Pic na wodę fotomontaż.

Mówią Ci, że długi ogon jest niedoceniany?
Że warto wdrażać dopasowania do wyrażenia albo przybliżone, łapiąc ów długi ogon, a potem eliminować ewidentne niedopasowania?
Że w ten sposób pokryjesz swoją ofertą obszary nieuczęszczane przez konkurencję, a przez to wyceniane o rząd wielkości niżej?

Trzecia prawda góralska.

Sprawdziłem parę dni temu dopasowania szczegółowe i do wyrażenia w mojej kampanii. W zależności od frazy 60 do 80% wyrażeń nie ma się nijak albo explicite jest wyszukiwaniem konkurencji – oczywiście można się upierać, że zapytanie „ubojnia bawołów Happy End Koszalin” stwarza szansę na zainteresowanie targetu reklamą konkurencji z Przemyśla [abstrahując od regionalizacji…], ale jakoś nie widzę tego psychologicznie wiarygodnie. A przynajmniej nie na tyle, żeby podobny, pardon my french, Scheiss, preferować kosztem dopasowań ścisłych.

Na czym stanąłem? Aha, że 60-80% długich ogonów na wejściu jest do bani. Również w zależności od grupy reklam, w tej puli 15-25% to kilka wyróżniających się, adekwatnych fraz, które spokojnie można powrzucać do dedykowanych dopasowań ścisłych. Zostaje jednocyfrowy procent zapytań, które przepadną w wyniku pozostawienia tylko dopasowania ścisłego.

Będę musiał nauczyć się z tym żyć. Z przedweekendowej analizy wychodzi mi, że eliminując 10% trafień na stronę [spośród których przytłaczająca większość to imo trafienia śmieciowe, ergo w kontekście całej kampanii sumarycznie w wylewanej kąpieli będzie raczej nie więcej, niż 1% dziecka], oszczędzam dwadzieścia parę procent budżetu reklamowego. Po analizie wszystkich grup winno się z tego zrobić prawdopodobnie coś koło 30%.

Bodajże Ogilvy [choć niektórzy twierdzą inaczej] wyrzekł kiedyś pamiętny bon-mot: „Połowa wydatków na reklamę jest zbędna; pytanie tylko, która”. Kolejny kroczek w stronę ideału, mharharharhar.

Rafał Gan-Ganowicz, „Kondotierzy”

Po tę książkę – jedną ze stosu do przeczytania, kupioną w bliżej nieokreślonych okolicznościach, raczej pod wpływem impulsu – sięgnąłem w zasadzie przypadkiem, chwilowo czując przesyt innymi rodzajami literatury. O ile początek przebrnąłem raczej z chęci bycia konsekwentnym wobec samego siebie [autor cieszył się ponoć opinią znakomitego gawędziarza, co z początku nieszczególnie widać], o tyle reszta pójdzie już z górki, o ile komuś odpowiada konwencja „reportażu autobiograficznego” – Fiedlera i Wańkowicza czytałem dobrych -naście lat temu, Hugo-Badera coś tam, Kapuścińskiego w ogóle, więc do koneserów gatunku żadną miarą zaliczać się nie mogę. Fajerwerków brak, ale czyta się zacnie.

Reportaż autobiograficzny zaczyna się reportażem awanturniczym – autor, mając ledwo 18 lat i już całkiem udany życiorys konspiratora antykomunistycznego, ucieka zagrożony wsypą w latach pięćdziesiątych do Berlina, ukryty pod podłogą wagonu. Wiedziony emigranckimi kolejami losu, po latach zaciąga się do Konga, na pohybel czerwonym „doradcom” i czerwonej ideologii, walcząc z nimi w najbardziej dosłownej formie. Druga część książki to wspomnienia z Jemenu z niemal identycznym tłem i walki z finansowanym i wspieranym przez Egipt i ZSRR marionetkowym, czerwonym rządem. Trzecia – to przypisy i glossy, opisujące losy filmu, którego emisja – jakżeby inaczej? – w RPRL potykała się o kolaudacje, srututucje i wilkołacje, tym razem z happy endem.

Cywila uderzyć może opis wojny, od jakiego mainstream zdaje się uciekać [a odmowę emisji filmu motywować „apoteozą brutalności”]; twarda, męska rzecz, jak u Wańkowicza czy Fiedlera właśnie – i chyba jest trochę racji w stwierdzeniach o oddzielaniu wojną mężczyzn od chłoptasiów, bo po przeciwnej stronie kołaczą mi się pod czaszką jakieś akapity pacyfistyczne nie wiadomo skąd i z kiedy i nie wiem, której wersji dawać wiarę. Gan-Ganowicz pisze o wojnie jak o narkotyku – i jakkolwiek na kartach książki non stop przewija się atawistyczna chęć walki z mordercami Polski na każdym kroku, to jednak dają się stamtąd wyłowić również pochwały życia na krawędzi, gdzie szklanka whisky smakuje najbardziej wtedy, gdy po raz enty udało się uciec kuli, a życie cywila jest jedynie ersatzem. Trochę jest o lokalsach – szczególnie o święcie honorowanym w Jemenie prawie gościnności, za które gospodarze nie wahają płacić nawet najwyższej z możliwych ceny – trochę o polityce międzynarodowej, w której Gan-Ganowicz usiłował bezskutecznie nieco zamieszać na chwałę Ojczyzny, trochę mało politpoprawnych refleksji, trochę opisu zmieniającego się w zastraszającym tempie świata [szczególnie w Jemenie pod wpływem ropy]… Kawał solidnego reportażu; jakby nie patrzeć, warto przeczytać – nawet jeśli nie ze względu na sympatie dla autora, to przez możliwość poszerzenia horyzontów.

Pisiont twarzy stereotypów.

Tu i ówdzie merdia zastanawiają się, skąd sukces tego czegoś, szczególnie wśród pań. Złośliwi mówią, że to dlatego, iż to pierwszy pornos, który kończy się ślubem. A mi się wydaje, że to wypadkowa dobrego marketingu i odgrzanej po raz enty baśni o Kopciuszku – co lepiej od wszelkiej maści socjologów i bardów z gitarą winno dać nam pojęcie o prawdziwych siłach [suchar warning] rządzących tym światem. Oczywista poza Rothschildami i CFR.

* * *

Tymczasem my tu gadu gadu, a paznokcie rosną. Na film raczej się nie wybieram, ale z ciekawości obejrzałem teasery i opadła mi szczęka; klisza na kliszy kliszą pogania. Dziennikarka rozczochrana, zgarbiona, w rozchełstanej bluzce w kwiatki, patrzy się jakoś tak… poddańczo, a Grey wyprostowany i w garniaku – i co z tego? Kurczę, to działa, nawet bez dźwięku! Pierwszy raz zauważyłem to aż tak wyraziście. Nawet z wyłączonym głośnikiem wizualnie wszystko wskoczyło w swoje role, dźwięk też pewnie dołożyłby swoje. Nigdy nie spodziewałbym się, że to napiszę ani że nawet o tym pomyślę… ale chyba czas najwyższy zmienić koszulę jakąkolwiek na coś porządniejszego; kontestacja, kontestacja – to jest dobre na wakacjach. Niekoniecznie w kontekście zmiany partnerki, bardziej w kontekście ogólnego wrażenia, jakie te banalne sztuczki wywarły na całościowym odbiorze tych paru obejrzanych scen. Może się przyda do robienia pieniędzy. Nie żebym wyglądał jak „ić stont”, no ale.

Od dziesięciu minut zaczyna docierać [w końcu? powoli?] komunał – nawet nie o tym, że jakiś dress code to standard, że „appearance makes a man”. Bardziej jego głębsza wersja – że ubiór w szczególności, a image w ogólności dodaje parę punktów do pozycji w [jakimkolwiek] stadzie, co w ostatecznym rozrachunku chroni nas przed wydatkowaniem energii na ten cel w inny sposób. Ergo – efektywność, durniu! A to już jest przekonujące.

Wieżowiec się dokupi się na najbliższej wyprzedaży.

* * *

W bonusie, gdyby ktoś jeszcze nie znał – znaleziona niechcący przy okazji spora przygarść dowcipów ścisłych. Indżoj.

Opowieści różnej treści.

– No i ogłosili przetarg. Przyszło siedem ofert. Jak myślisz, na ile oferty – poza ceną – mogą różnić się między sobą? Bo te siedem ofert różniło się tylko danymi oferentów i stopkami. Reszta była ta sama, nawet literówki były w tych samych miejscach. Zgłosili to do prokuratury. Prokuratura nie dopatrzyła się nieprawidłowości.

* * *

– Przed każdym zabiegiem robią teraz testy na AIDS. Wychodzi, że w Krakowie mamy przegwizdane, w ciągu paru tygodni wyszło 80% testów pozytywnych. Ktoś podrapał się w głowę i sprawdził, o co chodzi. Te testy po wykonaniu, a przed analizą miały być zdaje się pakowane do lodówek. A laborantki odkładały to na parapet, bo tak im było wygodniej. A na parapet grzało słoneczko. Wiesz, w przypadku pozytywnego testu jest chyba obowiązek zrobienia go powtórnie. Ciekawe, ile osób nie zrobiło go, bo po pierwszym najzwyczajniej się powiesiło…

.

Lekarka stwierdziła przepuklinę kręgosłupową. Ciężko – mówi – ale wychodzi z tego pani dość szybko, więc raczej operacja potrzebna nie będzie. Ale dla pewności poproszę o rentgena.

Rentgen dotarł wczoraj. Pełen profesjonalizm, płyta oklejona firmowo. Jeden z kręgów pęknięty? ukruszony? w trzech miejscach. Życie znów mnie przerosło, bo byłem przekonany, że coś takiego ani nie powstaje nagle, ani nie przychodzi bezobjawowo. Ale ja się przecież nie znam. A chodziła normalnie, do tej nieszczęsnej przepukliny zero wypadków czy uderzeń. Radiolog po konsultacji z neurochirurgiem na widok zdjęcia rentgenowskiego życzliwie poradził jej natychmiastowe udanie się do SOR, jeśli nie chce być jutro sparaliżowana od pasa w dół.

Inni lekarze byli bardziej upierdliwi. Najpierw bezzasadnie stwierdzili, że historia schorzenia kwalifikuje się pod ewidentny cud, nauka nie zna dotychczas osoby z popękanym w trzech miejscach kręgiem lędźwiowym, która chodzi sobie tak o. Nie wiadomo po jaką cholerę zaczęli to zdjęcie powiększać i analizować. I doszukali się liczby, roku zrobienia zdjęcia. 2004.

To nawet nie była pomyłka. Przeglądałem DVD, które dostała. Na płycie, ozdobionej starannie firmowym logotypem i formatką z imieniem i nazwiskiem, operator starannie wrzucił nie tylko zdjęcia [pochowane gdziekolwiek], lecz całą aplikację do obrazowania, z mnóstwem DLLi, wszystkimi exekami i kompletnym systemem pomocy. Nawet logo AGFA się zmieściło. EDIT: przynajmniej w tym przypadku okazało się, że nie mam [częściowo] racji. Wrzutka przeglądarki na płytę to ponoć standard – tylko w takim razie dlaczego lekarze przeglądający proszą o przesłanie zdjęć? Skąd zwykły użytkownik ma wiedzieć, które z pierdyliarda obrazków z płyty to zdjęcia – inaczej, niż poprzez przejrzenie wszystkich?

* * *

– Wiesz co? – powiedziała, gdy już wszyscy ochłonęliśmy. – Dorzucili mi do kompletu jeszcze tomografię z nowotworem piersi. Ja się nie znam, powiedział mi dopiero lekarz, który to przeglądał. Nie wzbudziło to jego podejrzeń, bo nie znał historii moich badań i nie wiedział, że nie miałam robionej tomografii. Powiedział mi to dopiero po tym, jak wyszła ta sprawa z rzekomo popękanym kręgiem.

* * *

– Patrz i ucz się – mówię do dziecka. – Do czego prowadzi niechlujstwo i niedbalstwo. Chcesz, żeby ciebie ktoś za kilkanaście lat tak przeklinał, jak my tych lekarzy?
– Nie wiem, o co ci chodzi – wzruszyła ramionami. – W porównaniu z resztą klasy oceny mam przecież bardzo dobre.
– Ale dlaczego porównujesz się do reszty klasy? Porównywać się trzeba do najlepszych, równanie w dół do pójście na łatwiznę.
– A porównywanie się do najlepszych to pesymizm.

I weź tu gadaj.

Zimny wychów potomstwa, cz. LXXXVIII – Z jasnego nieba.

– Tatuś, jak się mówi? „Grom z jasnego nieba” czy „gnom z jasnego nieba”?
– Spytaj wujka y., on mnie wprowadzał w świat literatury fantasy, więc niech teraz sobie radzi.
[Y]: – A wiesz, co to w ogóle znaczy? Niespodziewanie, nagle…
– Ty, ale ty tak dziecku weź nie tłumacz – musiałem jednak się wtrącić – bo do niespodziewanego opadu niebiańskiego to właśnie bardziej gnom pasuje, a nie grom.
– No faktycznie…
– Tatuś, a jak jest cała seria niespodziewanych zdarzeń – Dziecię najwyraźniej nie złapało żartu – to można powiedzieć, że „wali gnomem”?
– Nie bardzo. Gnomem to nie wali raczej na otwartej przestrzeni, tylko bardziej w jakiejś jaskini…

Zimny wychów potomstwa, cz. LXXXVII – Pendolino.

– A pani w przedszkolu powiedziała, że kto się najładniej przebierze na bal, ten dostanie nagrodę.
– Przebierz się za Pendolino.
– A co to jest Pendolino?
– Pociąg. Będziesz chodziła i wszystkich czubiła za włosy.
– Dlaczego?
– Będziesz mówiła, że jesteś pociąg.
[Mama]: – „Pociąg włoski”, hahahaha!
– No przecież właśnie mówię, że Pendolino…