Genealogia dla szewca.

Jak wiadomo, szewc jest bohaterem kilku [ja znam dwa] przysłów i wyrażeń. Dzisiejsza notka genealogiczna NIE BĘDZIE nawiązywała do wyrażenia „kląć jak szewc”, choć tematy wbrew pozorom są bardzo nomen omen spokrewnione. Niezerowy podzbiór populacji od szewców się wywodzącej gotowy jest bowiem nader chętnie na widok samochodu zajeżdżającego mu drogę natychmiast podzielić się wynikiem swoich poszukiwań genealogicznych dotyczących interlokutora, ze szczególnym uwzględnieniem rodowodu jego matki, bogatego w ekscesy z pogranicza zoofilii. O czym więc będzie ta notka o szewcach genealogicznych?

Cóż, o tym drugim powiedzeniu – że szewc bez butów chodzi. Niby epizody programistyczne w CV są, ale kiedy przychodzi do genealogii właśnie, to przez paręnaście lat nie umiałem zdobyć się na centralne zarządzanie danymi, o czym pisałem niedawno – laptop w archiwum vs. komp w domu i synchronizacja pomiędzy obiema instancjami GRAMPSa okazały się kwestią nie do przejścia, owocującą w wielu miejscach rozjazdem danych. No i zainstalowałem sobie do testów TNG. I w dającej się przewidzieć przyszłości mam nadzieję, że tak zostanie.

Import udał się, ale bez zdjęć – co nie jest jednak jakimś relatywnie wielkim problemem [choć niewykluczone, że istnieje i taka możliwość – prawdę mówiąc nie zastanawiałem się nad nią]. Po pierwsze, przy kolejnych migracjach GRAMPSów to właśnie zdjęcia i ich powiązania z bazą cierpiały najbardziej, skutkiem czego o ile drzewo przetrwało w z grubsza nienaruszonym stanie, o tyle foty trzeba było i tak połączyć od nowa. Po drugie, TNG w odróżnieniu od GRAMPS radzi sobie ze zdjęciami całkiem fajnie, również w kwestii prezentacji i rzeczy tak prozaicznej, jak możliwość tworzenia map obrazu. Po trzecie wspomniane mapy obrazu w połączeniu z bardziej intuicyjnym formatowaniem opisu pozwalają mi skończyć z niezbyt fortunną praktyką kadrowania zdjęć zbiorczych na poszczególne osoby, owocującą w GRAMPSie jednym zdjęciem grupowym oraz kadrami z niego jako „profilówkami” poszczególnych osób. Po czwarte TNG oferuje dużo łatwiejszy w stosunku do GRAMPSa system zarządzania nazwami zdjęć. Po piąte, kategoryzacja zdjęć i np. ograniczenie głównej galerii tylko do zdjęć per se [z wydzieleniem np. nagrobków czy dokumentów] uwalnia od dylematów typu „co zrobić, żeby akt urodzenia nie pokazywał się na wygenerowanej stronie”. Po szóste wreszcie, scentralizowanie bazy przypomniało mi o istnieniu sporej ilości fajnych zdjęć, nie wprowadzonych jeszcze do systemu – związanego z tym uczucia miodności w takim stężeniu nie zaznałem do wczorajszego wieczora od naprawdę całkiem dawna.

Program nie jest bez wad, większych i mniejszych – o ile dramatyczne tłumaczenie na polski koryguję na bieżąco, o tyle w kwestii bezpieczeństwa fachowiec mieć pewnie będzie spore zastrzeżenia – pomimo systemu logowania trafia się np. „bezpieczeństwo przez obskurność”, radzące zmieniać nazwy folderów na niestandardowe, czy moje ulubione „nie udało się zapisać zdjęcia do folderu, spróbuj chmod 777” [przy istniejącym 755]. Pokusa zainstalowania gotowej wersji z dala od uczęszczanych szlaków handlowych, z perspektywą włączenia się w pracę bliższej i dalszej rodziny [nawet jeśli praca ta ograniczyłaby się do kilku wrzutek] pozostanie chyba jednak nieodparta. Tym bardziej, że za jednym zamachem załatwiłbym dwie i pół rzeczy, dla sensowności tego zajęcia fundamentalnych – udostępniłbym prace zainteresowanym oraz scentralizowałbym bazę. Pewne obawy rodzić może tylko potencjalny brak internetów w niektórych archiwach, ale w kontekście całości problem ten wydaje się być raczej mikry. Dodatkową połową korzyści wydaje się być wynikająca z centralizacji pracy centralizacja backupu, choć tutaj muszę jeszcze przyjrzeć się dokładniej możliwości dołączenia doń zdjęć.

Wygląda więc na to, że wracam do starych zainteresowań, choć samych prac nad bazą dla doprowadzenia jej do pokazywalności – nie mówiąc o technicznej stronie udostępnienia, jak wybór hostingu choćby – jest jeszcze multum. Tym razem jednak, poza pobudkami standardowymi, napędza mnie świadomość, że końcowy efekt może być dużo spektakularniejszy, niż poprzednio – a nikt, kto nie pracował przez własne niedbalstwo na ochnastu kopiach danych nie ma pojęcia, jak bardzo takie rozproszenie może odebrać chęć do czegokolwiek. W archiwach mailowych znalazłem starożytny apel o pomoc przy pracach, odzew był zerowy; tym razem udostępnienie bazy do bezpośredniej edycji może przynieść efekty dużo większe.

W odwodzie, gdybym naprawdę chwilowo doszedł do ściany, pozostaje AncestryDNA, materiału do badań pewnie więc szybko nie zabraknie. Ciekawe tylko, jak wytrzyma to mój terminarzyk.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s