Inkąpetąs – część szósta, prolog do trzeciego aktu.

Hehehehe, jakby powiedział Jacek Gmoch. Dzisiejszą [baczność!] wstępną selekcję aplikacji [spocznij!] sponsoruje kilka wniosków natury boleśnie prozaicznej raczej.

Wniosek pierwszy: nie każda posada, o którą się starasz się, jest koherentna z każdym adresem mailowym, z którego wysyłasz dokumenty. Szczególnie, jeśli jest to adres typu goryl1221@buziaczek.pl.

Wniosek drugi: jeśli już przejawiasz upodobanie do walenia ponadnormatywnej ilości ortografów, nie podpisuj się przynajmniej w mailu „Mistrz”.

Wniosek trzeci: przed zdobyciem szacunku u innych warto pomyśleć o nabyciu odrobiny szacunku do samego / samej siebie i zwalczenie kompleksów. Osobie opisującej swoje ostatnie doświadczenie zawodowe jako „pozostałe stanowisko magazynowe” [sic!] nie można zaproponować zbyt wiele z samej przyzwoitości, choćby się naprawdę chciało. I nie, nie chodzi mi o stanowisko magazynowe – żadna praca nie hańbi oprócz pracy społecznej. I pozostałej, rzecz jasna.

Mimo wszystko jestem rozczarowany. Przekopałem się już przez kilkanaście aplikacji i nie znalazłem jeszcze tym razem żadnej, która chciałaby się szerzej zaprezentować na rozmowie kwalifikacyjnej. Ale to pewnie wina niskich temperatur.

Rekrutacja dopiero się rozkręca, zostańcie Państwo z nami, wracamy po przerwie.

Inkąpetąs, cz. V.

Sytuacja się stabilizuje się. Dialogi niedobre, bardzo niedobre. Nauczony doświadczeniem, zwalczyłem tylko jeden temat – w kwestii angielskiego pomaga stwierdzenie, że if your declared English knowledge does not fit your real language skills please go sodomize yourself with the retractable baton model ASP 21″, wszystko ubrane oczywista w biznesową mowętrawę. Pytanie o 36*37 w dalszym ciągu pozostawia za sobą zgliszcza, więc nic nowego, z rzeczy wartych odnotowania godzi się tylko wspomnieć o Józefie Komornickim, absolwencie studiów przygotowujących do pracy w zawodzie jakimśtam, który przedmiotu naprawdę ściśle przygotowującego do pracy w zawodzie jakimśtam miał raptem jeden semestr. Tak właśnie, jeden semestr. Jednego przedmiotu. Mniemam, iż poza nim pan Józef pochłaniał zawzięcie wiedzę z podstaw informatyki, turystyki międzynarodowej [brrr, o matko!!!… gdybym sam ongi nie wyślizgał był się z tego po dwóch zajęciach na rzecz programowania w VB, trauma prześladowałaby mnie do końca moich dni!] oraz instytucji Unii Europejskiej. Płeć oraz dane osobowe Katarzyny Michałowskiej zostały oczywiście zmienione.

Inkąpetąs, wersja fit.

Wasz ulubiony Szalejący Rekruter [TM] znowu nadaje!

Ale nie, dzisiaj jest naprawdę lajtowo i będzie prawie asatyrycznie. A nawet instruktażowo. Prawie asatyrycznie, bo przeglądanie currliculum vitae, z którego przebija absolutny profesjonalizm w tworzeniu kaw warstwowych czy [to już LM] chęć „poznania zjawisk zachodzących w obszarze firmy będącej liderem rynku” [sic! ja naprawdę tego nie wymyśliłem] śmieszy mnie już raczej małośrednio. I tylko z jednej przebiegłej angielskiej zeszło powietrze przy standardowych strongendłikpointsach. Nudy, panie. Nudy. Dialogi niedobre, bardzo niedobre. Dowiedziałem się tylko, że gdzieśtam w jakimś LO istnieje profil matematyczno – lingwistyczno – historyczny… Dzisiaj generalnie, nie wiedzieć czemu, dominowała panika. Ale przynajmniej – i to mi się podoba – była to panika w otwarte karty. I uczciwa. Lubimy uczciwych. Mój msg: „Przyuczymy, więc się nie zgrywajcie, poszukujemy bystrych”. Ich msg: „Panikujemy, nie mamy doświadczenia, nie zgrywamy za bystrych, damy się przyuczyć, over & out”. I to rozumiem. Żadnego zgrywania pro, żadnych wycieczek na cienki lód, a jedna – nie pisząc o tym niczego – dopiero w rozmowie wspomniała zupełnie na marginesie o doświadczeniu z firmy rodzinnej, które wypytane dało jej +90% na starcie. I żadnego żądania akcji pracowniczych na dzień dobry. I to rozumiem, będzie chyba z kim konie kraść. Choć brak angielskiego boli. EDIT: i powszechna ignorancja – nawet wśród absolwentów matfizu i stypendystów [!!!], xhejn… – w kwestii znajomości odpowiedzi na pytanie „36*37?” również. Może nawet bardziej.

Jednego nie ogarniam. Przysyłają aplikacje. Dzień, dwa dni temu, tydzień temu, dwa tygodnie temu. Gdzie stoi jak wół, że my szukamy do przyuczenia, a oni / one chcą się przyuczać. Więc generalnie sytuacja minirynku pracodawcy. Ja nie mam czasu. Dzwonię. I od początku tygodnia na ogólną liczbę 15 telefonów jakieś 10-12 w dewnul. Co oczywiście rozumiem. Żaden z nich nie oddzwonił. A tego już zupełnie nie rozumiem. Czy mamy taką biedę w RP, że absolwentów naprawdę nie stać chociażby na smsa? Czy naprawdę świat roi się od przedstawicieli handlowych, którzy próbują Cię wiecznie pozbawić kasy, więc nie wolno doń oddzwaniać? Czy też może jednak nie ogarniamy rozumkiem, że email jednak jest wolniejszy, a rekruterowi może się spieszyć – niekoniecznie z racji pożaru czy szemranej firmy, może z racji presji czasowej i zakręcenia?

10-12 głuchych telefonów. Wszyscy w ciągu 2 tygodni szukają pracy. Nie oddzwonił NIKT. Nikt nawet się nie zaniepokoił.

Jedna z Młodych dorabia w hiper na hostessowaniu ANIMATORSTWIE! Dwa albo trzy razy nie mogła odebrać, oferty były nieaktualne już po kwadransie. My nie szukamy animatorek. Ale i tak wszystkie neurony były odwrócone. Choć to może te inne przypadki. Ale i tak nie ogarniam. A może nikt nie napisał o tym żadnego poradnika, więc skąd niby mają o tym wiedzieć?…

Ale i tak jest lepiej. Dużo lepiej. Ale może to ja się wyrabiam towarzysko. Albo rogowacieje mi naskórek.

Inkąpetąs strikes back.

Znowu rozmowa. Po polsku gada megafarmazony, po angielsku [po komunikatywnemu angielsku] nie gada nic i aż pali się do tego, żeby przynieść mi w zębach listę adresową klientów konkurencji. Wypisz wymaluj deja vu, no, może w nieco większym stężeniu. Wamać, znów godzina w plecy. Znów znakomita potencjalna szwaczka stracona dla świata.

Propaganda ambicji i wyższego wykształcenia pozbawionego racjonalnych podstaw ma jeszcze jedną wadę, o której w tamtym nie napisałem. To nie tylko męczarnie potencjalnych pracodawców i frustracja takich „gjeniuszów”, którzy ku własnemu zdumieniu przekonują się na przekór rzężeniu tego czy innego rektora, że wbrew światu wyżej rzyci nie podskoczą. To również nieuzasadniona frustracja i takiż ostracyzm prawdziwych fachowców, którzy powybierali zawodówki, doskonale odnajdując tam swoje miejsce i swoją niszę życiową poszerzają, robiąc piękne stołki czy montując różne przeróżne instalacje po prostu dobrze. Bo oni nie powybierali europeistyki ani inszego gender studies, tylko robią proste stołki czy zakładają proste instalacje gazowe. Tyle, że po rozmowie z nimi i obejrzeniu ich prac nie odczuwam ochoty wymolestowania ich w ciemnym zaułku. W przeciwieństwie.

* * *

Dziecię z BPHu [płci tym razem nie podam, bo znów oskarżycie mnie o antyfeminizm] zaspamowało sporą grupę nieznanych sobie osób. O tym, że są one nieznane sobie, dowiedziałem się z lektury zawartości pola To:. Co w następnej kolejności, głośne pierdzenie tetrastychem przy podpisywaniu kontraktów?…

Intawiu.

W CV – średnia szkoła w zawodzie. Studia – kierunkowe, ba! nawet z „Informatyką” w nazwie. Przeprasza, że żyje i zabiera cenny czas, no ale to nie weak point, tylko personality, może coś z tego wyjdzie. Nie wyszło, nawet nie zaskrzypiały drzwi.

Pierwsze pytanie z gatunku elementarnych – pad. Drugie pytanie, również elementarne – pad. Trzecie pytanie elementarne – pad, w dodatku połączony z driftem nie dość, że błędnym, to jeszcze offtopicznym. Dobra znajomość angielskiego nie wytrzymała konfrontacji z takim chitrym pytaniem o strong end uik points [pytanie o situejszn in gris miłosiernie sobie darowałem, choć niektóre reakcje fizjologiczne godne były oktawy, jeśli nie trzynastozgłoskowca, mharharharhar] – „niestety nie przygotowałam się”. Zero, null, próżnia doskonała, horror vacui to zabobon, tabula rasa w stanie czystym do analizy, Sevres do podmiany.

Do kroćset… komu przeszkadzał fakt, że takie dziewczęta – nieśmiałe, uśmiechnięte, przesympatyczne i bez wątpienia o dobrym sercu – zamiast iść na studia, chodziły na kursy kroju i szycia, śpiewając pieśni pobożne? Że przesiadując wieczorami na blokowiskowych przyzbach, plotkowały ze starszymi paniami o arkanach wyrafinowanej, małżeńskiej miłości cielesnej? Że ich głównym zmartwieniem było wszechaspektowe zaspokojenie mężowskiej chuci, trójpolówkowy menedżment i dbanie o czystość polepy? Powyższe na pewno – jakkolwiek już bez ironii ciężkie i wymagające – z pewnością było pułapem, dającym się przeskoczyć nieprędkim w rozumie. A tak co mamy? Niekompentencję, frustrację, żal.pl i narastający feminizm. Niech to cholera weźmie, znów straciłem pół godziny.

Oświadczenie w sprawie Romana Polańskiego.

Żartowałem. Zadzwonił do mnie jeden marketoid płci dziewczęcej. I od razu „panie Krzysztofie, panie Krzysztofie”, jakbym wódę obalał z nią regularnie od dwudziestu lat. Gada zupełnie z czapy, każe otwierać stronę jak ostatniemu matołkowi; ktoś homeopatycznie mądrzejszy zorientowałby się po minucie, że za samo użycie określenia „proszę otworzyć przeglądarkę i wpisać w pasku adresu na górze…” strzelam w kolano bez ostrzeżenia. W tzw. międzyczasie dane podaje na dzień dzisiejszy. Przerywa, nie daje dojść do słowa, gada wyuczonym tekstem. Nie rozumie pytań, odpowiedź uzyskałem dopiero po iirc piątym podejściu; sprzedając miejsce na stronie nie spotkała się w ogóle z pojęciem unikalnych odwiedzin. Co drugie słowo „gwarantuje”, ale na piśmie oczywiście nic nie da. I niech mi ktoś powie, że pojęcie „awansu społecznego” straciło w dzisiejszych czasach na znaczeniu.

Edit: zlokalizowałem panią na n-k. Uśmiechnięta, miła z wyglądu… Ludzie! Naprawdę nie ma niczego złego w znalezieniu dobrego męża, wyjściu za mąż i dorobieniu się gromadki dzieci! Szczególnie po studiach humanistycznych…