Vittorio Messori, „Opinie o Jezusie”

W sporze ateistów z wierzącymi, co do postaci Jezusa jedynym wspólnym mianownikiem pozostaje wpływ, jaki Jezus – istniejący rzeczywiście bądź wymyślony – wywarł na ludzkość, czyli mówiąc inaczej istnienie pewnej „opowieści”. Co do genezy tej „opowieści” wszystkie próby jej wyjaśnienia i funkcjonowania po dziś dzień – niezależnie od punktu widzenia, chrześcijańskiego czy ateistycznego – sprowadzają się de facto do opowiedzenia się za jedną z hipotez:

  1. „Hipoteza krytyczna”: Jezus jako postać historyczna, mędrzec-filozof zaistniał w określonym miejscu i czasie, nie było natomiast w nim żadnego pierwiastka nadprzyrodzonego, który to został dodany przez całkiem ziemskich twórców religii.
  2. „Hipoteza mistyczna”: Istnienie osoby zwanej Jezusem to wymysł późniejszych twórców, którzy potrzebowali personifikacji pewnych wierzeń i idei. Innymi słowy wpierw pojawiły się pewne idee, które dla dalszego rozpropagowania potrzebowały „nośnika fizycznego”, i w ten, nieco „przekorny” sposób „słowo stało się ciałem”, a sama postać Jezusa posłużyła jako fikcyjny sztafaż dla pewnego systemu filozoficzno – moralnego, coś jak oświeceniowy Kandyd czy [całkowicie zmieniając stylistykę] bohaterki nowelek de Sade’a.
  3. Jezus istniał jako postać historyczna, a świadectwo o Nim jest prawdziwe i jakkolwiek nie spełnia formalnych kryteriów historycznych w dzisiejszym ich rozumieniu, to jednak pozostaje kroniką Jego pobytu na ziemi i faktyczną Dobrą Nowiną. Ten punkt widzenia wyraża oczywiście przekonanie chrześcijan i z racji swej oczywistości głębszej analizy nie wymaga.

Polemikę z dwiema pierwszymi hipotezami podjął już parędziesiąt lat temu Vittorio Messori, apologeta i publicysta katolicki o życiorysie jak na intelektualistę co najmniej irytującym. W młodości idealny materiał na obiecującego lewicowego bon vivanta, erudyta i dziennikarz o rozbuchanym życiu erotycznym, wywodzący się z kręgów ze wszech miar lewicowo – ateistycznych, w wieku 24 lat przeżywa nawrócenie ad maiorem Dei gloriam i na utrapienie elyt intelektualnych ówczesnej i dzisiejszej Europy. Swój charyzmat pojmuje jako skuteczne głoszenie Ewangelii, przez co nie dość, że jego sztandardowe dzieło, „Opinie o Jezusie” posiada [jak chyba wszystkie jego książki] imprimatur, to jeszcze miast wspomniane „Opinie” wydać w jakimś niszowym katowydawnictwie i cieszyć się parutysięcznym nakładem, pcha go do mainstreamu, prosząc o napisanie przedmowy… jednego z prominentów włoskiej Partii Komunistycznej, a sama książka okazuje się bestsellerem z milionową sprzedażą w samych Włoszech, nie licząc dwudziestu przekładów.

„Opinie…” powstały, jak stwierdził sam autor, jako wyraz swoistego sprzeciwu wobec stopniowej eliminacji z nauczania posoborowego KK apologetyki per se; nawet dzisiaj, po około pięćdziesięciu latach od premiery książki, rzeczona apologetyka pozostaje ledwie podnauką zwierzęcia pn. „teologia fundamentalna”, czego smutne efekty widać, a co sam autor puentuje stwierdzeniem, iż „pośród ludzi dobrze wychowanych nie rozmawia się wcale o Jezusie”. Zjawisko swoją drogą ze wszech miar protestanckie; jeśli wierzyć autorowi, „hipermityczność” i odejście od tradycyjnie pojmowanej apologetyki katolicy „zawdzięczają” właśnie nasilającym się wpływom protestanckim, gdzie wszelka krytyczna analiza Pisma św. – szczególnie z uwzględnieniem odkryć archeologii – jest niemalże świętokradztwem. Prawdę mówiąc od dawna widziałem rozziew „rozbuchanej duchowości” posoborowej z niemal namacalnym konkretem surowości i klasyczną logiką „przedsoborowia”, serwowaną np. przez autora Breviarium. Ale do rzeczy.

Hipoteza, jakoby Jezus, choć istniejący historycznie, został „ubóstwiony” dopiero post factum przez swoich uczniów, nie ma najmniejszego sensu. I to niekoniecznie dlatego, że „dziwnym trafem” przyjście „króla żydowskiego” zostało przepowiedziane wielokrotnie w Starym Testamencie [Księga Daniela] ze zdumiewającą dokładnością czasową, sam „błąd pomiaru” waha się od 20-40 lat [licząc od dekretu Cyrusa w 538 roku p. Chr.] do prawie zera [dekret Artakserksesa ok. 458 r. p. Chr.] Niekoniecznie dlatego, że na narodziny króla oczekiwała większość Wschodu, co m.in. odnotowali Tacyt i Swetoniusz w swoich kronikach. Niekoniecznie dlatego nawet, że dzięki Keplerowi wiemy, iż w 7 r. „przed Chrystusem” trzykrotnie miała miejsce koniunkcja Jowisza i Saturna w znaku Ryb [czyżby gwiazda betlejemska?], poza owym rokiem zdarzająca się raz na 794 lata…

„Król żydowski”, wyczekiwany i zapowiadany, miał być królem „ziemskim”, czego echa bez trudu znaleźć można w Biblii. A rebelianta, proroka czy zwyczajnego trybuna ludowego znaleźć w tym czasie w Izraelu było dziecinnie łatwo – tym bardziej, że wizerunek Jezusa przedstawiony w Biblii nijak do tego idealnego obrazu nie pasuje, a lepszych kandydatur było na pęczki, jak choćby prowadzący żydowski naród na śmierć Bar Kochba czy inni wodzowie żydowscy, stricte militarni. Mało tego – punkt po punkcie, zdanie po zdaniu Messori obala punkty wyimaginowanej „żydowskiej agendy mesjańskiej”, której Jezus nie dość, że nie spełnił, to jeszcze swoim zachowaniem, opisanym w Ewangeliach, wywrócił do góry nogami. Jeśli więc postać Jezusa miałaby być w Ewangeliach „upiększona”, wówczas mający choć odrobinę oleju w głowie „copywriter” [a rozsądku Żydom odmówić nijak nie można – Messori na marginesie tylko zwraca uwagę, iż Żydzi dotrwali z zachowaniem swojej odrębności do czasów dzisiejszych jako w zasadzie jedyna cywilizacja z czasów Antyku!] wyposażyłby Go w całkiem inny życiorys i poglądy. Z ludzkiego punktu widzenia – mówi Messori i cytowani przez niego liczni uczeni, jak choćby ateistyczny! profesor Sorbony, Charles Guigebert – szansa na ukonstytuowanie się mitu opartego na „wyimaginowanym w taki sposób” życiorysie Jezusa była równa zeru. A jednak przetrwał i wpływ wywarł On. Dziwne? Messori dopiero się rozgrzewa.

Czy wiesz, że śmierć na krzyżu uważano za śmierć hańbiącą, zarezerwowaną tylko dla buntowników najgorszego sortu? Pewnie wiesz. A czy wiesz, że hańba śmierci krzyżowej była tak wielka, że przez pierwsze czterysta lat chrześcijanie, sparaliżowani jej odium, w ogóle nie używali krzyża jako symbolu swego wyznania? Że równanie człowieka z Bogiem [Messori dość dokładnie wskazuje w źródłach rozróżnienie między Jezusem jako „Synem Bożym”, co jest przypadkiem odosobnionym, a „mężami Bożymi”, liczonymi w Biblii w zasadzie na pęczki] równało się w ichniejszym kontekście wypowiedzeniu wojny wszystkim – WSZYSTKIM!? Że w hipotetycznie zmyślonym życiorysie Mesjasza, zamieszczonym w Ewangeliach, nie byłoby absolutnie miejsca na wzmianki nie dość, że o kobietach, to jeszcze o kobietach niekoniecznie nieskalanej konduity? Że na hipotetyczny użytek „sekciarzy” pod nożyce autocenzury poszłaby spora część Ewangelii Mateusza, kwestionująca poddaństwo kobiet, instrumentalne podejście do pobożności, a wprowadzająca niespotykaną w tamtych czasach miłość bliźniego? Że bohaterski epos nie potrzebowałby odniesień historycznych, świętopawłowego enumeratywnego niemal wyliczania świadków ukazywania się zmartwychwstałego Chrystusa? Last but not least: który twórca „mitologii na zamówienie” oparłby się – i w jakim celu? – pokusie opisania zewnętrznego wyglądu Jezusa, o którym tymczasem z Ewangelii nie dowiadujemy się niczego? I tak dalej, i tym podobne. I jeszcze parę cytatów.

* * *

Kiedy idzie o fakty, o dzieje, o istnienie i o świadectwo, żądania, które stawia się w sposób przesadny jako „naukowe”, nie znaczą ani mniej, ani więcej niż żądania natury teologicznej. Trzeba je odrzucać jedne po drugich. Nie dlatego, że są lub nie mogą być naukowe czy teologiczne, ale ponieważ są to żądania, twierdzenia a priori.

Nigdy dość przestrogi dla umysłów wobec używania, stanowczego nadużywania zaufania, słowa „nauka” i jego pochodnych, tak jak to haniebnie czyniono od wieku XVIII.

Nie było nigdy absolutyzmu, fanatyzmu, nadużywania zaufania lub zwykłej głupoty – od środków na odciski po nazistowski rasizm – które by w jakiś sposób nie powiewały sztandarem „nauki”. [R.L.Bruckberger, członek francuskiej Akademii Nauk Moralnych i Politycznych]

Ostatnim zadaniem rozumu jest uznać, że istnieje nieskończenie wielka liczba rzeczy, które go przerastają [Blaise Pascal]

Książka Messoriego z pewnością nie aspiruje do miana najświeższej pozycji w arsenale apologetycznym; prawdę mówiąc sięgnąłem po nią po lekturze „Dlaczego wierzę?” Od pierwszego wydania książki w 1973 archeologia ciągle się rozwija i najprawdopodobniej wydanie zaktualizowane zawierałoby wiele więcej odnośników do najnowszych wyników badań, niż obecnie. Choć prawdę mówiąc nie sądzę, żeby zmieniło to wiele w ogólnej wymowie książki.

Nadrzędną bowiem zaletą „Opinii…” jest urzekająca spójność wywodu logicznego. Właśnie owa spójność, nie zaś jedno czy drugie wykopalisko potwierdzające zapis ewangeliczny [Messori podaje przykład Nazaretu, gdzie wzmianka o tym miasteczku długo okazywała się pozbawiona podstaw archeo, co skrzętnie wykorzystywali ateistyczni polemiści… nawet wówczas, kiedy odpowiednie wykopaliska zostały dawno odtrąbione]. Spójność faktów tym bardziej urzekająca, że zestawiona kontrastowo z wzajemnym kopaniem się po kostkach [żeby nie rzec: wyzywaniem się od idiotów] zwolenników hipotezy krytycznej i mistycznej, ignorowaniem przez nich oczywistych faktów i odkryć [stąd złośliwe motto, ale NMSP], wreszcie oczywistych bzdur, głoszonych z kamienną twarzą przez utytułowanych luminarzy nauki [wedle pana Johna Allegro, zwolennika „hipotezy mistycznej”, Jezus był… gatunkiem grzyba halucynogennego; jakim cudem wedle owych przemyśleń pana Allegro ów grzyb miałby zantropomofizować się w Mesjasza, Messori złośliwie milczy]. O elegancji wywodu, zestawionej z dzisiejszym, monopolizującym dyskusję gimboateizmem typu „Jezus to fikcja, a jeśli nie, to i tak nieprawda, ale gdyby była jednak prawda, to i tak jest do niczego”, nie wypada już nawet wspominać.

Na koniec najdłuższej notki na tym blogasku wypada wspomnieć już tylko marginalnie o kilku drobiazgach. Messori niejako mimochodem przewraca na plecy teorię wywodzącą Jezusa od esseńczyków, którą to teorią solidnego ćwieka zabił mi jeszcze na studiach Daniken. Marudy mogą narzekać na nieszczególnie uźródłowione cytaty, choć autor oferuje na życzenie w prywatnej korespondencji pełną bibliografię, a od podania jej w książce ucieka, chcąc uczynić ją jak najbardziej przyswajalną dla niedzielnego czytelnika – co jest relatywnie nieistotnym szczegółem, w dobie internetu zainteresowany może znaleźć większość cytatów w necie.

Książka nie jest aktualnie wznawiana, swój egzemplarz wydany w 1993 roku kupiłem na allegro. Ale było warto. Nawet jeśli książka nie przeorze ci światopoglądu – warto po nią sięgnąć choćby ze względu na rzadko spotykaną w tym temacie dyscyplinę myślową. Choć realnie patrząc – i tak motywy ewentualnych czytelników będą oczywiste.

I zupełnie inne. Polecam gorąco.

12 thoughts on “Vittorio Messori, „Opinie o Jezusie”

  1. A co z hipotezą, wg której opisane w Ewangeliach zdarzenia są w zasadzie prawdziwe, a sfabrykowana jest nie tyle sama postać Jezusa, co fakt zmartwychwstania?

    Poza tym Messori zdaje sie nie brać pod uwagę faktu, że opowieść o Chrystusie w formie, jaką dzisiaj znamy, nie powstała praktycznie rzecz biorąc ani w I, ani w II, ani nawet chyba w III w., ale duzo później (to że oryginały tesktów, które weszły potem w skład Nowego Testamentu powstały na początku II w. nie ma tu wiele do rzeczy). Historia, którą dziś znamy powstała w czasie, kiedy Kościół był już instytucją polityczną i organem władzy (najpierw substytutem upadającej administracji rzymskiej, a potem samodzielną instytucją polityczną w Średniowieczu). Ta właśnie instytucja dokonała arbitrarnie wyboru przekazów „koszernych” (czyt. zgodnych z obowiązującą ówcześnie doktryną) i przekładu ich na łacinę. I dbała o dokładne uciszanie wszystkich, którzy ośmieliby się jedynie słuszną doktrynę modyfikować albo wyciągać przekazy, które do kanonu nie weszły.

    Wobec tego wcale nie dziwi fakt, że Chrystus nie za bardzo zgadza się z obrazem żydowskiego Mesjasza, którym miał jakoby być. Chrsytus jest taki, jaki powinien być na potrzeby średniowiecznego chłopa i jego pana. Powinien być jak najbardziej taki, jakiego Żydzi nigdy by nie zaakcpetowali, bo za Żydami Kościół z oczywistych względów nigdy nie przepadał. Nic dziwnego, że krzyż pojawił się w symbolice chrześcijańskiej późno – pojawił się wtedy, kiedy zaczął być pożyteczny. Nic też więc dziwnego, że wymienione grupy społeczne (chłopstwo i arystokracja) najwytrwalej zawsze opowiadały się za katolicyzmem.

    Nie może być wiarygodną instytucja głosząca miłość i przebaczenie, a wspierająca aktywnie szrzenie swej „nauki” przy pomocy ognia i miecza. Dlatego dla mnie żadna apologetyka, choćby najspójniejsza i najbardziej logiczna, nie będzie przekonywująca, bowiem z fałszywych przesłanek może wynikać zarównio prawda jak i fałsz bez żadnej szkody dla prawidłowości wywodu…

    Lubię to

  2. @Świętomir:

    A co z hipotezą, wg której opisane w Ewangeliach zdarzenia są w zasadzie prawdziwe, a sfabrykowana jest nie tyle sama postać Jezusa, co fakt zmartwychwstania?

    Na to masz słynne zdanie Pawłowe: „Gdyby Chrystus nie zmartwychwstał…”

    Uznanie wersji, o której piszesz, wymagałoby solidnej ekwilibrystyki myślowej, dla której de facto przestajemy wierzyć Ewangeliom od pewnego momentu, bo tak jest nam zwyczajnie wygodniej. Do tego zabiegu stosuje się zasadniczo pierwszy wyróżniony przeze mnie cytat 😉 To raz.

    Półtora – zauważ, że przy tym manewrze jedynie dla NICZYM NIE POPARTEJ wygody myślowej za prawdziwy uznajemy przekaz ewangeliczny sformułowany często znacznie mniej stanowczo, niż wspomniany enumeratywny 1 Kor 5-8: „(…) i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, 6 później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. 7 Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom. 8 W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi.” Taki zabieg jest zdroworozsądkowo właśnie nie poparty niczym, poza „bo to mi nie pasuje!”

    Dwa – zmartwychwstanie wpasowuje się doskonale właśnie w logiczny ciąg zdarzeń, gdzie po śmierci Jezusa uczniowie, którzy „zostawili wszystko i poszli za Nim” i nagle wszystko przepadło, którzy ZE STRACHU chowają się w Wieczerniku, nagle odnajdują w sobie siłę, żeby z garstki sfrustrowanych i rozczarowanych Żydów [tworzących religię „antyżydowską”! – to tak a propos Twojego twierdzenia o „naturalności zapisów antyżydowskich”] stworzyć grono, zdolne stworzyć religię rozlewającą się na cały świat. Przegrali ze wszystkimi – a żadna autosugestia czy nic takiego nie tłumaczyłaby, dlaczego w imię rzekomej iluzji wszyscy poza Janem daliby się zamordować Rzymowi…

    Trzy – między kandydatami na mesjaszów w tamtejszym Izraelu było wielu, obdarzonych przeróżnymi mocami i nie robiło to widać na tambylcach wrażenia, ergo powraca argumentacja przeciw hipotezie #1: bez zmartwychwstania kandydatów na Mesjasza było znacznie więcej i bez wątpienia ich życiorysy były przydatniejsze pod kątem „tworzenia legendy”, gdybyśmy z czymś takim mieli faktycznie do czynienia.

    Poza tym Messori zdaje sie nie brać pod uwagę faktu, że opowieść o Chrystusie w formie, jaką dzisiaj znamy, nie powstała praktycznie rzecz biorąc ani w I, ani w II, ani nawet chyba w III w., ale duzo później (to że oryginały tesktów, które weszły potem w skład Nowego Testamentu powstały na początku II w. nie ma tu wiele do rzeczy).

    A tutaj z przykrością muszę poprosić o źródła, bo o ile dobrze pamiętam, VM opisuje zwoje z Qumran jako pochodzące najpóźniej z końca pierwszego wieku, a zdaje się rękopis ewangelii św. Jana jako pochodzący bodajże z 60 r., choć uczciwie mówiąc pewien nie jestem, a książki przy sobie nie mam.

    Historia, którą dziś znamy powstała w czasie, kiedy Kościół był już instytucją polityczną i organem władzy (najpierw substytutem upadającej administracji rzymskiej, a potem samodzielną instytucją polityczną w Średniowieczu). Ta właśnie instytucja dokonała arbitrarnie wyboru przekazów „koszernych” (czyt. zgodnych z obowiązującą ówcześnie doktryną) i przekładu ich na łacinę.

    Żartujesz, prawda? Kanon Nowego Testamentu został ustalony w IV w. [Wiki] Co do potencjalnych fałszerstw – naprawdę polecam lekturę; cytowane niejasności w Ewangeliach [i – pomimo imprimatur, aż dziw bierze – fragmenty ewangelii Mateusza, stawiające w najmniej wątpliwym świetle „pewność zbawienia” dla członków Kościoła], gdyby była ona faktycznie przedmiotem manipulacji czy „korekt”, zdroworozsądkowo znacznie łatwiej byłoby zwyczajnie wyciąć, a nie narażać się na późniejsze krytyki i domniemania…

    Dopiero w trakcie lektury zauważyłem banalny wniosek, że te wszelkie niejasności i niedopowiedzenia świadczą paradoksalnie o autentyczności tekstów ewangelicznych. Ot, przykład pierwszy z brzegu: podejście do kobiet. Czyżbyś twierdził, że Średniowiecze było tak „sfeminizowane”, że gdyby przyjąć tezę o „edytowalności” Ewangelii, usunięcie fragmentów z ujęciem teściowej Piotra za rękę [horror dla Żydów] czy dialog z rozżaloną Marią na temat „leniwej” Marty nie oszczędziłoby wielu „niepotrzebnych” dyskusji? Jak te i inne fragmenty miałyby służyć ustrojowi było nie było patriarchalnemu [nie wierzę, że to piszę], nie umiem wyjaśnić.

    Wobec tego wcale nie dziwi fakt, że Chrystus nie za bardzo zgadza się z obrazem żydowskiego Mesjasza, którym miał jakoby być. Chrsytus jest taki, jaki powinien być na potrzeby średniowiecznego chłopa i jego pana.

    Nieuprawnione pomylenie przyczyny i skutku IMO.

    Nic dziwnego, że krzyż pojawił się w symbolice chrześcijańskiej późno – pojawił się wtedy, kiedy zaczął być pożyteczny.

    Z tego, co czytałem, pojawił się w czasie zaprzestania używania go jako narzędzia egzekucji.

    Nic też więc dziwnego, że wymienione grupy społeczne (chłopstwo i arystokracja) najwytrwalej zawsze opowiadały się za katolicyzmem.

    Czego oczekujesz ode mnie? Żebym teraz wykazywał Ci, że chłopstwo i arystokracja nie mogli wyznawać religii z przyczyn innych, niż interesowne, ALBOWIEM przypadkowo pozostanie przy religii było dla nich korzystne? Litości, no.

    Nie może być wiarygodną instytucja głosząca miłość i przebaczenie, a wspierająca aktywnie szrzenie swej „nauki” przy pomocy ognia i miecza.

    Uhm. Nie myl religii z personelem naziemnym. Jezus – wybierając Piotra i Pawła, żeby posłużyć się tylko najjaskrawszymi przykładami – nie mylił 🙂

    @Ejdzej:

    „Masowa” nie znaczy popkulturalna! Niczego nikomu nie ujmując – to nie „poziom argumentacji Lednicy”, naprawdę. To raczej okolice słynnego cytatu Josef Klumba z Von Thornstahla: „W ostateczności wydaje się, że typem religii, który najbardziej pasuje do dobrej whisky, rękawiczek z czarnej skóry i zapachu doskonałych papierosów – jest stary, twardy rzymski katolicyzm. To nie tylko kwestia wiary i prawdy, to także kwestia stylu i klasy.” Różnica tkwi tylko w sile propagacji 🙂

    No i nie wiem, czemu apologetykę bierzesz w cudzysłów. Jeśli nie Messori, to kto?

    Lubię to

  3. Uznanie wersji, o której piszesz, wymagałoby solidnej ekwilibrystyki myślowej, dla której de facto przestajemy wierzyć Ewangeliom od pewnego momentu, bo tak jest nam zwyczajnie wygodniej. Do tego zabiegu stosuje się zasadniczo pierwszy wyróżniony przeze mnie cytat 😉 To raz.

    Nie dlatego, że jest wygodniej, tylko dlatego, że historia nagle dramatycznie rozstaje się z prawdopodobieństwem i zdrowym rozsądkiem. To duża różnica. I właśnie w tym momencie, kiedy się rozstaje, przestajemy jej wierzyć. Tak, to zdecydownie jest wygodnictwo i ekwilibrystyka myślowa, jak nie wiem. Wiesz, co? Wszyscy historycy to niewiarygodni umysłowi akrobaci. 🙂

    A tutaj z przykrością muszę poprosić o źródła, bo o ile dobrze pamiętam, VM opisuje zwoje z Qumran jako pochodzące najpóźniej z końca pierwszego wieku, a zdaje się rękopis ewangelii św. Jana jako pochodzący bodajże z 60 r., choć uczciwie mówiąc pewien nie jestem, a książki przy sobie nie mam.

    Nie przeczę, że teksty źródłowe powstały wcześniej. Nie napisałem też nigdzie, że je fałszowano. Nie było to konieczne, bo było ich dość, by selektywnie wybrać te wygodne. Historia, którą dziś znamy nie narodziła się wtedy. Ona narodziła się, kiedy ostatecznie zatwierdzono kanon. Arbitralnie postanowiono, że te wydarzenia są prawdziwe, a tamte – zmyślone. Ci napisali prawdę, a tamci bezwstydnie konfabulowali. Powiesz mi, że arbitralnie postanowili pod natchnieniem. Cóż, pozwolę sobie jednak zauważyć, że następstwa tego natchnienia były niepokojąco wygodne dla systemu, który właśnie powolutku zaczynał się kształtować. Prawda, Rzym formalnie istniał jeszcze przez ponad wiek. Ale praktycznej władzy nad sporą częścią swego terytorium już nie miał. Średniowiecze właśnie się zaczynało.

    Uhm. Nie myl religii z personelem naziemnym. Jezus – wybierając Piotra i Pawła, żeby posłużyć się tylko najjaskrawszymi przykładami – nie mylił 🙂

    Nie mylę. Kościół to ludzie. Kłamcy, oszuści, wyzyskiwacze. Niedoskonali, fajnie. Ale czemu mam zakładać, że kiedy zaczynają mówić o Bogu, nagle z ich ust zaczyna płynąć sama najczystsza prawda? To dopiero jest myślowa ekwilibrystyka. 😉

    Lubię to

  4. Uznanie wersji, o której piszesz, wymagałoby solidnej ekwilibrystyki myślowej, dla której de facto przestajemy wierzyć Ewangeliom od pewnego momentu, bo tak jest nam zwyczajnie wygodniej. Do tego zabiegu stosuje się zasadniczo pierwszy wyróżniony przeze mnie cytat 😉 To raz.

    Nie dlatego, że jest wygodniej, tylko dlatego, że historia nagle dramatycznie rozstaje się z prawdopodobieństwem i zdrowym rozsądkiem.

    Zauważ jednakowoż, że wytłumaczenie racjonalne wymaga pożegnania się z prawdopodobieństwem i zdrowym rozsądkiem nie tyle w pojedynczym przypadku, ile całym ich łańcuchu, ergo w ostatecznym rozrachunku nijak znacznie oczywistsze nie jest.

    Nie jestem wcale przekonany, iż tok myślowy, w którym dla zaprzeczenia „nieracjonalnego” dozwolone są wszystkie chwyty, same w sobie racjonalne jeszcze mniej, ma cokolwiek wspólnego z nauką i merytoryczną polemiką. To nie tak, że przywołuję nieracjonalne wyjaśnienia – po prostu żadne inne wyjaśnienie poza wykluczeniem STRICTE nadprzyrodzonego nie jest ani ciutkę racjonalniejsze.

    Arbitralnie postanowiono, że te wydarzenia są prawdziwe, a tamte – zmyślone. Ci napisali prawdę, a tamci bezwstydnie konfabulowali.

    Guzik prawda. Hint: Tradycja [ta dużą literą pisana]. I nie tylko.

    VM: „Cudowność i codzienność są tu [w Ewangeliach kanonicznych – t.] tak ściśle zjednoczone, że łatwo zrozumieć reakcję tego, kto chce niecierpliwie dobierać się do korzeni problemu. Taki stwierdza, iż wybór, jakiego można rozsądnie dokonać wobec zagadki takich tekstów, w których niemożliwa jest jedność treści i formy, jest podwójny i tylko taki: albo przyjmie się je w całosci, albo tak samo w całości je odrzuci. (…) Zresztą nawet w tym przypadku bardzo ważne jest zestawienie z ewangeliami apokryficznymi. (…) To nie przypadek, że św. Hieronim określał apokryfy jako jako deliramenta, formy bezrozumne, szaleńcze: przesada, marzenia, wizje, majaczenia… (…) Odkrywamy tam, opisanego językiem pełnym wzniosłości, Jezusa-dziecko, który ugniata z gliny ptaszki, dmucha im pod ogonek, daje im życie i puszcza w powietrze; albo który dla ulżenia w pracy Matce swoją wszechmocą sprawia, że nie trzeba ciągnąć ręcznie wody ze studni. (…) [Apokryfy] mylą nadprzyrodzoność z cudownością. Ewangelie kanoniczne natomiast nigdy nie ulegają tej pokusie: według nich cuda są to zwykłe znaki dla wsparcia i potwierdzania prawdy nauczania.”

    Cóż, pozwolę sobie jednak zauważyć, że następstwa tego natchnienia były niepokojąco wygodne dla systemu, który właśnie powolutku zaczynał się kształtować. Prawda, Rzym formalnie istniał jeszcze przez ponad wiek. Ale praktycznej władzy nad sporą częścią swego terytorium już nie miał.

    Tego argumentu nie przyjmuję w ogóle do polemiki; chociażby dlatego, że zbyt często spotykałem się z opiniami, jakoby chrześcijaństwo do upadku Rzymu właśnie się przyczyniło, jeśli więc nawet chrześcijaństwo było „wygodne” dla kogokolwiek, to owa „wygoda” poprzedzona była dłuuugim okresem traumatycznej wręcz „niewygody” – a zaczątki „konkurencyjnych kultów” nie przetrwały ani parudziesięciu lat, o owe „niewygody” nawet się nie ocierając [jak choćby wspomniani esseńczycy].

    Nie mylę. Kościół to ludzie. Kłamcy, oszuści, wyzyskiwacze. Niedoskonali, fajnie.

    „Wszyscy siedzimy w rynsztoku, ale niektórzy spoglądają w gwiazdy.”

    Ale czemu mam zakładać, że kiedy zaczynają mówić o Bogu, nagle z ich ust zaczyna płynąć sama najczystsza prawda?

    Chochoł – wielki kwantyfikator. Wystarczy zauważyć, że kryterium wiarygodności NIE JEST – jak zdajesz się to widzieć – moralność głoszących, ale zgodność głoszenia z „depositum fidei”… na podobnej zasadzie, na której nie należy bez dania racji dezawuować tabliczki mnożenia tylko dlatego, że mamrocze ją na przystanku autobusowym jakiś dżentelmen w stanie lekko wczorajszym.

    Lubię to

  5. W cudzysłowie ująłem „apologetyczną” wartość filmów typu „Bóg nie umarł”, które według choćby i stronniczej recenzji Sigvatra, polegają głównie na graniu emocjami.

    Lubię to

  6. Nie chciałem się wypowiadać, ale powiem – ja po prostu tak nienawidzę religii i Kościoła, że z racji dumy pozostanę przy hipotezie mistycznej, mając w dupie tą literaturę. Ignorować to gówno i zabijać księży! 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. @enhap: jak na kogoś o umyśle raczej analitycznym [klikłem, a jakże], przejawiasz w tej kwestii mało spodziewany odpływ racjonalizmu, połączony z nagłym zalaniem oczu krwią… choć skłamałbym pisząc, że coś takiego widzę pierwszy raz 🙂

      btw. Wyrażaj się, proszę.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s