Naturalny kontekst lewackiego hipstera.

hate_cards_810_500_55_s_c1Zły jestem na siebie od dłuższego czasu. Niby wiem, że byt określa świadomość, a jednak przechodząc obok jednej z tych lewackich jadłodajni [wicie – rozumicie, Massolit, Krowarzywa, tego typu] nie mogę się powstrzymać i zachodzę. Bo jedzenie pyszne – przynajmniej u moich bohaterów, choć będzie bez szczegółów.

Optycznie mi nie przeszkadza ten ich na jedno kopyto wystrój wczesnobolszewicki. Gdzie bym nie wszedł, wszędzie białe ściany jak w psychiatryku i bare metal [choć ostatnio pojawił się sporadyczny element full color – afisz z manifą], biorę więc, co trzeba i szybko wychodzę. A raczej: będę tak wychodził. Bo do bodajże przedwczoraj zostawiałem tam napiwki.

Kuźwa, ja rozumiem, że taki enturaż przyciąga specyficznego pracownika i że wannabe-koder albo inny biochemik pracować tam nie pójdzie, bo i po co? Zdaję sobie sprawę, że w takich knajpach zbiegają się żyły wodne, przyciągające zapewne studentów politologii, socjologii, bibliotekoznawstwa i gender studies. I być może tamtejsi pracownicy zaczynają zdawać sobie sprawę, że obsługa ekspresu za pieniądze to najlepsze, co może ich w życiu spotkać. Ale takiego schematyzmu i ponuractwa nie spotkałem jeszcze nigdzie – a uwierzcie, byłem kiedyś w Tesco, a po paru wódkach zdarza mi się dyskutować niekiedy nawet o polityce.

Jedno w drugie rurki, kolczyki, tatuaże, bryle w monstrualnych oprawkach i wzrost siedzącego psa, choć fryzjer koniecznie najmniej za pół średniej krajowej. I ten wzrok. Zero uśmiechu, zero życia, zniknęła nawet chęć naprawy świata. „Do widzenia” człowiek usłyszy jeszcze w odpowiedzi w połowie przypadków, ale na uśmiech czy ponapiwkowe „Dziękuję” nie ma absolutnie co liczyć.

Nie żebym był demonem seksu, ale tak, próbowałem uśmiechać się do obsługi. Razy paręnaście, przechodzących w parędziesiąt. Krew w piach. Z napiwkami to samo. W pewnym momencie przestałem wrzucać moniaki gwoli wsparcia sierot, a zacząłem gwoli eksperymentu naukowego – podziękują chociaż raz? Takiego wała. To może jedno z drugim chociaż się uśmiechnie? Ibidem. Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale inaczej nie chciałoby mi się pisać już piątego akapitu.

Lewicowość teoretyzująca w zasadzie jest nieszkodliwa. Żyjesz sobie ze swoimi poglądami, w skrytości ducha nadzieję mając, że któregoś dnia ktoś przyniesie Ci na tacy głowę proboszcza albo że w szaleństwie rewolucyjnym uda Ci się, excusez le mot, zamoczyć z jakąś zagraniczną pomocą domową – ale generalnie żyć się da. Tutaj mamy lewicowość praktyczną i To Jest Kuźwa Przerażające. Ci ludzie nie umieją odebrać nawet tak elementarnej lekcji życia, jaką jest zwykła życzliwość. Albo są już tak przerażająco urobieni, że może nawet umieją, ale „nie godzi” im się uśmiechać do drugiego człowieka, bo – cholera wie – kojarzy im się to ze służalczością? Pojęcia nie mam. Ciemny tłum kłębi się i wyciąga ręce, wciąż nie starcza i ciągle chce więcej, jak w „Jeszcze będzie przepięknie”.

A właśnie… naprawdę dopiero teraz przypomniałem sobie, gdzie widziałem podobne twarze. A raczej – kiedy.

Ostatnio – dwadzieścia parę lat temu.

A może to jednak faktycznie kwestia koloru ścian?

 

Vault 7.

According to a Wikileaks press release, the 8,761 newly published files came from the CIA’s Center for Cyber Intelligence (CCI) in Langley, Virginia. The release says that the UMBRAGE group, a subdivision of the center’s Remote Development Branch (RDB), has been collecting and maintaining a substantial library of attack techniques ‘stolen’ from malware produced in other states, including the Russian Federation.” As Wikileaks notes, the UMBRAGE group and its related projects allow the CIA to misdirect the attribution of cyber attacks by “leaving behind the ‘fingerprints’ of the very groups that the attack techniques were stolen from.”

Tu, o.

Wady Sony a6500, o których powinniście wiedzieć, a o których nikt Wam nie powie, bo i po co. Caveat emptor.

  1. Brak wifi w standardzie 5GHz. Najwyraźniej to wciąż żaden standard.
  2. Ekran odchyla się tylko w górę i w dół, a i to bez przekonania. O odchylaniu na boki pora zapomnieć.
  3. … takoż o odwróceniu ekranu „odsie”* „plecami” w sytuacji kadrowania wizjerem. Producent na szczęście to przewidział i w sofcie zamieścił nawet specjalną opcję konfiguracyjną pt. „Touch Pad area set.”, opisaną jako [cyt.] „Sets the area to be used for touch pad operations when shooting with the viewfinder. You can prevent unintentional operations caused by your nose [podkreślenie moje – t.], etc. touching the monitor.” Serio! UX level master. A skoro już o dokumentacji…
  4. … instrukcja w PDFie jest tylko po angielsku, natomiast po polsku [i prawdopodobnie w innych językach] – tylko w formie gustownego HTMLa. W sumie ma to sens, bo po co komu PDF?
  5. A dla tfurcuf PDFa stworzenie spisu treści to zbędny dodatek, dostępny zapewne za dodatkową opłatą jedynie w wyższych modelach. W sumie ma to sens, bo po co komu klikalny spis treści w dokumentacji liczącej ponad 400 stron? Twórcy spędzają zapewne moc czasu na forach, hejtując LibreOffice, w którym PDFa robi się jednym kliknięciem.
  6. PlayMemories Mobile [stowarzyszona aplikacja mobilna] odmawia współpracy w sytuacji odmowy dostępu do kontaktów. W sumie ma to sens, bo po co męczyć się z obsługą wyjątków, skoro wystarczy jeden IF? KISS my ass.

Zostańcie z nami, wracamy po przerwie na meliskę. To pisałem ja, Jarząbek, ledwo po jakichś trzech – czterech weekendowych godzinach korzystania z tego wynalazku. Aparat – teraz już na poważnie – zdaje się porażać poziomem, ale niepokojąco często jest to dla mnie poziom prezesa światowej korporacji, paradującego w śmierdzących gaciach i dziurawych skarpetkach.

* zdroworozsądkowo zdało mi się, że „odsie” znaczy „od siebie”. Tymczasem internety podają, jakoby „odsie” i „ksobie” [a nie „wiśta” i „hetta”] były komendami dla konia do skrętu w lewo i prawo, respectively. Trzecia prawda góralska, rzekłbym; „hetta” i „wiśta” do skręcania konia za pacholęctwa mego wołała cała wieś, nikt „odsie” i „ksobie” nie używał, stąd też moje zdroworozsądkowe podejście. Ufff…

Źle patrzycie, ludzie.

Parę dni temu internety obiegł dowcip, że w związku z [zatwierdzoną już] karą do 25 lat więzienia za fałszowanie faktur bardziej będzie opłacało się zabić kontrolera. Dowcip średnio śmieszny, nawiasem mówiąc, ale DGCC.

Za płotem – kończące się powoli vacatio legis unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych, dające organom możliwość nałożenia kar w wysokości – orkiestra, tusz – od 10 do 20 milionów euro.

* * *

Ze śp. Usenetu i nie tylko pamiętam dyskusje z przeróżnymi lewakami na temat kary śmierci. Tłumaczenia, że odstrasza, były kwitowane śmiechem. LOL, jak odstrasza, skoro nie odstrasza? Liczy się tylko i wyłącznie nieuchronność kary. W zasadzie powinienem się cieszyć, że nasza argumentacja dotarła do tych pustych, czerwonych łbów, że zrozumieli rolę surowości kary… Ale po drodze znów coś się spieprzyło – jak zawsze, gdy sprawa jest z lewakiem.

Wrobić kogoś w morderstwo czy gwałt [zagrożony aktualnie w zasadzie wymiarem niższym, niż fałszowanie faktur] jest relatywnie ciężko – szczególnie w to pierwsze. Wrobić kogoś w fałszowanie faktur albo w niewłaściwe przetwarzanie danych osobowych – stokroć łatwiej, szczególnie w to drugie. Tym bardziej, że nie jest potrzebny zamiar – wystarczy głupi kierownik, błąd w procedurze albo nieogarnięty pracownik. Czy wiesz np., że najmniej wykroczeniem przeciwko przepisom o ochronie danych osobowych może być nawet wysłanie komuś jakiejkolwiek „listy z d.o.” w arkuszu kalkulacyjnym?

To wszystko tu i teraz, w erze społecznościówek, telefonów komórkowych i telefonicznych akwizytorów Orange, gdzie prywatność jest starą, smutną dziwką, i niczym więcej. Paranoja.

* * *

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Hund begrabnięty leży zupełnie gdzie indziej.

Jeśli Moloch [RP/UE] rozzuchwali się [„nie ma takiej niegodziwości, do której nie posunąłby się skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy” – a wspomniane koło łagodnych i liberalnych nawet przecież nie stały], może dojść do sytuacji, w której biznes będzie tylko i wyłącznie albo domeną facetów z cojones del hierro, albo mających dobre umocowanie w rzeczywistości i pewność, że stoją za wysoko, żeby pojawiły się na nich „zlecenia”. A reszcie podjęcie ryzyka zwyczajnie się nie opłaci, bo taki kaliber sankcji finansowych czy karnych, niechby i potencjalny, zwyczajnie przestanie się kalkulować. Chyba, żeś podpięty pod układ gwarantujący nie tyle „nietykalność” [bo to okaże się tylko pochodną długości szukania, bo ludzi niewinnych braknie], ale właśnie „nieszukalność”. I w całej Europie – a może nie tylko tutaj – nastanie nowa normalność.

Czasy, w których epokę kolesiostwa i łapówkarstwa będziemy wspominać z przepotężną nostalgią, a „ich” biznesu nie zakłóci już żaden przypadkowy wolny rynek.

Zapomniany polski matematyk.

Jadąc dzisiaj ulicą św. Idziego, przypomniałem sobie rzuconą jakiś czas temu uwagę do Forka, że ciekawie w towarzystwie prezentowałby się Idzi Niewracaj. A potem natknąłem się na Wikipedii na ciekawą wzmiankę o pewnym polskim matematyku, pozostało tylko znaleźć biogram…

* * *

Minęła niedawno okrągła, siedemdziesiąta czwarta rocznica urodzin zapomnianego dziś polskiego matematyka, Idziego Tyzroba. Urodził się 1 IV 1913 roku we wsi Tyzroby nad Przemszą, w domu stojącym na słynnym „wzgórku trzech cesarzy”, tj. w miejscu, gdzie zbiegały się granice byłych trzech zaborów. Ojciec Idziego był ziemianinem, matka – ziemianką pochodzącą z zasiedziałej, patriotycznej rodziny Rubcusiów i nosiła starosłowiańskie imię Gościzjada.

Dzieciństwo Idziego było ciężkie. Wskutek kaprysu zaborców granice rozdzieliły i rodzinny dom Tyzrobów. Salon, jadalnia i ojciec znaleźli się w zaborze rosyjskim, kuchnia ze spiżarnią, matką-ziemianką i płodami rolnymi – w austriackim, a pokój dziecinny – w pruskim. Nierzadko młody Idzi przemykał się głodny nocą przez kordon graniczny z sypialni do kuchni, a do rzadkości należało w domu Tyzrobów zjedzenie ciepłej zupy: strażnicy graniczni godzinami skrupulatnie kontrolowali wozy, uszczuplając ich zawartość. Wskutek tej uciążliwej sytuacji, profesor Tyzrób w dojrzałym wieku wypowiadał się z równą swobodą po rosyjsku, niemiecku i austriacku.

W dialekcie śląskim „tyzrobem” nazywamy zdobienie powały belką biegnącą przez sufit. Mały Idzi w kolebce przypatrywał się często tej belce, srebrzącej się purpurowo-zielonym brązem na tle złocistorudej bieli sufitu. Jak opowiadał w późniejszym wieku, właśnie to zamiłowanie do bezmyślnego wpatrywania się godzinami w jeden obiekt sprawiło, że został matematykiem.

Młody Idzi szybko przeskakiwał szczeble szkolnej i uniwersyteckiej kariery. Mając 13 lat skończył słynne LX liceum w rodzinnych Tyzrobach i przeniósł się na studia do Milanówka, a po ich skończeniu został mianowany docentem w istniejącym wówczas Państwowym Instytucie Całkowania na Warszawskim Oddziale Doskonalenia Encyklopedycznego. Tam dokonał swych największych odkryć.

Osiągnięć profesora Tyzroba w samej tylko matematyce właściwie nie sposób omówić. To on pierwszy zreformował skracanie ułamków: chcąc dawniej skrócić ułamek, mozolnie dzielono licznik i mianownik przez tę samą liczbę. Dziś, dzięki serii prac profesora Tyzroba, wystarczy jedno proste skreślenie: z 16/64 skreślamy z licznika i mianownika 6 i wynik gotowy. Profesorowi Tyzrobowi zawdzięczamy odkrycie, że trzynastego wypada w piątek częściej niż w jakikolwiek inny dzień tygodnia. Pod redakcją profesora Tyzroba ukazały się w 1923 roku pierwsze w świecie szesnastotomowe tablice zawierające całki różniczek funkcji nieelementarnych, a zaledwie w rok później – tablice stałych całkowania z dokładnością do piątej cyfry po przecinku.

Profesor Idzi Tyzrób wprowadził do analizy funkcjonalnej tak zwane operatory leniwe, występujące dziś także pod nazwą operatorów Tyzroba. Mówimy, że A jest operatorem leniwym, gdy A(x) mogłoby się równać y, gdyby mu się tylko chciało. Wprowadzenie operatorów leniwych zrewolucjonizowało całą matematykę. Gdy bowiem dowodzimy dowolne twierdzenie T, wystarczy znaleźć operator leniwy, Leń(T), odpowiadający T. Następnie bowiem jasno widzimy, że nie ma żadnej konieczności, aby T miało być dowiedzione jeszcze dzisiaj, w związku z czym spokojnie odkładamy pracę do następnego dnia. Zachodzi przy tym następujące Twierdzenie Tyzroba (Satz von Tyzrob): Dla każdego zagadnienia matematycznego istnieje przyporządkowany mu operator leniwy.

Jak trudna jest teoria operatorów leniwych świadczy następujący przykład. Gdy mamy np. obliczyć odwrotności pięciu operatorów leniwych, trzeba niekiedy czekać całymi tygodniami na koniunkcję warunków, przy których im wszystkim chciałoby się odwrócić, a bywa i tak, że w ostatniej chwili któryś z operatorów odburknie: Odczep się pan, panie matematyk, nie będę się odwracał na pana widzimisię!

W późniejszych latach życia, Profesor zajął się teorią fartuszków. Nie wchodząc w szczegóły powiemy tylko, że scałkowanie falbanek, tak zwanych fartuszków przeliczalnie tyzrobowskich jest dotychczas nie rozwiązanym zagadnieniem matematycznym. Za rozstrzygnięcie tego problemu prof. hab. Lew Lemur z Uniwersytetu Lecour wyznaczył nagrodę 200 tysięcy leburów (1 lebur = 3,14 belgów francuskich). Teoria funkcji przebiegłych, rozstrzygnięcie starego jak świat zadania o basenach i metoda przybliżonego dzielenia przez zero (dokładnie – jak wiadomo – nie da się) – to tylko niektóre z matematycznych osiągnięć Profesora.

Myliłby się ten, kto sądziłby, że o profesorze Tyzrobie mówi się tylko w kontekście Jego odkryć matematycznych. Przeciwnie, Profesor nie gardzi żadną dyscypliną. Publikuje dużo i chętnie. Mimo braku wykształcenia humanistycznego, erudycji i uzdolnień – pisuje książki, artykuły oraz eseje historyczne, filozoficzne i socjologiczne. Brak polotu, sumienności, a nierzadko i własnego zdania kompensuje niewiarygodną wprost pracowitością. Pracuje On 24 godziny na dobę, a niekiedy wstaje jeszcze wcześniej, aby dopracować jakiś mało znaczący szczegół, na przykład, czy postawić przecinek przed „że” w artykule o rzemiośle uczonego.

W latach pięćdziesiątych profesorowi Tyzrobowi zaproponowano objęcie katedry elektroniki Uniwersytetu Dakota w Półnonej Paulinie. Przyjął On propozycję i po krótkim przygotowaniu oraz uzyskaniu niezbędnych zezwoleń Ministerstwa Rozwoju – wykonał zlecenie. W tym czasie skonkretyzowały się dawne pomysły Profesora. Przez skrzyżowanie tranzystora z (nie znanym jeszcze wtedy) tyrystorem powstał tornister, bez którego dziś żadna matka nie pośle swojego dziecka do szkoły. Udane zaś pyrystory (tzw. chipsy, elektroniczne kartofle) i kurystory (podroby na tyrystorach) wzbogacają nasze stoły, a słynne lovestory wyciskają łzy z oczu naszych milusińskich.

Nikt bardziej nie przyczynił się do rozwiania szkodliwego mitu o nieproduktywnej inteligencji, jak właśnie Profesor Tyzrób. W dniu jego urodzin życzymy Profesorowi dalszych osiągnięć na polu, jakie sobie sam znajdzie, a poniżej publikujemy listę Jego najważniejszych prac matematycznych (wszystkie opublikowane w Bull. Acad. Fict. Sci., 1913-1987)

Popraw swą formę kwadratową.
1001 ulubionych całek potrójnych.
Na przełaj przez torus.
Tablice parzystych liczb pierwszych.
Tablice całek różniczek funkcji nieelementarnych.
Stałe całkowania (tablice pięciocyfrowe).
Co robić w przestrzeni Hilberta?
100 smacznych uzupełnień przestrzeni niezupełnych beta-funkcji.
Smutek zbioru pustego.
Odwracanie macierzy (poradnik dla nastolatków).
Poprawić warunki brzegowe!
Wzrost i spadek e-x2/2.
Antykorozyjne powłoki powierzchni Riemanna.
Postulaty Peano na skrzypce i wiolonczelę.
Pierwsza pomoc przy płaskich cięciach.
Analiza niekonsekwentna.
Charakterystyka charakterystycznych charakterystyk chaotycznej chiromancji.
10 000 000 liczb przypadkowych we wzrastającym porządku.
Wszystkie krzywe zamknięte.
Obliczenie 22/7 z dokładnością do miliona cyfr po przecinku.
Ja też!
Sekstylion nowych konfiguracji w ograniczonej przestrzeni (tylko dla dorosłych).
Dlaczego znów ja?
Lemniskata Bernoulliego w praktyce piekarskiej.
Pomiary kątów w trójkątach równobocznych.
Czy linia prosta jest rzeczywiście nieskończona? (Rozdział I – Wstęp, Rozdział II – XXXIII – rysunki, Rozdział XXXIV – komunikat lekarski).

Michał Szurek
„Młody Technik” nr 4/1987

Dorosły Poważny Człowiek.

Dorosły Poważny Człowiek – zwany dalej DPC – jest, jak sama nazwa wskazuje, Dorosły i Poważny. Jest bez wątpienia świetnym fachowcem w swojej dziedzinie i wręcz obraża go wspominanie półgębkiem o reorganizacji podejścia do zarządzania strumieniem zadań, która to reorganizacja wydaje mu się czymś niegodnym profesjonalisty [nie mówiąc o tym, że sama nazwa „Reorganizacji Strumienia Zadań” brzmi jak kabaret jakiś]. O tym, że jest to rys charakteru, a nie metryki, świadczy fakt, że DPCowość dotyka osób nawet świeżo po studiach.

DPCem jest P. Zamówień ma na parę tygodni w przód [albo i więcej], ale widać biznes nie śmiga aż tak bardzo, skoro nikogo nie utrzyma przy sobie proponowaną pensją dłużej, niż krótko. Bo chce, naprawdę chce, ale odchodzą. Jednocześnie jest tak zajęty, że nowe zlecenia chętnie by przyjmował, ale nie ma kiedy rozmawiać przez telefon, nie odpisuje na smsy, nie odbiera połączeń. Bo zajęty i jak będzie cały czas gadał, to nie będzie robił. Dysonans pomiędzy protokapitalistyczną chęcią zarobku a wąskimi gardłami w postaci zlekceważonej potencjalnej roboty chociażby najwyraźniej nie mąci mu snu. Bo nie mąci i już. Ale wspomnieć o prostej procedurze – zatrudnij sekretarkę zamiast machera, a w ostateczności nagrywaj prośby o kontakt i oddzwaniaj na drugi dzień, komasując wszystko do pół godziny, przez co ani nie stracisz klienta, ani za wiele czasu – zwyczajnie się nie godzi. DPC.

DPCem jest szturmująca moje życie w zeszłym tygodniu E. Nie ma żadnych pełnomocnictw do odbioru dokumentów, więc zamiast zorganizować i pchnąć umyślnego, woli po linii najmniejszego oporu ściągnąć do nas po te dokumenty – bez jakiegokolwiek powiadomienia nas, bo i po co? – klienta z drugiego końca Europy, a uświadomiona o badziewności swojego postępowania – drzeć paszczę na nas. Po fakcie narzekać nie mogę, bo w zasadzie było śmiesznie, a z tłumaczącą niezobowiązująco obcojęzyczne klienckie dytyramby A. wylądowałem dziękczynnie na przekapitalnej herbacie, ale siakoś mam wrażenie, że tego wszystkiego zwyczajnie mogłoby nie być, gdyby pierwsza zwyczajnie przyłożyła się do prostej rozmowy telefonicznej. Ale dla znakomicie bez wątpienia opłacanego DPCa to przecież poniżej godności. I jeszcze paszczę wydrze, bo kto widział DPCa płci żeńskiej zwłaszcza, przyznającego się do własnych błędów?

DPCami jest również bez wątpienia cała masa womitujących nadmiarem szmalu profesjonalistów, którzy w swoich napiętych grafikach nie mają czasu na oddzwonienie. Z., demonstrująca dawno temu niemalże fizyczne obrzydzenie na myśl, że będzie musiała oddzwonić do potrzebującego wizytówek czy firmówek, a ona wszak stworzona jest do Rzeczy Wielkich [dziwnym trafem wizytówek również, ale obrzydzenie nie pozwoliło jej oddzwonić, co nie przeszkodziło mi finalnie o tyle, że załatwiłem tę sprawę wreszcie raz, a dobrze]. P., który jeszcze dawniej temu podobne zlecenia realizował pół roku – o ile się pospieszył. Cała masa ludzi, nie zawracających sobie głowy powtórnym telefonem – co jest zjawiskiem nagminnym do tego stopnia, że owe powtórne telefony stosując, już dwa razy tylko od początku lutego zostałem zwyzywany od starannych i profesjonalistów. Jak widać, nie trzeba wiele – albo raczej: trzeba coraz mniej.

S. i cała reszta, dla których terminy i nieodebrane telefony to jedynie luźne propozycje dalszych akcji, warte rozważenia. O ile będą mieć czas, bo wiesz, jak to kuźwa z tym teraz jest.

Ale powiedz im wszystkim, że GTD, że czysta głowa, że proste tricki… Że starczy wsłuchać się i schylić, żeby mieć – a im się nie chce.

Zwyzywają Cię od prostaków i obśmieją za plecami na dokładkę, bo grono zyskuje koloryt, kiedy trafi się oszołom.

Z czym by tu jeszcze powalczyć, lewaki?

Bo walka z opresywnym patriarchatem to już chochoł, a ci ciągle swoje. Jeśli do tego nie dają na to już żadnych dotacji, to nic z tego nie rozumiem.

Jako jedna z nielicznych restauracji postanowiliśmy w dniu 26 grudnia 2016 realizować dostawy na obszarze Krakowa. Niestety bardzo duża ilość zamówień, które spłynęły tego dnia, przerosła nasze oczekiwania. Wszelkie opóźnienia w dostawach oraz problemy z komunikacją nie były jednak wynikiem naszej opieszałości, a nasi pracownicy robili wszystko, co było w ich mocy, aby zamówienia były realizowane z należytą starannością. Niemniej jednak tak ogromny ruch był dla nas zaskoczeniem pomimo 22-letniego doświadczenia w branży. [oświadczenie krakowskiej pizzerii Banolli, link]

Zapomniany cytat na koniec roku.

Wrogowie zawsze mają łupież. A także mętne, bezczelne oczy, krótkie nogi, tępe gęby, usta jaskiniowców. W młodości ukradli futro. Ślinią się i żrą pestki. Są parszywi, obłąkani i bydlęcy. Ich przywódcy wyszli żywcem z podręcznika medycyny sądowej. Szczytem podłości jest to, że chcieliby zabić nas. Szczytem moralności ? że my chcielibyśmy zabić ich.

Anna Bojarska, „Kronika przegranej sprawy” o „Przeklętych dniach” Iwana Bunina OIDP, GW 7, 16/05/1989; przeklejam, żeby więcej nie uciekł. Nie tylko urzeka pięknem retorerorycznym, ale – poza wrogami oczywistymi – może odnosić się również do rzeczy tak przyziemnych, jak postrzeganie rzeczy poza własnym bąbelkiem informacyjnym. Na Nowy Rok zrozumienia głębi życzę.

Jak nie rozpętałem trzeciej wojny światowej.

Email od klienta. Nie dla moich oczu raczej, przypadkiem dostałem. Po francusku, że… no właśnie, co? Żeby koledzy przełożyli mu mój email z angielskiego na francuski. Że jakieś societe polonaise elle NOUS apoartient

No kurna. Szybki research po znajomych, bo komórkowy translator google przełożył z grubsza, że społeczeństwo polskie należy do Amerykanów. Albo coś w ten deseń. Jedna półkula analizuje książkę adresową w poszukiwaniu filologa francuskiego, druga układa kulturalną ripostę, w której z dziwnym uporem pojawiają się białe niedźwiedzie, cała kupa białych niedźwiedzi, i znana wszystkim z dokonań TPB formułka grzecznościowa please go sodomize yourself with the retractable baton. Płynie korweta Gawron, nieistniejące jeszcze instalacje Redzikowa obracają się o 180 stopni, a ja liżę rany po proformie, której teraz już kurna na pewno nie zapłacą; szkoda, naprawdę fajny deal się szykował…

Odzywa się M., do której francuszczyzny zaufanie raczej mam. Nie rozumie mojego zbulwersowania – i po prawdzie maila też nie za bardzo – bo nigdzie nie ma wzmianki o Amerykanach; całe zdanie wydaje się jej być wydarte z kontekstu. WTF, ja się pytam się.

Powrót do google translate. NOUS tłumaczy się na polski jako „Stany Zjednoczone”, na rosyjski jako США, na hiszpański jako EE.UU [dyfuzja tłumaczenia? No mam nadzieję…], ale na angielski i niemiecki – już normalnie, co po dwóch niegdysiejszych lekcjach wiem nawet ja [„my”]. M. twierdzi, że NOUS znaczy tylko i wyłącznie „my”. Demokratycznie uznaję, że nic nie było, gramy dalej [GT umożliwia wszak dodawanie własnych tłumaczeń]. Może jednak zapłacą mi tę proformę…

A może to przeszło na zasadzie: NOUS -> us [en.] -> USA?

Wszyscy kłamią, jest to jednak całkowicie bez znaczenia, ponieważ i tak nikt nikomu nie wierzy. Biorąc pod uwagę bliskość rabanu do wyrządzenia, abonament robienia [chyba] niezasłużonych afer wyrobiłem na najmniej kwartał. Błagam, nie mówcie mi, że jednak mam powody do robienia dymu, bo ja mam do wykarmienia rodzinę…