Zapomniany polski matematyk.

Jadąc dzisiaj ulicą św. Idziego, przypomniałem sobie rzuconą jakiś czas temu uwagę do Forka, że ciekawie w towarzystwie prezentowałby się Idzi Niewracaj. A potem natknąłem się na Wikipedii na ciekawą wzmiankę o pewnym polskim matematyku, pozostało tylko znaleźć biogram…

* * *

Minęła niedawno okrągła, siedemdziesiąta czwarta rocznica urodzin zapomnianego dziś polskiego matematyka, Idziego Tyzroba. Urodził się 1 IV 1913 roku we wsi Tyzroby nad Przemszą, w domu stojącym na słynnym „wzgórku trzech cesarzy”, tj. w miejscu, gdzie zbiegały się granice byłych trzech zaborów. Ojciec Idziego był ziemianinem, matka – ziemianką pochodzącą z zasiedziałej, patriotycznej rodziny Rubcusiów i nosiła starosłowiańskie imię Gościzjada.

Dzieciństwo Idziego było ciężkie. Wskutek kaprysu zaborców granice rozdzieliły i rodzinny dom Tyzrobów. Salon, jadalnia i ojciec znaleźli się w zaborze rosyjskim, kuchnia ze spiżarnią, matką-ziemianką i płodami rolnymi – w austriackim, a pokój dziecinny – w pruskim. Nierzadko młody Idzi przemykał się głodny nocą przez kordon graniczny z sypialni do kuchni, a do rzadkości należało w domu Tyzrobów zjedzenie ciepłej zupy: strażnicy graniczni godzinami skrupulatnie kontrolowali wozy, uszczuplając ich zawartość. Wskutek tej uciążliwej sytuacji, profesor Tyzrób w dojrzałym wieku wypowiadał się z równą swobodą po rosyjsku, niemiecku i austriacku.

W dialekcie śląskim „tyzrobem” nazywamy zdobienie powały belką biegnącą przez sufit. Mały Idzi w kolebce przypatrywał się często tej belce, srebrzącej się purpurowo-zielonym brązem na tle złocistorudej bieli sufitu. Jak opowiadał w późniejszym wieku, właśnie to zamiłowanie do bezmyślnego wpatrywania się godzinami w jeden obiekt sprawiło, że został matematykiem.

Młody Idzi szybko przeskakiwał szczeble szkolnej i uniwersyteckiej kariery. Mając 13 lat skończył słynne LX liceum w rodzinnych Tyzrobach i przeniósł się na studia do Milanówka, a po ich skończeniu został mianowany docentem w istniejącym wówczas Państwowym Instytucie Całkowania na Warszawskim Oddziale Doskonalenia Encyklopedycznego. Tam dokonał swych największych odkryć.

Osiągnięć profesora Tyzroba w samej tylko matematyce właściwie nie sposób omówić. To on pierwszy zreformował skracanie ułamków: chcąc dawniej skrócić ułamek, mozolnie dzielono licznik i mianownik przez tę samą liczbę. Dziś, dzięki serii prac profesora Tyzroba, wystarczy jedno proste skreślenie: z 16/64 skreślamy z licznika i mianownika 6 i wynik gotowy. Profesorowi Tyzrobowi zawdzięczamy odkrycie, że trzynastego wypada w piątek częściej niż w jakikolwiek inny dzień tygodnia. Pod redakcją profesora Tyzroba ukazały się w 1923 roku pierwsze w świecie szesnastotomowe tablice zawierające całki różniczek funkcji nieelementarnych, a zaledwie w rok później – tablice stałych całkowania z dokładnością do piątej cyfry po przecinku.

Profesor Idzi Tyzrób wprowadził do analizy funkcjonalnej tak zwane operatory leniwe, występujące dziś także pod nazwą operatorów Tyzroba. Mówimy, że A jest operatorem leniwym, gdy A(x) mogłoby się równać y, gdyby mu się tylko chciało. Wprowadzenie operatorów leniwych zrewolucjonizowało całą matematykę. Gdy bowiem dowodzimy dowolne twierdzenie T, wystarczy znaleźć operator leniwy, Leń(T), odpowiadający T. Następnie bowiem jasno widzimy, że nie ma żadnej konieczności, aby T miało być dowiedzione jeszcze dzisiaj, w związku z czym spokojnie odkładamy pracę do następnego dnia. Zachodzi przy tym następujące Twierdzenie Tyzroba (Satz von Tyzrob): Dla każdego zagadnienia matematycznego istnieje przyporządkowany mu operator leniwy.

Jak trudna jest teoria operatorów leniwych świadczy następujący przykład. Gdy mamy np. obliczyć odwrotności pięciu operatorów leniwych, trzeba niekiedy czekać całymi tygodniami na koniunkcję warunków, przy których im wszystkim chciałoby się odwrócić, a bywa i tak, że w ostatniej chwili któryś z operatorów odburknie: Odczep się pan, panie matematyk, nie będę się odwracał na pana widzimisię!

W późniejszych latach życia, Profesor zajął się teorią fartuszków. Nie wchodząc w szczegóły powiemy tylko, że scałkowanie falbanek, tak zwanych fartuszków przeliczalnie tyzrobowskich jest dotychczas nie rozwiązanym zagadnieniem matematycznym. Za rozstrzygnięcie tego problemu prof. hab. Lew Lemur z Uniwersytetu Lecour wyznaczył nagrodę 200 tysięcy leburów (1 lebur = 3,14 belgów francuskich). Teoria funkcji przebiegłych, rozstrzygnięcie starego jak świat zadania o basenach i metoda przybliżonego dzielenia przez zero (dokładnie – jak wiadomo – nie da się) – to tylko niektóre z matematycznych osiągnięć Profesora.

Myliłby się ten, kto sądziłby, że o profesorze Tyzrobie mówi się tylko w kontekście Jego odkryć matematycznych. Przeciwnie, Profesor nie gardzi żadną dyscypliną. Publikuje dużo i chętnie. Mimo braku wykształcenia humanistycznego, erudycji i uzdolnień – pisuje książki, artykuły oraz eseje historyczne, filozoficzne i socjologiczne. Brak polotu, sumienności, a nierzadko i własnego zdania kompensuje niewiarygodną wprost pracowitością. Pracuje On 24 godziny na dobę, a niekiedy wstaje jeszcze wcześniej, aby dopracować jakiś mało znaczący szczegół, na przykład, czy postawić przecinek przed „że” w artykule o rzemiośle uczonego.

W latach pięćdziesiątych profesorowi Tyzrobowi zaproponowano objęcie katedry elektroniki Uniwersytetu Dakota w Półnonej Paulinie. Przyjął On propozycję i po krótkim przygotowaniu oraz uzyskaniu niezbędnych zezwoleń Ministerstwa Rozwoju – wykonał zlecenie. W tym czasie skonkretyzowały się dawne pomysły Profesora. Przez skrzyżowanie tranzystora z (nie znanym jeszcze wtedy) tyrystorem powstał tornister, bez którego dziś żadna matka nie pośle swojego dziecka do szkoły. Udane zaś pyrystory (tzw. chipsy, elektroniczne kartofle) i kurystory (podroby na tyrystorach) wzbogacają nasze stoły, a słynne lovestory wyciskają łzy z oczu naszych milusińskich.

Nikt bardziej nie przyczynił się do rozwiania szkodliwego mitu o nieproduktywnej inteligencji, jak właśnie Profesor Tyzrób. W dniu jego urodzin życzymy Profesorowi dalszych osiągnięć na polu, jakie sobie sam znajdzie, a poniżej publikujemy listę Jego najważniejszych prac matematycznych (wszystkie opublikowane w Bull. Acad. Fict. Sci., 1913-1987)

Popraw swą formę kwadratową.
1001 ulubionych całek potrójnych.
Na przełaj przez torus.
Tablice parzystych liczb pierwszych.
Tablice całek różniczek funkcji nieelementarnych.
Stałe całkowania (tablice pięciocyfrowe).
Co robić w przestrzeni Hilberta?
100 smacznych uzupełnień przestrzeni niezupełnych beta-funkcji.
Smutek zbioru pustego.
Odwracanie macierzy (poradnik dla nastolatków).
Poprawić warunki brzegowe!
Wzrost i spadek e-x2/2.
Antykorozyjne powłoki powierzchni Riemanna.
Postulaty Peano na skrzypce i wiolonczelę.
Pierwsza pomoc przy płaskich cięciach.
Analiza niekonsekwentna.
Charakterystyka charakterystycznych charakterystyk chaotycznej chiromancji.
10 000 000 liczb przypadkowych we wzrastającym porządku.
Wszystkie krzywe zamknięte.
Obliczenie 22/7 z dokładnością do miliona cyfr po przecinku.
Ja też!
Sekstylion nowych konfiguracji w ograniczonej przestrzeni (tylko dla dorosłych).
Dlaczego znów ja?
Lemniskata Bernoulliego w praktyce piekarskiej.
Pomiary kątów w trójkątach równobocznych.
Czy linia prosta jest rzeczywiście nieskończona? (Rozdział I – Wstęp, Rozdział II – XXXIII – rysunki, Rozdział XXXIV – komunikat lekarski).

Michał Szurek
„Młody Technik” nr 4/1987

Dorosły Poważny Człowiek.

Dorosły Poważny Człowiek – zwany dalej DPC – jest, jak sama nazwa wskazuje, Dorosły i Poważny. Jest bez wątpienia świetnym fachowcem w swojej dziedzinie i wręcz obraża go wspominanie półgębkiem o reorganizacji podejścia do zarządzania strumieniem zadań, która to reorganizacja wydaje mu się czymś niegodnym profesjonalisty [nie mówiąc o tym, że sama nazwa „Reorganizacji Strumienia Zadań” brzmi jak kabaret jakiś]. O tym, że jest to rys charakteru, a nie metryki, świadczy fakt, że DPCowość dotyka osób nawet świeżo po studiach.

DPCem jest P. Zamówień ma na parę tygodni w przód [albo i więcej], ale widać biznes nie śmiga aż tak bardzo, skoro nikogo nie utrzyma przy sobie proponowaną pensją dłużej, niż krótko. Bo chce, naprawdę chce, ale odchodzą. Jednocześnie jest tak zajęty, że nowe zlecenia chętnie by przyjmował, ale nie ma kiedy rozmawiać przez telefon, nie odpisuje na smsy, nie odbiera połączeń. Bo zajęty i jak będzie cały czas gadał, to nie będzie robił. Dysonans pomiędzy protokapitalistyczną chęcią zarobku a wąskimi gardłami w postaci zlekceważonej potencjalnej roboty chociażby najwyraźniej nie mąci mu snu. Bo nie mąci i już. Ale wspomnieć o prostej procedurze – zatrudnij sekretarkę zamiast machera, a w ostateczności nagrywaj prośby o kontakt i oddzwaniaj na drugi dzień, komasując wszystko do pół godziny, przez co ani nie stracisz klienta, ani za wiele czasu – zwyczajnie się nie godzi. DPC.

DPCem jest szturmująca moje życie w zeszłym tygodniu E. Nie ma żadnych pełnomocnictw do odbioru dokumentów, więc zamiast zorganizować i pchnąć umyślnego, woli po linii najmniejszego oporu ściągnąć do nas po te dokumenty – bez jakiegokolwiek powiadomienia nas, bo i po co? – klienta z drugiego końca Europy, a uświadomiona o badziewności swojego postępowania – drzeć paszczę na nas. Po fakcie narzekać nie mogę, bo w zasadzie było śmiesznie, a z tłumaczącą niezobowiązująco obcojęzyczne klienckie dytyramby A. wylądowałem dziękczynnie na przekapitalnej herbacie, ale siakoś mam wrażenie, że tego wszystkiego zwyczajnie mogłoby nie być, gdyby pierwsza zwyczajnie przyłożyła się do prostej rozmowy telefonicznej. Ale dla znakomicie bez wątpienia opłacanego DPCa to przecież poniżej godności. I jeszcze paszczę wydrze, bo kto widział DPCa płci żeńskiej zwłaszcza, przyznającego się do własnych błędów?

DPCami jest również bez wątpienia cała masa womitujących nadmiarem szmalu profesjonalistów, którzy w swoich napiętych grafikach nie mają czasu na oddzwonienie. Z., demonstrująca dawno temu niemalże fizyczne obrzydzenie na myśl, że będzie musiała oddzwonić do potrzebującego wizytówek czy firmówek, a ona wszak stworzona jest do Rzeczy Wielkich [dziwnym trafem wizytówek również, ale obrzydzenie nie pozwoliło jej oddzwonić, co nie przeszkodziło mi finalnie o tyle, że załatwiłem tę sprawę wreszcie raz, a dobrze]. P., który jeszcze dawniej temu podobne zlecenia realizował pół roku – o ile się pospieszył. Cała masa ludzi, nie zawracających sobie głowy powtórnym telefonem – co jest zjawiskiem nagminnym do tego stopnia, że owe powtórne telefony stosując, już dwa razy tylko od początku lutego zostałem zwyzywany od starannych i profesjonalistów. Jak widać, nie trzeba wiele – albo raczej: trzeba coraz mniej.

S. i cała reszta, dla których terminy i nieodebrane telefony to jedynie luźne propozycje dalszych akcji, warte rozważenia. O ile będą mieć czas, bo wiesz, jak to kuźwa z tym teraz jest.

Ale powiedz im wszystkim, że GTD, że czysta głowa, że proste tricki… Że starczy wsłuchać się i schylić, żeby mieć – a im się nie chce.

Zwyzywają Cię od prostaków i obśmieją za plecami na dokładkę, bo grono zyskuje koloryt, kiedy trafi się oszołom.

Z czym by tu jeszcze powalczyć, lewaki?

Bo walka z opresywnym patriarchatem to już chochoł, a ci ciągle swoje. Jeśli do tego nie dają na to już żadnych dotacji, to nic z tego nie rozumiem.

Jako jedna z nielicznych restauracji postanowiliśmy w dniu 26 grudnia 2016 realizować dostawy na obszarze Krakowa. Niestety bardzo duża ilość zamówień, które spłynęły tego dnia, przerosła nasze oczekiwania. Wszelkie opóźnienia w dostawach oraz problemy z komunikacją nie były jednak wynikiem naszej opieszałości, a nasi pracownicy robili wszystko, co było w ich mocy, aby zamówienia były realizowane z należytą starannością. Niemniej jednak tak ogromny ruch był dla nas zaskoczeniem pomimo 22-letniego doświadczenia w branży. [oświadczenie krakowskiej pizzerii Banolli, link]

Zapomniany cytat na koniec roku.

Wrogowie zawsze mają łupież. A także mętne, bezczelne oczy, krótkie nogi, tępe gęby, usta jaskiniowców. W młodości ukradli futro. Ślinią się i żrą pestki. Są parszywi, obłąkani i bydlęcy. Ich przywódcy wyszli żywcem z podręcznika medycyny sądowej. Szczytem podłości jest to, że chcieliby zabić nas. Szczytem moralności ? że my chcielibyśmy zabić ich.

Anna Bojarska, „Kronika przegranej sprawy” o „Przeklętych dniach” Iwana Bunina OIDP, GW 7, 16/05/1989; przeklejam, żeby więcej nie uciekł. Nie tylko urzeka pięknem retorerorycznym, ale – poza wrogami oczywistymi – może odnosić się również do rzeczy tak przyziemnych, jak postrzeganie rzeczy poza własnym bąbelkiem informacyjnym. Na Nowy Rok zrozumienia głębi życzę.

Jak nie rozpętałem trzeciej wojny światowej.

Email od klienta. Nie dla moich oczu raczej, przypadkiem dostałem. Po francusku, że… no właśnie, co? Żeby koledzy przełożyli mu mój email z angielskiego na francuski. Że jakieś societe polonaise elle NOUS apoartient

No kurna. Szybki research po znajomych, bo komórkowy translator google przełożył z grubsza, że społeczeństwo polskie należy do Amerykanów. Albo coś w ten deseń. Jedna półkula analizuje książkę adresową w poszukiwaniu filologa francuskiego, druga układa kulturalną ripostę, w której z dziwnym uporem pojawiają się białe niedźwiedzie, cała kupa białych niedźwiedzi, i znana wszystkim z dokonań TPB formułka grzecznościowa please go sodomize yourself with the retractable baton. Płynie korweta Gawron, nieistniejące jeszcze instalacje Redzikowa obracają się o 180 stopni, a ja liżę rany po proformie, której teraz już kurna na pewno nie zapłacą; szkoda, naprawdę fajny deal się szykował…

Odzywa się M., do której francuszczyzny zaufanie raczej mam. Nie rozumie mojego zbulwersowania – i po prawdzie maila też nie za bardzo – bo nigdzie nie ma wzmianki o Amerykanach; całe zdanie wydaje się jej być wydarte z kontekstu. WTF, ja się pytam się.

Powrót do google translate. NOUS tłumaczy się na polski jako „Stany Zjednoczone”, na rosyjski jako США, na hiszpański jako EE.UU [dyfuzja tłumaczenia? No mam nadzieję…], ale na angielski i niemiecki – już normalnie, co po dwóch niegdysiejszych lekcjach wiem nawet ja [„my”]. M. twierdzi, że NOUS znaczy tylko i wyłącznie „my”. Demokratycznie uznaję, że nic nie było, gramy dalej [GT umożliwia wszak dodawanie własnych tłumaczeń]. Może jednak zapłacą mi tę proformę…

A może to przeszło na zasadzie: NOUS -> us [en.] -> USA?

Wszyscy kłamią, jest to jednak całkowicie bez znaczenia, ponieważ i tak nikt nikomu nie wierzy. Biorąc pod uwagę bliskość rabanu do wyrządzenia, abonament robienia [chyba] niezasłużonych afer wyrobiłem na najmniej kwartał. Błagam, nie mówcie mi, że jednak mam powody do robienia dymu, bo ja mam do wykarmienia rodzinę…

Wszędzie ci populiści.

Wygląda na to, że co najmniej poniedziałek w tym tygodniu będzie dniem włoskim w mediach [ściąga]aż dziw bierze, że mainstream w kraju tak nieogarnialnym* nie wpadł na pomysł delikatnego rozmasowania wyników głosowania.

Odnoszę subiektywne wrażenie, że po nieudanych testach faszyzmu i ksenofobii jako obelg dla głosujących nie tak, jak należy, aktualnie testowany jest populizm [boć przecie i Austria wczoraj się wypowiedziała…] Przydałby się tylko jakiś przymiotnik. Bo szczucie jednych na drugich i obiecywanie rozkoszy za cudze pieniądze istotą starego dobrego populizmu najwyraźniej już nie jest – jest nią po prostu upomnienie się o swoje. Człowiek się gubi, traci kompas polityczny i znowu trzeba kupować Szechtera, żeby się w tym wszystkim orientować.

* Co do nieogarnialności – wyobrażacie sobie połowę sklepów z pamiątkami na Floriańskiej w Krakowie [na Długim Targu, na warszawskiej Starówce – niepotrzebne skreślić], zamkniętych na głucho w sierpniu „z powodu wyjazdu na urlop”? Też sobie nie wyobrażałem. A potem pojechałem w sierpniu zobaczyć Florencję, Wenecję i parę ichniejszych miast.

Z drugiej strony cesarzowi, co cesarskie – paręnaście lat temu robiłem wdrożenie w pewnej polskiej firmie prowadzonej przez Włocha i widziałem, że po nieodebraniu telefonu do biura po drugim dzwonku szef otwierał tam siódmy krąg piekła. Ale za to dziś nawet jeśli nie rozdają kart, to co najmniej biegają po talie do kiosku.

Zbezczelnik, rehabilitacja.

Żeby nie było, że wzmiankowanego kochamy tylko za jego zboczone limeryki, których – nie oszukujmy się, dorośli jesteśmy – jest tam większość. Kochamy go również za takie perełki, jak poniższa, sprzedchwilowa [choć rym wróbel – rubel sugeruje, że zabór rosyjski zahaczał również o Częstochowę; i – nie, nie ułożyłbym lepszego]:

Chagall

Ja do ciebie mam interes taki, Chaskiel.
My rozmówmy się przez chwilę jak sąsiedzi.
Chodzi o to, że niedługo mamy Paschę,
a ja nawet nie mam za co kupić śledzi.

Twój najstarszy dzisiaj miał w zeszycie kleksy
i na przerwie przemalował je na wróbla.
Ja rysunku dam za darmo osiem lekcji,
a ty śledzi mi odłożysz za pół rubla.

Jego może oczekiwać świat kariery!
On mnie kiedyś namalował ładny szlaczek.
Ty mnie śledzi podarujesz funty cztery,
a ja jemu osiem lekcji, nie inaczej.

A na koniec jeszcze radę doskonałą
dam bezpłatnie, bo mnie w sumie ganz egal.
Niech on zmieni to nazwisko, bo Szagałow
się nie sprzeda nigdy tak, jak Marc Chagall.

Piękna bajka z morałem.

Na Spider’s Web Kralka pastwi się nad michnikowym biadoleniem o odcięciu GW od cyca po „dobrej zmianie”, które to odcięcie od cyca [czyt. rezygnacja z prenumeraty i ogłoszeń państwowych] świadczy wg Szechtera o chęci „zniszczenia ich” [co jest zresztą całkiem prawdopodobne]. Że gazeta powinna być jak bank i przynosić po prostu zyski, a nie liczyć na państwowy support w imię arbitralnie pojmowanej misji – bo niby dlaczego państwo ma nie wspierać Michnika, a np. „W sieci” czy GaPol-a?

Cieszy mnie ten gwałtowny wzrost świadomości libertariańskiej u lewactwa różowego [o Michniku piszę, nie o Kralce], od kiedy frukta państwowe stały się dlań nie aż tak znów oczywiste. To nagłe zatroskanie o finansowanie i bezzasadność 500+. To nagłe zainteresowanie systemem podatkowym. Ta troska o budżet państwa. Ten niepokój o finanse organizacji pozarządowych. Serce roście patrząc na te czasy. Ale ja nie o tym.

Wspomnianego Kralki nie ma w zasadzie po co dalej czytać, powyższe wyczerpuje w zasadzie treść – chyba, że chcecie zafundować sobie szczery i serdeczny śmiech nad kłopotami wroga, co jest oczywiście uczuciem achrześcijańskim, ale za to ze wszech miar pozytywnym i zrozumiałym. Ale obiecałem morał.

* * *

Od paru dobrych lat zaglądamy ludziom do kieszeni. I całym doświadczeniem zaglądacza oświadczam, że ekonomii nie da się zgwałcić długookresowo – stare zasady bilansowania się i zyskowności pozostają, choćby wykształciuch Schultz przyszedł do Was osobiście i dotację nie wiedzieć jaką wpłacił.

Jeśli myślisz o budowaniu biznesu, a nie tylko robieniu pieniędzy [a i to wątpliwym] – unikaj dotacji, darowizn, wsparcia, unikaj każdego cyca. I rób swoje. Będziesz biedniejszy – ale przeżyjesz.

Przypadek #1: brali, jak leciało. Te wszystkie programy pomocowe, aż furczało. Byli tak tym zaabsorbowani, że brakowało im czasu na normalne prowadzenie firmy. Cyc się skończył, jak prenumerata Michnikowi, oni też się skończyli. Z humorystycznymi epizodami w tzw. międzyczasach, kiedy brakło im koncepcji, gdzie w środku roku nieoczekiwanie wyparowało z bilansu parę milionów. To było parę lat temu; nie jestem pewien, czy ogarnęli do tej pory. Ogień nagłego i niespodziewanego bankructwa przetestował oczywiście ich wzajemną lojalność i twardość charakterów, ale nie jestem do końca przekonany, czy mieli to w biznes planie.

Przypadek #2: w zasadzie podobny. Startup na startupie startupem pogania, a u podstawy tego wszystkiego monstrualna ekspozycja na wziątki. Byli tak tym zaabsorbowani, że zwyczajnie brakło im czasu na robienie czegokolwiek innego, z nadzorem nad najbardziej podstawową bieżącą robotą włącznie. Kończą – prawdopodobnie, bo teoretycznie nie jest to jeszcze przesądzone – z milionowymi długami, falami kontroli przed sobą i prawdopodobnie bez wyjścia poza tym oczywistym.

I tak w zasadzie kończy się każdy znany mi przypadek, choć nie wykluczam istnienia jakichś magicznych anomalii. A parę już widziałem i wciąż widzę, bo co i rusz ktoś podbiera mi klientów za jedną trzecią mojej ceny. Mam to gdzieś. Bo cyca nie wolno wliczać do zwykłego cash flow. A te wszystkie magistry, startupowce i ogólnie dorośli ludzie, wyśmiewające się z czytelników Kiyosakiego, o tym nie wiedzą albo nie chcą pamiętać.

Klasyczna ekonomia oddaje może pole w krótkim okresie, ale w perspektywie dłuższej, niż paromiesięczna wciąż ma się świetnie. A Ty, jeśli chcesz budować biznes, unikaj cyca jak ognia. Za parę świecidełek oddasz duszę, stracisz czas i energię – a kiedy cyc się skończy, Twoi wrogowie wysikają się na Twój grób.

Maksimum lokalne.

Za mną spowiedź, za mną zakończona zdumiewającym i niespodziewanym obrotem sprawy rozmowa z klientem, który w zasadzie przyszedł tylko po podpisanie wypowiedzenia umowy, a wyszedł z nową, za mną paru zdobytych dzisiaj w zasadzie Deus ex machina nowych klientów. Przede mną ledwo napoczęty szósty sezon GoT, przede mną świeżutko zainstalowana najnowsza Cywilizacja, przede mną pasta rybna, przede mną pół flaszki チョーヤ na wyłączność i perspektywa wybyczenia się jutro do całkowitego oporu bez konieczności wstawania gdziekolwiek. Chwilo trwaj, jesteś taka piękna…