Up and running.

Pierwszy rok studiów. Pierwszy kontakt z pecetem, haczenie laboratoryjnego DOSa, pierwsze Win3.11. I cały pierwszy rok [i parę następnych], straconych na Civilization, pod koniec roku odpalanej z shella z Lotusa123 [bo wszystkie inne shelle zostały zblokowane].
Czwarty rok studiów. Pierwszy kontakt z Win95.
Rok po ślubie. Pierwszy [i ostatni] RedHat zainstalowany na pierwszym własnym kompie, wtedy jeszcze nie mający żadnego praktycznego zastosowania. Ale radochę z samodzielnego odkrycia, czemu nie kompiluje się jądro [banalny i dość znany babol ze źle zlinkowaną jakąś biblioteką], pamiętam do dzisiaj.
Parę lat temu, pierwszy Slack postawiony w roli routera.
Wczoraj, dzisiaj. Samodzielnie rozwiązany problem z niebutującą się frybzdą, samodzielna lokalizacja starego jaja, odpalenie tegoż po długich bojach, rekompilacja nowego, odpalenie systemu już z dobrym jądrem. Plus wymiana huba, który zbiesił się był dokładnie w czasie wymiany ISP, a którego to huba jako problem udało mi się namierzyć dopiero parę godzin temu. W końcu po dwóch tygodniach od wymiany łącza mam w miarę bezproblemowo działający internet. Cholenie fajne uczucie.

Piątek.

Frybzda po długich i ciężkich cierpieniach… nie, nie wstała. Zrekompilowaliśmy jej jajo, a ona w podzięce po reboocie wpadła w panikę, że niezidentyfikowane CPU type or sth. Wygląda na to, że dłubanie przy niej powoli na stałe wchodzi do mojego cotygodniowego planu zajęć. FreeBSD – prawie jak serwer, he he.

* * *

Wczoraj – robocza wizyta na Dolnym Śląsku. Przejazd przez wioski, gdzie nie ma już nikogo do pracy, a prawie nowo wybudowane domy już zaczynają się walić. Jestem przerażony. Dosłownie. Na tle tamtej biedy moje Podkarpacie to El Dorado.

Czary z mleka

Frybzda zaczęła chodzić tak samo psiejsko – czarodziejsko, jak wcześniej przestała. Przynajmniej podpięta bezpośrednio do kabla internetowego. Dzisiaj podpinam swapa, przez brak którego nie poszła wczoraj kompilacja jaja, i obserwuję, co stanie się z frybzdą podpiętą przez huba.

* * *

Nie mam koncepcji na uproszczenie sobie pracy w TotalCommanderze, chodzi o szybkie przełączanie się między katalogami, kopiowanie plików i inne przyległości. Na zdrowy rozum nie da się z tym niczego zrobić, bo wynaciskania klawiszy wymaga zarówno ręczne łażenie po katalogach, jak i poustawianie zakładek i przełączanie się pomiędzy nimi.

* * *

To spadające z nieba białe dziadostwo zaczyna działać mi na nerwy.

Buzzwords, buzzwords…

Siódmy strażnik zamieszcza felieton honeya. Że jeszcze trochę, i wszystko będzie sieciowe, online, że nasz blaszak skończy jako konsola do gier. Że kończy się czas płacenia za kolejne uaktualnienia, a nadchodzi czas placenia za uslugi online.

Nie sądzę. Po pierwsze dlatego, iż _potencjalnych_ wąskich gardeł przy dostępie do dokumentu online jest więcej [łącze, serwer], niż przy dokumentach trzymanych offline, gdzie zdzierżyć musi tylko sprzęt i OS. W każdym bądź razie ja na pewno nie zdecyduję się na umieszczenie tam rzeczy, które zawsze muszą być pod ręką. Po drugie, na miejsce dyskietki dawno już wskoczyły pendrive’y, dzięki czemu idea „biura pod ręką” nabrała aktualności niezależnie od możliwości oferowanych przez inet. Po trzecie, fascynaci pomysłów Google’a nie nauczyli się niczego ze skompromitowanej dobrych parę lat temu sunowskiej koncepcji komputera sieciowego, Fakt, że infrastruktura jest dziś dużo lepsza, technologia dużo dojrzalsza – ale też przeszkodą na drodze rozwoju netputera nie były warunki technologiczne, tylko czynnik ludzki. Po czwarte – prywatność. To chyba nie wymaga większego komentarza. Po piąte – abonementy są sympatyczne, o ile ktoś nagle nie stwierdzi, że nie potrzebuje więcej aktualizacji. A poza tym – wychodzą na ogół drożej.

Nie przeczę, że pewne dziedziny mają szansę zmigrować ze stacjonarnych pecetów na ten rodzaj outsorcingu. Ale to w dalszym ciągu da nam parę segmentów rynku. Nic więcej.

Żegnaj, Patryku.

FreeBSD sobie stoi, nikogo się nie boi. A powinno, bo jeśli nie będzie kooperować w grupie i udostępniać ssh podpięte do huba, to dostanie z półobrotu. Inet działa jak kierunkowskaz, raz działa, raz nie. A właściwie raz zadziałał i uznał, że chwilowo mu to wystarczy. Wszystko razem przypomina „Krainę Chichów”. Z tym, że chichy coraz częściej wypierane są przez mruczanki, jeszcze kulturalne ze względu na rozpaczliwe próby wytrwania w łasce uświęcającej. Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę. No i oczywiście big credits to Y, bez którego nie byłoby nawet tych okazjonalnych chichów.

To BSE or not to BSE?

Nie obędzie się bez wdrapania się z monitorem i klawiaturą na szafę. Zdalne connectivity z komponentami p.o. serwera, przymocowanymi gwoździami do płyty wiórowej w korytarzu diabli wzięli, a ja nie mam pojęcia, czemu. Rozmyślając nad iście okhamowskim sformatowaniem dysków, rozpaczliwie usiłuję sobie przypomnieć, czy nie mam tam przypadkiem czegoś istotnego. Dochodzę do wniosku, że podobne rozmyślania funkcjonują na zasadzie kota Schrodingera, gdyż i tak wyjaśnią się po formacie… Proces instalacji FreeBSE [w przeciwieństwie do procesu jego obczajania, który jednakowoż mogę przeprowadzić siedząc w fotelu, miast na szafie] nie powinien [buahahahahaha!] zająć mi więcej czasu, niż rekompilacja jaja pod Slackiem [buahahahahaha!], więc dalej się waham. Pewne jest tylko to, że nie stanie tam dżętu, bo zanim doszedłbym do jakiegoś normalnego stage’a na pentium200, dostałbym pewnie nieodwracalnych przykurczów mięśni grzbietu. Trochę szkoda.

Popierdółki przedweekendowe

Na starość zaczynają mi się psuć zęby. Wcale mnie to nie cieszy. Wcale a wcale.

* * *

Na starość zaczynają mi smakować chore wynalazki typu sok pomidorowy z oliwkami. Wczoraj wyżłopałem Żonie połowę opakowania. Wcześniej nie tknąłbym się tego nawet za dodatkową opłatą.

* * *

Na starość zastanawiam się, czy jestem się w stanie jeszcze czegoś nauczyć. Y. namawia mnie do porzucenia na serwerze Slacka i instalację frybzdy. A może dżętu? A może… a może nie dodawać sobie dodatkowego zajęcia w sytuacji, kiedy i tak nie mam już na nic czasu?…

* * *

Kupiony pierwszy tom Ziemiomorza Ursuli le Guin. Bardzo sympatyczna książka. Bardzo, ale to bardzo. Szkoda tylko, że taka nieduża. Właśnie tak imaginuję sobie [bo nie czytałem] Harry’ego Plottera. A w Empiku nie ma ani jednej książki Conrada – Korzeniowskiego po polsku, skandal!

* * *

Polska nie jest już tygrysem Europy – donoszą przekaziory. A cała sprawa idzie o to, że nie rozwijamy się w tempie 3%, tylko zero z czymś, czy jeden z czymś. Ot, mali ludzie, karłowaci politycy, niskie horyzonty, wysokie czółka. Drobne gnojki, od ’89 nie potrafiące przestawić się na myślenie wolnościowe i mające zakarbowane w ramach jedynej bruzdy mózgowej, że poza socjalizmem nie ma zbawienia. A dzisiaj – głosowanie ustawy o WSI. Rozpieprzanie układu, lewy marcowy czy kolejna fasadowa zmiana? Czas pokarze [nas wszystkich].

Nie ma czegoś takiego, jak międzyczas.

W zasadzie dopada mnie apatia. Śmiertelnie wyprowadzająca z równowagi [czy to już oksymoron?], zamulająca wszystko, odbierająca chęć do robienia czegokolwiek – apatia. Wszystko – albo prawie wszystko – leży, zszyte dratwą prowizorki, słońce zaszło i nawet motywacja do wyplucia z siebie zaległych żali czy zdjęć rzeczywistości jakaś taka jakby asymptotycznie zmierzająca do zera. A zamiast nihilistycznego walnięcia się do wyra – multum spraw, załatwianych w tempie stokroć wolniejszym, niż normalnie. Vanitas vanitatum et omnia vanitas.

* * *

Kupiłem nowy numer FotoVideoDigital. Jak wielokrotnie pisałem, grafik ze mnie żaden, fotografik tylko ciut lepszy, niż żaden, ale poczytać lubię. Tyle, że mam wrażenie, że ta cała brać dziennikarska siedzi w kieszeni Adobe’a. Pomijam specjalistyczne magazyny typu PSD czy ComputerArts, które w swoim poczuciu elitarności pomysł pisania o GIMPie uznałyby za księżycowy, ale gazetka dla newbies z ambicjami mogłaby od czasu do czasu zamieścić jakiś minitutorial z FLOSSem w roli głównej. Póki co, wszelakie kąciki warsztatowe traktuję tamże sikiem prostym koherentnym. Bardzo ciekawy artykuł o katalogowaniu zdjęć – ku mojej radości digikam dysponuje większością opisanych tam funkcji, poza zaawansowanymi opcjami wyszukiwania w archiwach, czy logicznej koniunkcji warunków.

* * *

Nieco do przodu popchnąłem tłumaczenie GRAMPSa, wpadając wreszcie na [jakiś] pomysł, jak tłumaczyć [w miarę] sensownie na polski rzeczy typu %(person)s has died %(death_date)s in %(death_place)s at the age of %(age)d years [cytat z pamięci]. Ilość nieprzetłumaczonych MsgIDów spadła poniżej psychologicznej granicy 400, nie licząc fuzzies.

* * *

Zauważam, że tryumfalny pochód homoseksualizmu przez świat dziwnie zbiegł się w czasie z rozpanoszeniem się Web2.0. Ale DGCC i może podobieństwa stylistyczne powstają li tylko w mojej głowie.

* * *

Wybiórcza przynosi wielkie srutututu „w temacie” wolnych mediów. Głupoty gadają Kaczyński Bros. marudząc, że dziennikarze nie mogą pisać, czego chcą [no nie mogą – skacz wraże, jak pan każe, logika kapitalistyczna, ot co] – ale bzdury pisze też człowiek twierdzący, że nikt nigdy nie wpływał na dziennikarzy „GW” – osobiście znam jeden przypadek, gdzie dziennikarzowi „odradzono” zajęcie się tematem z pogranicza mafii. Nie mówiąc o tym, że media koncesjonowane z definicji nie są mediami wolnymi – można co najwyżej pouskarżać się nad rozpiżdżaniem pewnego układu. Ale to przecież oczywiste. Przynajmniej dla niektórych.

* * *

W tej samej GW – bum tarara, przełamujemy tabu. W dzisiejszym odcinku Pani Redaktor opowiada po trzydziestu latach, jak obmacywał ją dziadek. A kogo to obchodzi? Żenada do potęgi entej.

* * *

Zaszalałem, nalałem sobie Vervy. Jakoś nie widzę różnicy.

* * *

O, mam informację, że włączyli nam Internet. Wychodzi na to, że dzisiaj ja usypiam dziecko…

Zbiorówka poniedziałkowa

Nic, za co się ostatnio wezmę, nie może pójść tak o, wszystko wymaga chodzenia, telefonowania, pisania podań, dołączania znaczków skarbowych, rzucania mięsem, przekonywania, gróźb karalnych, definiowania konduity matek rozmówców, zarywania nocy i powtarzania wszystkiego po dziesięć razy. Karta graficzna – w serwisie gwarancyjnym. Planowane tu-bez-pieczeni – przesunięte o wektor z uwagi na spotkanie z konkurencyjnym agentem. Internet… internet z racji szerszej opowieści zasługuje na oddzielny akapit.

* * *

Założyli w piątek. Zadziałał router i proxy, w efekcie czego z kompa pokojowego dało się tylko przeglądać www, ale np. sprawdzić pocztę – już nie. Przyszedł jeden admin, po 20 minutach zdiagnozował poprawność routingu i poszedł na obiad. Na drugiego fachowca czekałem do soboty do 23:30. Rzecz zakończyła się w niedzielę ok. 4:00 nad ranem. Z diagnozą, że cwaniaccy synowie matek negocjowalnego afektu ustawiają na wszystkich pakietach TTL=1. Dzisiejsza awantura u providera dała tylko tyle, że otrzymałem informację, że mogę sobie to ustawić we własnym zakresie i im nic do tego. Przeczucie mówi mi, że dzisiaj po południu przepnę komputer pokojowy równolegle z serwerem [zamiast chować go za maskaradą] i ta prowizorka potrwa przez czas bliżej nieokreślony, bo ostatnie jądro na serwerze kompilowałem ohohohoho i jeszcze trochę temu i niespecjalnie chce mi się ponownie bawić w patchowanie, rekompilację, srututucję i wilkołację. A swoją drogą łącze wymiata, 1 megabit [minimum, poza godzinami szczytu mam 3 mbity, ha!] po SDI to niemalże światłowód. Co prawda to DHCP, którego szczerze nie znoszę irracjonalnie, a provider twierdził z uporem godnym lepszej sprawy, iż to stałe IP… ale nie będę robił awantury o coś, co ponoć zmienia się raz na parę lat. Pozytywne skutki uboczne: podciągnąłem się nieco w teorii, zacząłem kumać homeopatyczne ilości wiedzy o iptables, które to iptables wcześniej ustawiałem na zasadzie średnio rozgarniętego pawiana i pobawiłem się trochę tcpdump. W ramach małej zemsty za ukierunkowanie na sprzedaż, zamiast na klienta, zastanawiam się nad złośliwym podpięciem do mojej sieci sąsiada. Co szczególnie nie powinno ich dziwić, sami sprzedawcy dostawali telefonicznego karpia na wieść, że sam z własnej woli zgłaszam dwa komputery, zamiast zgłosić jeden, a resztę zamaskaradować sobie we własnym zakresie.

* * *

Zacząłem czytać Piekłem i szpadą Feliksa W. Kresa. Nędza. Może nie taka, jak u np. Baniewicza, ale zawsze nędza. I ten człowiek prowadził kącik dla początkujących w „SF”? Ech. Ale za to na liście zapowiedzi „Fabryki” znalazłem za to dwa grzędowicze i dwa pilipiuki. Mniam.