Rafał Gan-Ganowicz, „Kondotierzy”

Po tę książkę – jedną ze stosu do przeczytania, kupioną w bliżej nieokreślonych okolicznościach, raczej pod wpływem impulsu – sięgnąłem w zasadzie przypadkiem, chwilowo czując przesyt innymi rodzajami literatury. O ile początek przebrnąłem raczej z chęci bycia konsekwentnym wobec samego siebie [autor cieszył się ponoć opinią znakomitego gawędziarza, co z początku nieszczególnie widać], o tyle reszta pójdzie już z górki, o ile komuś odpowiada konwencja „reportażu autobiograficznego” – Fiedlera i Wańkowicza czytałem dobrych -naście lat temu, Hugo-Badera coś tam, Kapuścińskiego w ogóle, więc do koneserów gatunku żadną miarą zaliczać się nie mogę. Fajerwerków brak, ale czyta się zacnie.

Reportaż autobiograficzny zaczyna się reportażem awanturniczym – autor, mając ledwo 18 lat i już całkiem udany życiorys konspiratora antykomunistycznego, ucieka zagrożony wsypą w latach pięćdziesiątych do Berlina, ukryty pod podłogą wagonu. Wiedziony emigranckimi kolejami losu, po latach zaciąga się do Konga, na pohybel czerwonym „doradcom” i czerwonej ideologii, walcząc z nimi w najbardziej dosłownej formie. Druga część książki to wspomnienia z Jemenu z niemal identycznym tłem i walki z finansowanym i wspieranym przez Egipt i ZSRR marionetkowym, czerwonym rządem. Trzecia – to przypisy i glossy, opisujące losy filmu, którego emisja – jakżeby inaczej? – w RPRL potykała się o kolaudacje, srututucje i wilkołacje, tym razem z happy endem.

Cywila uderzyć może opis wojny, od jakiego mainstream zdaje się uciekać [a odmowę emisji filmu motywować „apoteozą brutalności”]; twarda, męska rzecz, jak u Wańkowicza czy Fiedlera właśnie – i chyba jest trochę racji w stwierdzeniach o oddzielaniu wojną mężczyzn od chłoptasiów, bo po przeciwnej stronie kołaczą mi się pod czaszką jakieś akapity pacyfistyczne nie wiadomo skąd i z kiedy i nie wiem, której wersji dawać wiarę. Gan-Ganowicz pisze o wojnie jak o narkotyku – i jakkolwiek na kartach książki non stop przewija się atawistyczna chęć walki z mordercami Polski na każdym kroku, to jednak dają się stamtąd wyłowić również pochwały życia na krawędzi, gdzie szklanka whisky smakuje najbardziej wtedy, gdy po raz enty udało się uciec kuli, a życie cywila jest jedynie ersatzem. Trochę jest o lokalsach – szczególnie o święcie honorowanym w Jemenie prawie gościnności, za które gospodarze nie wahają płacić nawet najwyższej z możliwych ceny – trochę o polityce międzynarodowej, w której Gan-Ganowicz usiłował bezskutecznie nieco zamieszać na chwałę Ojczyzny, trochę mało politpoprawnych refleksji, trochę opisu zmieniającego się w zastraszającym tempie świata [szczególnie w Jemenie pod wpływem ropy]… Kawał solidnego reportażu; jakby nie patrzeć, warto przeczytać – nawet jeśli nie ze względu na sympatie dla autora, to przez możliwość poszerzenia horyzontów.

One thought on “Rafał Gan-Ganowicz, „Kondotierzy”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s