Sumowanie warunkowe w LibreOffice.

No prosz, myślałem, że nic mnie nie zaskoczy już w takim stopniu, aż tu nagle wtem.

Problem: w pierwszej kolumnie [np. A1:A100] mamy wartości, w drugiej [B1:B100] jakiekolwiek znaczniki [przyjmijmy znak „x”] określające, czy wartość po lewej stronie z kolumny A ma być sumowana. Komórka wynikowa ma zwracać sumę tych komórek z kolumny A, dla których odpowiadające im komórki w kolumnie B posiadają znacznik. SUMA.JEŻELI() w pierwszej chwili odmówiła współpracy, szukając rozwiązania znalazłem coś takiego:

=suma((A1:A100)*(B1:B100="x")). Dowcip polega na zatwierdzeniu całości nie Enterem, ale poprzez Ctrl-Shift-Enter, co powoduje włączenie formuł wektorowych. Prosto, łatwo, elegancko i inspirująco. Pomysł wzięty stąd.

Cesarzowi, co cesarskie – Xerox wyjaśniony.

Sprawa, o której mało parlamentarnie wypowiedziałem się byłem w poprzedniej notce, znalazła swój finał jeszcze na drugi dzień.

Urządzenie działa wreszcie, jak powinno. Człowiek z outsourcingu [eo.pl], w przeciwieństwie do poprzedniej iteracji [osoby podpisującej się jako kseroksowej per se] – wykazał się zainteresowaniem i dociekliwością, przesyłając kompleksowe rozwiązanie zarówno każdorazowego dopytywania się o prawa administratora, jak i problemów pomniejszych. Rozwiązanie szczerze mówiąc dziwne – zadziałał MS Application Compatibility Toolkit; sprawa o tyle dziwna, że samodzielne dodawanie w rejestrze RUNASINVOKER pomogło… ale tylko na koncie administratora [a litrówki we wpisie rejestru sprawdzałem kilkakrotnie]. Na pozostałych kontach nie przyniosło to efektu, a uruchomienie wspomnianej aplikacji – i owszem. No ale mniejsza z tym; ważne, że sprzęt finalnie działa, jak się od niego oczekuje.

Uczucia co do całości – mieszane. W końcu prawidłowa i szybka reakcja wspomnianego outsourcingu, no i najważniejsze – problem rozwiązany. Niesmak co do głuchych telefonów i internetowego lekceważenia klienta w mateczniku kseroksowym – pozostał. Ułożenie zdań we właściwy sposób [„prawidłowa reakcja (…) ale niesmak pozostał” vs. „niesmak pozostał, ale (…) reakcja prawidłowa”] pozostawiam ocenie zainteresowanych.

„Masz mało czasu trzeba dać świadectwo”.

No to daję. Jakkolwiek podpieranie się Klasykiem w giczych sprawach może lekko zniesmaczać, to po uwzględnieniu ilości czasu poświęconego na problem – niesmak zaczyna znikać.

Ale do meritum. Piszę te słowa na potwierdzenie, że udało mi się przelotnie zmusić do działania wifi na świeżo zupgradowanym do Feisty’ego domowym kompie. Ponieważ po resecie zaraz i tak sieć szlag trafi, dla siebie samego załączam luźne tropy tego, co robiłem: iwconfig essid ja_już_wiem_co, zabawy z modprobe i dużo randomicznego klikania w gnome-network-manager. Breezy przed disto-upgrade oczywiście działał bez zastrzeżeń. Ech.

Zgryz kalkulacyjny.

W fabryce i w domu używamy OOo. Ale – zaczyna mnie on drzaźnić. Zwłasza, jeśli chodzi o szybkość. A już zwłaszcza zwłaszcza od przedwczoraj, kiedy ściągnąłem i przyjrzałem się Gnumericowi. Dosłownie brak mi słów na określenie szybkości tego ostatniego. Tyle, że o ile korespondencję zewnętrzną można uprawiać już w zasadzie z wykorzystaniem ODSów, o tyle namawianie ludzi na korzystanie z Gnumerica zakrawa na ciężką paranoję. Przynajmniej póki co. A Gnumeric może i jakiś swój format natywny czyta dobrze, ale za to na najprostszym nawet ODScie z głupimi komentarzami do komórek wywraca się na plecy i porykuje radośnie. Na temat jego złożoności wypowiadał się nie będę, bo nie jestem kompetentny, ale od kiedy dałem sobie spokój z MS Ekscesem, zapomniałem już, jak szybko może działać arkusz. Niech to licho.

The day after.

Skaner skaziczny działa. Nie działał, ale trzeba było najpierw włączyć skaner, a dopiero potem komputer – i zadziałał, widocznie jestem mentalnie zbytnio w oparach technologii Plug’n’Pray. Kooka jest fenomenalna na pierwszy rzut oka, coraz bardziej przekonuję się [lepiej późno, niż wcale, jak powiedział stary Żyd, spóźniając się na pociąg] do idei przeróżnych galerii, projektów i takich tam – dotychczas byłem zwolennikiem podejścia opartego na bits and pieces, ale zaczyna mi wychodzić to już bokiem. Mr. G. jednak jeszcze się nie zdecydował na podmianę, więc napawam się tym skanerem, póki mogę.

* * *

Poranek z telewizją okazał się zajęciem ze wszech miar fascynującym i brzemiennym w doświadczenia i skutki. Dowiedziałem się, że Dolores nie powiedziała czegoś Pedrowi, poprzez zaniechanie straciłem swoją życiową szansę na wygranie 30 tysięcy kredytów, wysłuchałem wywiadu z biegłym, który wydał opinię zwalniającą z więzienia psychopatkę [która po wyjściu zamordowała dziewięcioletnią dziewczynkę] oraz poznałem tajniki produkcji ementalera.

Back on the street.

Ściągnąłem sobie z Packmana Eclipse i się delektuję, stwierdziwszy, że do tematu czas wrócić. Na moim 15″ elcedeku w javovskiej perspektywie okno edytora kodu ma domyślne rozmiary jakieś 4x8cm [w wariancie optymistycznym]. A poza tym wszyscy zdrowi, a babcia najmłodsza. Bo w kompetencje Y. wierzę i sugestie szanuję, czego dowody dawałem już wielokrotnie, ale – nomen omen – perspektywa uczenia się na stare lata Emacsa napawa mnie irracjonalną zadumą. Mimo faktu, że w stwierdzeniu, że doświadczony developer pomyka na Emacsie cztery razy szybciej, niż jakiś fan VS, jest pewnie sporo racji.

Ścinki.

O, jakże nienawidzę DHCP. Na teoretycznie ustawionej frybździe – oczywiście nie działa. Na drugim końcu miasta – routing do komputerów za maskaradą, z których ma być dostęp via RDP, jest robiony czym? No, czym? Musiałem skorzystać ze static DHCP. Czy tfurcy tego wynalazku znają pojęcie oksymoron? Pogański protokół, pogańskie narzędzia. Tak, wiem, że duże sieci, itepe. Ale nie mam pod opieką dużych sieci i mi to tito.

* * *

Po kilku dniach zastanawiania się wpadłem na to, iż winnym niedziałania mojej fabryczki do PDFów była źle ustawiona drukarka postscriptowa. Poprawiłem, działa i jestem dumny.

Wiosna radosna

Nadchodzi wiosna i wszystko – bądź prawie wszystko – zaczyna się samoistnie układać. Udało mi się zmusić do współpracy tiwikartę [a teraz mam problem inszy: jak we w miarę sensownej jakości zrzucić na nośnik Forkowe styczniowe występy, na video zarejestrowane], zadziałał mi [jak na razie bezproblemowo] Radek, a dodatkowo wpadłem na pomysł – już zrealizowany – przerzucenia uesbe z tylnego śledzia na przednią zaślepkę. Nie testowałem tego jeszcze co prawda, ale na pewno nic z połączeniami się nie stało, w końcu mamy wiosnę i wszystko mi wychodzi.

* * *

Za felietonem Hołdysa na Interii przeglądam sobie dokonania Antonio Pontarellego. Robi wrażenie. Duże. Trochę plastikowe, ale to plastik z gatunku tych wybuchowych.

* * *

„Domofon” troszkę na końcu rozczarował. Ale tylko troszkę. A wczoraj przydybałem Nocarza, książkę jakiejś pani, której nie miałem przyjemności jeszcze poznać. Niby brutalne sf w wydaniu kobiecym, co jak na razie wydaje mi się oksymoronem, ale z pochwałami Ziemiańskiego i Grzędowicza, czyli mojego aktualnego topowego topu w tej kategorii. Kupić, nie kupić?…

* * *

W domu wyganiam diabła Belzebubem, czyli wybijam Forkowi z głowy oglądanie lewackiego i ogólnie przebrzydłego Pocahontas koncertem Marka Knopflera. Na razie z górki. W końcu wiosna rozgościła się na dobre.

Chcica.

Co jakiś czas nachodzi mnie chłopska odmiana babskiej pretensji pt. Nie mam co na siebie włożyć!. W moim wydaniu objawia się to cykliczną żądzą zakupów komputerowych. Nie inaczej jest od kilku dni. Łażą za mną: stara nowa grafika [czyli znany z poprzednich wpisów Radek, chwilowo przebywający w serwisie], nagrywarka DVD, pendrive, nowa karta CF do cyfraka, czytnik do tychże kart i jakiś kabel do komórki. Coś trza będzie z tego wybrać, bo się popłaczę 😀