Za bardzo do przodu.

Xperię Z5 Compact sobie sprawiłem. Bo stara Z1 – mój pierwszy Android – zaczynała mulić, bo o ile mogłem znieść półminutowe otwieranie jakieś aplikacji, o tyle tak długie otwieranie rozmowy telefonicznej nie było już specjalnie dopuszczalne. Reset do ustawień fabrycznych pewnie by coś pomógł, ale po pierwsze pobawię się na niej teraz Cyanogenmodem, po drugie – bateria, po trzecie – nagrywanie 4K, a po czwarte – raz na ruski rok coś od życia mi się należy, do kroćset.z5c

Ajajajaj, jakie to śliczne! Wyświetlacz kapitalny, wygląd subiektywnie ładniejszy, włącznik na odcisk palca, po parunastu godzinach mniejszy wyświetlacz nie przeraża… Świetny interes. Do szwagra jechałem, testowo parę minut kamerą pomachałem, na szwagrowym 40′ LG obejrzę sobie – pomyślałem.

Takiego wała, drodzy moi. Wpinam telefon przez USB do telewizora, na telewizorze nie robi to żadnego wrażenia. Tak właśnie. Wpinam go do TV przez USB jak normalny pendrive w celu obejrzenia zdjęć, a TV nic. Szwagier w śmiech, docinki robi, czy dobrze o tym telefonie z najwyższej półki usłyszał, dopytuje się. Kobiety rozbawione, ja odcinam się coś o paździerzowatym telewizorze nic poza przekątną nie mającym, więc w oczach publiczności wyrównałem do przerwy. A potem już nic nie pamiętam, bo szwagier bimbrem częstował.

Wczora z wieczora podłączam to wieczorem do swojego telewizora. W końcu mi się udało… dzięki wykorzystaniu DLNA. Proste wpięcie po USB jak pendrive dalej nie działa.

Dzisiaj rano – po odkryciu drugiej metody, kopii lustrzanej – gugiel do roboty. Sony podaje oficjalnie, iż od Z3 w górę MSC [czyli możliwość „udawania pendrive’a”] została oficjalnie zarzucona. Słów brakuje.

Nie chodzi o szwagra. Szwagrowi powie się, że lama i że teraz korzysta się z DLNA albo tej technologii, którą Z5C akurat ma. Ale powiedzcie sami – cóż jest/było wygodniejszego od prostego wpięcia kabla i wybraniu na telewizorze urządzenia via USB? Za mało zaawansowane? Co ma być prostsze od tego, proszenie się o hasło do wifi? Wolne żarty. A co, jeśli chcę po prostu przenieść plik z karty SD gdziekolwiek indziej? Jednemu wróbelkowi w takiej sytuacji serwis Sony doradził całkiem serio przesłanie pliku emailem.

Nie mówiąc już o przypadkach i userach, którzy chcą pewne operacje wykonywać zwyczajnie bardziej niskopoziomowo. Choć akurat takie podejście może nie być najlepsze – być może właśnie przez ową niskopoziomowość mam w swoich multimediach nieogarnialny bajzel i straconych bezpowrotnie ochnaście starych zdjęć. I być może MTP w bliżej nieokreślony sposób wymusi na mnie ogarnięcie tego. Ale nie sądzę.

Branżowe serwisy, na stronach których czytywałem recenzje Z5C, o braku MSC ani się nie zająknęły, głośno za to było o zużyciu baterii podczas notorycznego grania alby przy pisięciu apkach naraz. Cóż, bycie klientem niestandardowym wychodzi mi bokiem nie po raz pierwszy i z pewnością nie ostatni.

Kulturalnie.

7542485-3Przeczytane: „Hipnotyzer” Larsa Keplera, zalegający na półce od hohoho, a może nawet jeszcze dłużej. Bardzo zgrabny kryminał skandynawski, stanowiący początek serii przygód szwedzkofińskiego komisarza Joony Linny. Zaczyna się od seansu hipnotycznego, którego nie chce prawie nikt, kończy sceną zbiorową z niemal zupełnie innej bajki. Pomiędzy – pseudobananowa młodzież, litry krwi, seksu, wyobcowanie i ogólny obraz szwedzkiej degrengolady.

Kryminał, jak wspomniałem, bardzo zgrabny, tzw. odbiór osobisty już nieco mniej. Nie żebym łykał aktualnie tego typu literaturę na kilometry, ale nieszczególnie prawdę mówiąc kojarzę cokolwiek ze słowiańszczyzny, opisującego masowo taką patologię, która w Millenium, tutaj i prawdopodobnie w mnóstwie innych miejsc nordyckich zalega pokładami nieprzebranymi. Jeśli wykluczyć całkowite poddanie się giełdowemu powiedzeniu trend is your friend [czyli całkowite poddanie didaskaliów modzie na skandynawski kryminał], można dojść do niepokojącego wniosku, że owe – wszechobecne w książkach – patologie i karykatury wszelkich możliwych relacji międzyludzkich nie są jedynie licencją poetycką, a opisują niemal ichniejszą codzienność. Jeśli moje domniemanie choć w części jest prawdą – ciężko nawet nazwać to rozkładem społecznym; byłby to zdecydowanie za słaby eufemizm.

Z drugiej strony – „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Przeżyć kilkadziesiąt lat bez dewiacji w takim klimacie, przy ustawicznym zachmurzeniu, a dodatkowo pod butem socjaldemokracji różnego sortu i Norway Grants? C’mon, sam chyba nie dałbym rady.

I chyba nie podoba mi się już kryminał skandynawski. Jeszcze tylko obejrzę film i chyba już tam nie wrócę.

* * *

szymiczkowa_tajemnicadomuhelclow_500pcx_A teraz coś z zupełnie innej beczki. Kryminałek krakowski z okresu rozbuchanej dulszczyzny, czyli „Tajemnica domu Helclów”, autorstwa… ale o tym za chwilę.

Pani profesorowa Szczupaczyńska awansu społecznego pragnie jak kania dżdżu. W Krakowie końca XIX wieku wszystkie intratniejsze posadki dobroczynno – „świecznikowe” są już pozajmowane, więc lekko nie ma. Swoje zęby i pazury profesorowa kieruje więc na dobroczynność względem tytułowego domu opieki Helclów [pełniącego notabene tę funkcję po dziś dzień]. W przybytku nagle zapodziewa się jedna z pensjonariuszek, a nasza namiętna czytelniczka Poego rozpoczyna własne śledztwo… W tle pogrzeb Matejki, budowa teatru i bogaty sztafaż krakowostek z przełomu wieków.

Przy takich okazjach zawsze zastanawiam się, jaką wartość rozrywkową mają takie książki dla osób niezwiązanych z miastem. O ile np. kryminały Krajewskiego czyta się bowiem bardzo przyzwoicie nawet nie-wrocławianinowi, o tyle książka Szymiczkowej – autorki wirtualnej, nawiasem mówiąc – ze swojej „krakowości” stara się czynić jeden z głównych atutów. Bez dwóch zdań zasób dostępnej amunicji jest stokroć większy, niż u Krajewskiego; Szymiczkowa [stworzona przez panów Dehnela i Tarczyńskiego] kupiła mnie już obwolutą, na której jako główny rys jej biogramu figuruje bycie „wdową po prenumeratorze Przekroju w twardej oprawie”.

Problem ze wspomnianą „krakowością” polega jednak na tym, że jej aspekt satyryczny wyczerpuje się właśnie zdumiewająco szybko. Szymiczkowa może sobie być wdową po prenumeratorze… etc, profesorowa może zamawiać w aptece „dwie butelki wina na cholerę”, ale na tym w zasadzie satyryczność owego pastiszu się kończy – co nie znaczy, że książka jest zła. Intryga tkana jest zgrabnie i niespiesznie, autorzy nie oszukują i czytelnik ma w zasadzie te same informacje, co profesorowa, a opis Krakowa, nawet bez prześmiewczych wtrętów, potrafi wciągnąć całkiem udatnie. Gimby mogo narzekać jedynie na wspomnianą niespieszność akcji. No ale co kto lubi.