Ścinki.

Śmieszna sprawa. Po raz nie-wiem-który wziąłem się za próbę wykształcenia w sobie drugiego autonomicznego mózgu, czyli za naukę gry na pianinie. Skończy się pewnie jak zwykle – chociaż wydaje mi się, że tym razem bardziej po drodze mi z panią Klechniowską, niż ostatnim razem – ale ja nie o tym.

Tym razem podpatruję metody fachowe, tym razem mam od kogo – bo nie [tylko] o to chodzi, iżby wykształcić właściwe skojarzenia „nuta – klawisz”, ale także o to, iżby [fajne słowo, btw.] uczyć się właściwych palcówek i wykonywać nawet najgłupsze rzeczy a) z pamięci i/lub b) śpiewając. I tu rozłożył się Hund begrabnięty. Obserwuję bowiem z niejakim zdziwieniem, iż nadspodziewane efekty daje… odskok. W kilku przypadkach zaobserwowałem niemal namacalnie, że ćwiczenie, które z początku w ogóle mi nie szło, na drugi czy trzeci dzień bez żadnych dodatkowych wprawek wchodziło nawet jeśli nie perfekcyjnie, to co najmniej poprawnie. Wygląda na to, że zwyczajnie trzeba odczekać właśnie te parę dni, a połączenia neuronowe same się zbudują.

I aż pytanie dziwne we mnie warczy:
czy to nauka – czy też uwiąd starczy?
Taba dam dam, tabadaba dam dam, tabadaba dam dam.

* * *

Czytam ponownie „Mozaikę sarantyńską”. Podobała mi się za pierwszym razem dawno temu, teraz jestem zwyczajnie zachwycony.

* * *

Żywot podsiębiorcy [aka pomiotu gospodarczego], jakkolwiek niewątpliwie fascynujący, nie wyczerpuje mojej nieprzepartej żądzy nowych wrażeń. W szczególności coraz mocniej ostatnimi czasy dobija się do świadomości zaniedbana – a właściwie porzucona – genealogia; zaczynam się zastanawiać, ile w tym faktycznej motywacji, nazwijmy to ogólnie, archiwizacyjnej [z ochnastoma motywacjami niższych rzędów tejże], a ile – na gruncie czysto organicznym – [nie]uświadomionej tęsknoty za życiem Corsa z „Dziewiątych Wrót” [aka „Klubu Dumas”].

Tak czy inaczej, zapadła mi w pamięć koncepcja zafundowania sobie dwóch powiedzmy tygodniowych wyjazdów – do obu głównych archiwów – w ramach odskoczni. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że zaczynam mieć wątpliwości co do platformy. GRAMPS daje oczywiście radę, ale nawet mnie zaczyna od jakiegoś czasu boleć brak kolaboratywnej edycji i coraz częściej spoglądam w chmurę. Ale niekoniecznie publiczną. Dowcip polega bowiem na dwóch rzeczach. Primo, nieustająco mam w pamięci esej RMS [dostępne jest polskie tłumaczenie, ale ono na dzień dobry „na prawdę” wypala gałki oczne], a moje zastrzeżenia względem społecznościówek [w zasadzie tożsame] nie straciły na aktualności. Secundo, tak siakoś całkiem irracjonalnie nie podoba mi się oddanie całości wiedzy zarówno nad teraźniejszością, jak i przeszłością, w ręce tych Urugwajczyków – FB to nie mój problem, ale ostatnie wyczyny myheritage.com [jak choćby przejęcie geni.com czy miniskandal z kupnem danych od moikrewni.pl] każą mi ponownie przemyśleć publiczną chmurę, o czym zresztą kiedyś już pisałem. Zresztą… come on; na dzisiaj wydaje mi się, że poszukiwania dalszych krewnych można prowadzić w Sieci bez konieczności udostępniania Lewiatanowi całej swojej historii rodzinnej.

Naprawdę nie piszę tego po to, żeby zareklamować TNG… ale jakoś tak samo wyszło. Znalazłem to dosłownie przed kilkoma dniami. Całość jest niby „proprietary” [en wiki], ale z otwartym kodem, umożliwia odpalenie własnego drzewka na własnym serwerze… pierwszy, zupełnie pobieżny rzut oka wygląda dość obiecująco, choć tenże pierwszy rzut oka każe sądzić również, że niektóre formatki są dość ubogie w porównaniu z GRAMPSem właśnie chociażby. Ale mogę się mylić. Perspektywa postawienia jednak własnego drzewka quasi-online, zrywającego wreszcie na wieki wieków z odwiecznym bólem synchronizacji informacji pomiędzy przenośnym laptopem a wygodniejszym desktopem kusi…
… i kusi…
… i kusi…
… i chyba w końcu się skuszę. Całość kosztuje trzydzieści parę baksów, co w porównaniu z opłatami za myheritage chociażby czyni kwestię ceny właściwie żenującą.

* * *

A tak już zupełnym nawiasem mówiąc – „firmware” mojego prywatnego NASa oferuje również chmurę, i to szyfrowalną, o czym również dowiedziałem się przed kilkoma dniami. „Bo czas możliwości wszelakich ostatnio nam nastał…”

* * *

Odejście od GRAMPSa stanowi kolejny klocek – znacznie mniejszy, niż kilka lat temu, bo i genealogią nie zajmuję się aktualnie prawie w ogóle – w niezauważalnie dokonującym się procesie rekonkwisty windy na moim kompie. Czasu na dystraktory wciąż mam niewiele, więc i klient Steama nie odgrywa aż takiej roli, ale zarówno Movie Studio [bo Blendera dalej należycie nie opanowałem], jak i chronicznie wieszające się Chromium na mincie powoli drążą skałę. Nie mówię, że wydrążą – Chromium stanowić może paradoksalnie ledwie przyczynek do pieprznięcia tym wszystkim i instalacji Debiana [wykazywane w komciach braki związku pomiędzy jednym a drugim kwitowane będą z miejsca ukazaniem digitus infamis] – ale jakieś zjawiska krasowe na pewno już spowodowały. Co zresztą nie jest aż takie złe, dwusystemowy Fork tylko na tym zyskuje. Chociaż… czy w czasach przeglądarki jako niemal jedynego programu [wzbogaconego wspomnianym Movie Studio czy okazyjnie LibreOffice] można jeszcze mówić o „znajomości systemu operacyjnego”?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s