec z krzykiem po dwóch minutach.

To nie będzie tutorial, a raczej opis efektów mojego kilkudniowego podejścia do blendera jako narzędzia obróbki video. Na co dzień na domowym komputerze hula Linux i – pomijając okazyjne wypady na Steama, do którego pingwiniej wersji nie mam motywacji zaglądać – przełączanie się na windowsa, na którym rezyduje Movie Studio, chciałem ograniczyć do minimum. Drugą przyczyną, dla której zacząłem interesować się przesiadką, jest to, że od jakiegoś czasu – z dużymi przerwami, oczywiście – chodzi za mną kwestia nauki blendera jako prawie-wszystkomającego softu do 3D, w którym chciałbym się wreszcie trochę podciągnąć, pomimo nienadrabialnych w zasadzie braków warsztatowych i zdolnościowych. Nie mówiąc o tym, że dziełka jak poniższe, w zasadzie mimochodem wplatające FX, a stworzone przez szesnastolatka, wyrwały mnie z butów. A ja też chciałbym wyrywać kogoś z butów.

Bottom line: żeby się przynajmniej nie rozjeżdżało. Proszę.

W poprzednim podejściu odpadłem na samiutkim początku; najbanalniej w świecie w jedynym zaimportowanym klipie rozjechała mi się wizja z fonią.

Co by nie mówić, zamknięty software [Movie Studio] potrafi rozleniwić, ogłupić – albo, w zależności od punktu widzenia, pewne sprawy mieć dopracowane. Albo ja byłem natenczas dramatycznie krótki na zagadnienie – dość powiedzieć, że winę za ów rozjazd ponosiła ręczna konieczność ustawienia fps-ów dla projektu, co MS robiło samoistnie. Teraz albo wiem więcej, albo miałem więcej determinacji – dość, że po imporcie pliku AVCHD [50 fps] i przestawieniu we właściwościach projektu na owe 50 fps z wcześniejszych 25 fps ścieżka audio i video wyrównały się.

Przynajmniej w przybliżeniu. Ścieżce video brakowało jednej ramki [wiem, że dźwięk liczy się w sekundach, nie w ramkach; piszę o liczbie podanej we właściwościach ścieżki]. A mnie zaczęła ogarniać zimna furia – skoro jednej klatki, czyli ułamka sekundy, brakuje na piętnastosekundowym ujęciu, to dalsze próby z dłuższym materiałem do czasu wyjaśnienia tej sprawy nie mają sensu. Pomocna, gadająca dłoń na Polskim Kursie Blendera zasugerowała mi aktualizację do najnowszej wersji [ubuntowe repo nie grzeszy aktualnością]. Yeah! Miłe skutki uboczne; nie dość, że pobrana 2.77 automagicznie określa fps projektu na podstawie pierwszego importowanego pliku, to jeszcze całkiem mimochodem okazało się, że problem z brakującą jedną klatką zniknął. Co ciekawe, jak pokazały testy w tzw. międzyczasie, podczas importu MP4 problem nie występował. Na fali entuzjazmu wyrenderowałem sobie coś ze wspomnianego AVCHD 50 fps i postanowiłem dokleić MP4, kręcone w 25fps.

Jest dobrze, ale nie fatalnie.

To jest to miejsce, w którym wyszedł kolejny mój brak wiedzy, a przynajmniej złe założenie. W Movie Studio mogę dodawać do projektu pliki filmowe kręcone dowolnym klatkażem, 50 czy 25 fps nie robi różnicy [a w ferworze naszego jednoosobowego Hollywoodu niekiedy można zwyczajnie zapomnieć o synchronizacji ustawień pomiędzy komórką i lustrzanką]. Klatkaż jest bez znaczenia, MS potrafi zinterpolować odpowiednio ujęcia z innym fps, niż określony dla projektu – dla „filmowej” maniery 25fps ujęcia AVCHD 50 fps zostaną w tle skonwertowane. I odwrotnie.

Blender tego nie potrafi. I patrząc wstecz, to kosztowało mnie najwięcej czasu i potu. Klip 25 fps zestawiony obok 50 fps jest w blenderze nieustawialny; któryś z nich musi zostać zdesychronizowany, a za tym idzie nie tylko arbitralna długość klipu w edytorze, ale również rozjazd z dźwiękiem. Innymi słowy, w gołym blenderze zestawienie klipów o różnej wartości fps jest nieużywalne. No ale przecież ludzie w tym montują filmy…

memset(fullFilename, 0, PATH_MAX*sizeof(char));

Blender NIE OFERUJE motion interpolation i już. Aha. Szukamy konwertera.

Pierwsze znalezisko – AviSynth. Pudło, nie znalazłem wersji linuksianej. Starłem krew z twarzy i szukam dalej. Znalezisko #2 – avxsynth. Nie jest źle.

Skądś znalazłem binarkę, odpalam onelinera – Version() działa. Jesteśmy w domu. Kolejny oneliner otwierający MTSa – działa. W przedpokoju wycieram buty. Dla formalności otwieram MP4.

Napisałem „otwieram”? No nie wierzę. Guzik, nie otwieram. Guglu gulgu, wypluj ciurkiem, jak otworzyć empeczwórkę? Gugiel na to: „Miast gardłować, całość trza zrekompilować”.

Kompilajca [litrówka mi się wymsknęła – „kompilajca” zamiast „kompilacja”. Zostawię to, jak napisałem, bo „kompilajca” lepiej rymuje się z „jajca”… ale nie uprzedzajmy faktów]… Kompilacja avxsynth składa się z trzech części. FFmpeg, ffms2 i podmiotu na końcu. FFmpeg przechodzi bezszmerowo. ffms2 ogłasza bunt na pokładzie, gdzieś tam chce -fPIC. Paradne, powiadam. Pierwszy i ostatni jak dotychczas kawałek kodu w C popełniłem jakieś 10 lat temu. Recepta wuja G. jest banalna – a weź i dopisz [tu jakieś dwie opcje linkera]. Próbuję dopisywać w losowych miejscach. Nie działa.

I tak upłynął wieczór i poranek, dzień pierwszy.

Kończą mi się pomysły na śródtytuły.

Mija następny dzień. Wciąż [tu jakieś dwie opcje linkera] próbuję wpisać do makefile/configure. Gdyby dało to jakiś efekt, w tym miejscu bym to opisał.

Nie opiszę.

Wyzuty z wszelkich nadziei na sukces znajduję przy innym zagadnieniu receptę, polegającą na dopisaniu do configure parametry –enable-shared. To ogarniam. Build ffms2 przechodzi gładko, level completed.

Naprawdę już jestem w domu, płaszcz wieszam w korytarzu.

W tym momencie właściciel domu zwanego blender wypuszcza na mnie rozeźlonego rotweilera.

Kompilacja avxsynth wypieprza się widowiskowo i bez wątpienia.

Weny na śródtytuły wciąż brak.

Po upływie następnych parunastu godzin sięgam enty raz po gugla. Tylko po to, by w którymś linku znaleźć informację, że avxsynth jest „dead” i że jego następcą jest vapoursynth. Kompilacja przebiega z grubsza podobnie, jak poprzednie, szczęściem znajduję o dziwo [a tak z zupełnie innej beczki – czy „o dziwo” to przypadkiem nie wołacz?] gdzieś binarki.

Elementy suspensu w tej notce chyba już mi się również wyczerpały. Próbny skrypt w pythonie, wykorzystujący ów vapoursynth… nie działa, nie mogąc znaleźć biblioteki, do wykonywalnej binarki której ‚which’ znajduje drogę bezproblemowo. Pieprzę ten interes, nie będę poświęcał kolejnego kwartału na wymuszoną naukę ld/ldconfig i budowy pakietów pod debianopodobnymi. To, co nakręciłem, przemontuję pod Movie Studio, a na przyszłość o prawidłowym klatkażu trzeba będzie zwyczajnie pamiętać i już.

Wtem nagle!

O zielenieniu trawy.

Na ochnastej stronie gugla, nie wzmiankowany niemal przez wspomniany PKB, leży sobie link do Blender Velvets. Obiecuje w zasadzie dokładnie to, czego szukam, i całą masę innych rzeczy. Entuzjazmu z wiekiem chyba niestety coraz mniej, bo ograniczam się do ściągnięcia ZIPa i idę spać. A co gorsza, w sobotni poranek nie zrywam się o szóstej rano i nie kontynuuję analizy. Robię, co muszę, i parę minut po południu siadam i rozpakowuję, doklikując parę opcji w blenderze, bo do tego sprowadza się instalacja.

velvet_revolver03Unfriggingbelievable, jak mawiają bracia Czesi. Velvet Revolver robi dokładnie to, do czego został napisany, milknę w oszołomieniu. Mój testowy projekt ze zmiksowanymi ujęciami 25 i 50 fps renderuje się wreszcie tak, jak należy. Z początku co prawda lekkim stresem napawa mnie rozdzielczość wynikowego pliku, ale szybko to naprawiam. Całkiem na marginesie rozwiewam również kolejną niewypowiedzianą obawę o workflow – jak w praktyce z ochnastu pierdylionów ujęć wyłowić tylko te o określonym klatkażu i zmienić je na pożądany wynikowy? Jak widać na załączonym obrazku, Revoler poradzi sobie i z tym, wystarczy każdy fps umieścić w oddzielnym folderze.

Skłamałbym, pisząc w tym miejscu, że Tarantino może zacząć czuć się niepewnie. Skłamałbym choćby dlatego, że klawiszologia blendera zdecydowanie nie jest czymś, co biały mężczyzna może przyswoić sobie lekko, łatwo i przyjemnie. Nie da się i już. Nie jest to jednak wielkim problemem, bo przyda się ona do pozostałych opcji w programie, a jeśli Wam również chodzą po głowie efekty specjalne i wyrywanie znajomych z butów, znajomość pozostałych ficzerów blendera może okazać się nieoceniona.

Tak więc – pierwsza bitwa wygrana, wojna toczy się dalej. Przeciwnik wybrany – zamknięty soft odrzucamy z przyczyn ideologicznych. Na placu boju z narzędzi godnych uwagi zostaje tylko cinelerra, ale i ona nie wytrzymuje konfrontacji. Jej buildy na ubuncianych są dramatycznie niestabilne, moja kopia potrzebowała do wywałki jakieś półtorej minuty. A po drugie – zbliżony czas nauki daje znacznie większy efekt w przypadku oprogramowania dysponującego znacznie większą ilością funkcji. Cinelerra [abstrahując od jej możliwości edycji video, których z racji poprzedniego punktu nie udało mi się poznać] jest tylko edytorem video.

Nic, tylko siadać do nauki. Życzcie mi wytrwałości.

Takie tam.

Vienna is the epicenter of migrant crime in Austria. According to data compiled by the Austrian Interior Ministry, nearly one out of three asylum seekers in Vienna was accused of crimes in 2015. Of the nearly 21,000 officially approved asylum seekers in the capital, 6,503 were known to have committed crimes in 2015, a jump of nearly 50% over 2014. The data shows that 2,270 of the criminals were under the age of 20, a 72% jump over 2014. Seven were under age nine, while 31 were under age 13.

According to Vienna Police Chief Gerhard Pürstl, North African gangs fighting for control over drug trafficking were responsible for roughly half of the 15,828 violent crimes — rapes, robberies, stabbings and assaults — reported in the city during 2015.

Tu, o. A wybieraliśmy się w tym roku do Wiednia i Salzburga…